Niedawno opisywałam wspomnienia o moim dziadku, ROMUALDZIE BUZKIEWICZU, ojcu mojej mamy i doszłam do wniosku, że powinnam zrobić to samo i odszukać dane o moim drugim dziadku, ojcu mego ojca, WŁADYSLAWIE ŚWIRCZEWSKIM. Z uwagi na to, że dziadek mój i jego przodkowie, pochodzą z terenów dzisiejszej Ukrainy, a dawniej polskich, poszukiwania te są trudne i żmudne.

Tamtego dnia definitywnie, również dzięki Rumunom, współautorzy zamachu Stanu z ambasady RP w Bukareszcie uratowali konstytucyjną ciągłość Państwa, którego internowana prezydencka głowa, Ignacy Mościcki, zdołał - powiedzmy - pełnoprawnie przekazać funkcję następcy na terytorium Francji.

Tym razem nie będzie ani słowa o politykach. Obsesja pokazywania swej ważności i wielkości ogarnia coraz szersze masy bezimiennych. Jednak rzadko kto na cudzą ważność uwagę zwraca, zajęty pielęgnowaniem własnej! Zresztą okazanie komuś życzliwości i zainteresowania bywa ryzykowne i może empatycznemu naiwniakowi wyjść bokiem. O takiej sytuacji mówiło od wieków aktualne przysłowie: Daj komuś palec, to chce całą rękę. Po 1989 roku postawa ta w ekspresowym tempie ewoluowała, dlatego też w latach 90. przysłowie to nieco uaktualniłam: Daj komuś palec, to ci urwie rękę. Po jakimś czasie znów wymagało ono uaktualnienia: Daj komuś palec, to ci urwie rękę i wejdzie na głowę. Jak brzmi dla mnie w chwili obecnej – nie przytoczę, ze względu na przedświąteczny czas pokoju i dobra. 

Któregoś dnia poszedł do sklepu po bułki. Przed nim, w kolejce stał ktoś czarny, wysoki, w czarnym płaszczu i takimże kapeluszu, z żałośnie oklapłym, szerokim rondem. Kupował butelkę mleka. S. uśmiechnął się w duchu z wyrozumiałą poufałością. Tamten wyszedł z butelką mleka w ręku. Miał ogorzałą twarz. S. kupił bułki i wyszedł ze sklepu.

Błękitna flaga Organizacji Narodów Zjednoczonych powiewa nadal pod błękitnym niebem Afryki, nad zabudowaniami miasteczka Arnetteville (w języku nuer miasteczko nazywa się Yei). Bębny pokryte wyprawionymi skórami antylop, wybijają swój jednostajny żałobny rytm, a bongosy duże i małe dźwięczą szybciej, ale tylko odrobinę weselej.

Niemożliwość historycznego Adama jest w zasadzie obecna w rozważaniach filozofów teologii już niecałe czterysta lat po Chrystusie. Wspominałem wcześniej o św. Augustynie i jego   zauważeniu, że naiwnością byłoby sądzić, że Bóg stworzył człowieka z gliny. Zanim jednak bliżej przyjrzymy się jego interpretacji Upadku, warto zwrócić uwagę na fakt, o którym pisze David Fergusson w Stworzeniu: „(...) tak czy owak obecności zła i cierpienia w kosmosie nie da się łatwo wyjaśnić przez umiejscowiony w historii upadek pierwszych ludzi. Wąż jest obecny w rajskim ogrodzie już w chwili stworzenia. Biblia nie wyjaśnia, skąd wzięło się zło, głosi natomiast jego klęskę z ręki Boga.”  To zauważenie w kontekście dalszych rozważań będzie niebywale istotne. Ale zanim o tym.

W 2010 roku napisałem w „Akancie” o Twoim ojcu Wacławie („Podporucznik” „Świat Inflant” nr 2010, nr 3, s. 10-11).

Tamtym tekstem starałem się pomóc Ci go pożegnać, przebijając się przez mity rodzinne, przemilczenia i niedopowiedzenia.

Byłaś wdzięczna.

Dzisiaj znów siadam do pisania, ale z ogromnym bólem, bo przyszło mi żegnać Ciebie.

Stefan Rusin dzieli się swoimi wrażeniami, głównie intelektualnymi, z peregrynacji po różnych obrazach szeroko pojętej kultury, przede wszystkim religii, filozofii, poezji. Prozy unika, chyba wydaje się mu za mało tajemnicza. Po większości zgromadzonych w zbiorze Loża barbarzyńców esejów ma charakter zapisu z wędrówki w ciemnym labiryncie niewiedzy w poszukiwaniu owego światełka w tunelu, którym jest olśnienie w momencie odkrycia prawdy. Olśnienia na chwilę, bowiem szybko pojawiają się nowe wątpliwości, nowe tajemnice.

Miejsc dla mitów, legend nie ma tylko w matematyce. Co innego w życiu – społecznym, polityce, twórczości… Przede wszystkim twórczość, iżby stanowiła wdzięczną pożywkę dla legend i mitów, musi być sprawnie nagłaśniana, zarówno od zewnątrz, m.in. przez krytykę literacką, jak i też odautorsko – w różnych formach autokreacji i autopromocji, eksponowanych w ekscentrycznym zachowaniu, osobliwych wypowiedziach, prowokowaniu swoistych zdarzeń etc.

„Nietrwałe ślady” Roberta Wieczorka są zwycięską pozycją 8 Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego Fundacji Duży Format „po debiucie”. To zbiór wierszy, który przewraca sposób myślenia na temat własnej przemijalności. Jakie są nietrwałe ślady? Mnie osobiście kojarzą się z tymi odbitymi na piasku przy brzegu morza, które zabiera kolejna fala. Wówczas możemy powiedzieć, że coś było i nawet nie zdążyło się zapisać. Jednak postanowiłam spojrzeć na ten sam ślad z innej strony. Owszem on był chwilą, szybko zanikł, właściwie nie miał szans z żywiołem, a mimo wszystko jest w pamięci moment, gdypostawiło się tam stopę.

Przedmiotem publikacji MARKA ŁAGOSZA O świadomości. Fenomenologia zjawisk umysłowych jest natura świadomości: Naczelnym jednak celem tej pracy jest przedstawienie świadomości jako obiektywnego zjawiska w niektórych jego istotnych – jak sądzimy – odsłonach (s. 15). Ta zaś została zdefiniowana następująco: [...] świadomość jest zjawiskiem materii jako przejawianie się w materialnym podmiocie rzeczy transcendentnych. Inaczej: świadomość jest pierwotnie zjawianiem się przedmiotów zewnętrznych i tylko za pośrednictwem tego zjawiania się jest ona dana podmiotowi jako samoświadomość (s. 6). Termin „zjawisko” używany przez autora pracy należy rozumieć formalno-ontologicznie jako niesamoistne wobec ciała zdarzenia i procesy.

Jarosław Stanisław Jackiewicz, bydgoski poeta, prozaik, krytyk literacki, współzałożyciel i administrator profilu „Myśl Poetycka” na portalu społecznościowym Facebook, tym razem oddaje w ręce czytelników swoją pierwszą powieść. Książka nosi tytuł „Ucieczki i powroty”, a została wydana przez Wydawnictwo Komograf z Ożarowa Mazowieckiego, w 2021 roku. Dostępna jest do nabycia w księgarni Empik. Wprowadzeniem do całości jest motto, zaczerpnięte z książki Piotra Stareńczaka „Statki we mgle”, zgodnie z którym „życie dla kogoś jest ważniejsze, niż życie po coś”.

Wiersze Lidii Jędrochy-Kubickiej z tomiku Opaska na oczach mają swój nadrzędny temat, a jest nim kondycja świata i człowieka. W słowie Od autorki czytamy „Jesteśmy solą ziemi i światłem świata. Co zatem się stanie, gdy zabraknie soli i światła?”. Jeden z wierszy nosi tytuł Zło. „Dostaliśmy je w spadku/ i żyje w każdym dniu” - pisze autorka. Inaczej mówiąc, jesteśmy nim skażeni od zarania świata. Przybiera różne rozmiary, ogarnia

Tags:

„Każdy wyścig ma swoją historię. Stu zawodników ma sto różnych historii. Ja mogę opowiedzieć tylko tę moją” (s. 82) – czytamy w Wygrać z samym sobą. Autor Jan Chruśliński przywołał i tę swoją, i inne historie pionierów nie tylko szczecińskiego, kieleckiego czy buskiego kolarstwa po 1945 roku. Opisał mnożące się w powojennej Polsce kolarskie wyścigi na szosach i torach, sięgnął po dostępne archiwalia pieczołowicie gromadzone przez mistrzów jednośladów oraz trenerów. I stworzył zbeletryzowany dokument o niebagatelnej wartości historycznej i literackiej. Jan Chruśliński ma dar lekkiego opowiadania. Ze swobodą przechodzi z czasów teraźniejszych do wspomnień, a niektóre sięgają nawet i 78 lat wstecz. Czyli tak daleko, jak daleko sięga pamięć uczestników odtworzonych w książce wydarzeń kolarskich i epizodów, zobrazowanych z werwą i z tym spojrzeniem od środka. A gdzieś pomiędzy, w podskórnych nurtach, wyczuwalne jest coś ulotnego – nostalgia za minionym. Zakrada się niby mimowolnie, choć dobrze wiemy, że są to celowe pisarskie zabiegi.

Dawno, dawno temu (a może wczoraj), za górami, za lasami (a może tuż obok), żyły trzy psotne małpki. Bujały na różowych obłokach, bo świat, w którym przyszło im odegrać napisane dla nich role, znały tylko z pięknego opakowania. Czasem nawet ciekawiło je, co skrywa lśniące pozłotko, ale jego blask był tak zniewalający, że szybko zapominały o swojej ciekawości. Jednak ci, którym migotliwa jasność nie osłabiła wzroku, którym słuch nie stępiał od szumu rozwianych wiatrem grzyw jednorożców, mogliby opowiedzieć historie, jakie nie śniły się psotnym małpkom.

Teraz masz rok studiów w plecy, słyszałaś te słowa od każdego członka rodziny podczas niedzielnego obiadu, po tym jak powiedziałaś im, że zmieniasz kierunek studiów, bo z obecnego jesteś niezadowolona. Bardziej obchodziło ich to, co powiedzą inni ludzie, co powiedzą sąsiedzi, niż twoje uczucia. Ale starałaś się to ignorować, starałaś się nie przejmować tym, że przez najbliższy czas będą ci to wypominać przy każdej możliwej okazji. Po prostu życie będzie toczyło się dalej, prawda? Tak myślałaś…

1 września

Przebrnąłem jakoś przez sierpień, miesiąc moich urodzin, otępiałego wyciszenia i obumierania lata, które w Polsce żyje zazwyczaj jedynie półtora miesiąca. Pamiętam, że już za młodych lat męczył i smucił mnie sierpień. Tylko, że wtedy główną przyczyną smutku była szkoła, a teraz co? 

1 września miasto zakwitło młodzieżą. I słońce. 

Obu znalazł odchody – dobry znak. Jesteśmy na tropie Stada. Podchodzę do wykopywanej przez niego dziury. Odchody przykryte warstwą białej masy są suche i zmrożone – zły znak. Stada od dawna tu nie ma. Grzebiąc, znajdujemy kolejne twarde kulki. Jest ich dużo – drugi dobry znak. Rzadko przynosimy ze zwiadu oczekiwane wieści, ale z tych plemię na pewno się ucieszy. Razem z innymi młodymi braćmi wracamy do Grupy. Niestety bez mięsa.

Każdy historyk literatury na swój sposób mierzy się z epistolografią pisarzy. Nie da się tego fenomenu kulturowego ogarnąć raz na zawsze. Taką próbę podejmuję pisząc o listach dr Felicji Borzyszkowskiej-Sękowskiej, spod pióra której wychodzą tylko dobre książki. Jest ona autorką ponad czterdziestu książek; by wymienić tu niektóre z nich: eseje „Trzecia płeć”, powieści „Niezapłacony rachunek sumienia”, „Miłości głodni i godni” oraz licznych tomików poetyckich, m.in. „Kwartet międzyludzki”, „I któż tu winien?” - dramaty, wiersze, fraszki.

Obecnie uwidacznia się słabość poezji polskiej (nie tylko w „Akancie”). Brak głębi, dość wąski zakres tematyczny (nie mówiąc już o formie, która jest częstokroć żałosna). Kilka wersów rzuconych na papier, niedopracowanych i nie przemyślanych, to jeszcze nie wiersz. Widać w tym brak tzw. backgroundu (literatura, przeżycia, refleksje, doświadczenia). Namysł – tego brak.

To sytuacja współczesnego człowieka, który dzieje się pomiędzy osiągnięciami współczesnej nauki a wiarą, między dawnym – a obecnym sposobem widzenia naszej rzeczywistości, która przecież w żaden sposób wiary nie wyklucza. Tu dzieje się  nasze życie  i odpowiedź na pytanie: czy potrafię je w miarę solidnie pochwycić, powiedzieć że jest moje, czyli że moja obecność  opowiada je tak, abym mógł w nim dobrze funkcjonować? To fundamentalne pytanie, które zawsze było, jest i będzie do zadania.

Nazywam się Waldemar Nowak i jestem świeżo upieczonym absolwentem filologii polskiej, a na tę chwilę, na początku wyboistej drogi robienia doktoratu. Jeszcze jedno, mam gorącą prośbę, abyście zwracali się do mnie panie magistrze, a nie panie profesorze, jak jest powszechnie przyjęte, zgoda? To ja tyle o sobie, teraz chciałbym was poznać z imienia i nazwiska.
Otworzył dziennik lekcyjny. Iksiński, Igrek.

„Romania” w wielu językach uznających rdzeń „Roma” za podstawę  cywilizacji bez obiekcji ją właśnie  przyznają krajowi, któremu nasz język nadał nie wiedzieć czemu brzmienie „Rumunia”, które proponuję pozostawić subiektywnie polskiemu - przyznajmy nostra culpa: zerowemu -  postrzeganiu liczbowo drugiego po Rzeczpospolitej wschodniego filaru UE, pozostawiając Romanię jej bardziej obiektywnemu istnieniu i opisowi.

Minione lato politykom nie przyniosło wypoczynku i relaksu. Propagandyści obu walczących plemion już w sierpniu znacząco podkręcili decybele, a ryk jeszcze się wzmaga, w miarę jak postępuje z błota polska jesień. Resorty propagandy znają się na ludziach tylko w jednym aspekcie: ponieważ rozum jest zjawiskiem rzadkim (i niewygodnym), trzeba postawić na emocje! Strategie rozbudzania emocji są liczne i skuteczne: obrażanie, poniżanie, straszenie, wykluczanie, jątrzenie, szczucie jednych przeciw drugim itp. Nie biorą pod uwagę tylko tego, że nadmiar decybeli powoduje utratę słuchu i zobojętnienie na bodźce. Zobojętniałemu nawet strach (emocja najłatwiejsza do manipulowania) często nie daje kopa. Zamiast się miotać, przyjmuje całkiem zdrową postawę: I tak będzie, co ma być. Jak pożyjemy, to zobaczymy…

Krystyna Cel –Twój ostatni tomik nosi tytuł Aforeski. Nie znajdziemy tego wyrazu w Słowniku terminów literackich. Ale przyglądając się owemu neologizmowi, możemy pokusić się o jego „słowotwórczą analizę” zauważając, że powstał zapewne ze skojarzenia dwóch słów takich, jak aforyzm i… może freski, by dać coś lekkiego i zabawnego. Tworząc niemal nowy gatunek literacki, czy aforeski miały być w twoim zamyśle też pewnego rodzaju literackimi humoreskami, tyle że poetyckimi?

Tags:

(...)Tomik otrzymałam od wydawnictwa, w którym mam praktyki. Każdy z praktykantów miał sporządzić recenzję, w której podzieli się swoimi wrażeniami po lekturze i ją oceni. Nigdy nie byłam fanką poezji, w szkole czytałam ją raczej z niechęcią, gdyż nie trafiała do mnie, wybierałam zawsze prozę. Po ten zbiór sięgnęłam jednak z ciekawością - jako niedoświadczony czytelnik poezji, czułam, że mam „czystą kartę” i ocenię go obiektywnie.

Książka Choć nasze łodzie przeciekają… notatki lipnickie Krzysztofa Budziakowskiego to poetycka kompozycja składająca się z czterech „sezonów”, każdy po dziesięć wierszy. Jej autor już w szkole pisał utwory poetyckie, potem studiował filozofię, wydawał zakazane książki w czasach pierwszej „Solidarności”, zaś po transformacji ustrojowej stał się szefem firmy architektonicznej. Prowadził Fundację Zygmunta Starego w Krakowie[i].

Bartłomiej Siwiec urodził się w Bydgoszczy. Prócz poezji zajmuje się również prozą. Jest dramaturgiem i krytykiem literackim. Ma na swoim koncie cztery powieści, zbiór opowiadań i dramaty. Jest członkiem Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Jego najnowsza książka, to zbiór wierszy Domysły na temat Ruxa. Tekst otwierający tomik dowodzi, że autor uważnie śledzi współczesność.

Stowarzyszenie Kołobrzeskich Poetów długo oczekiwało tak udanego debiutu poetyckiego, jakim jest wydany w tym roku pod redakcją Stefana Pastuszewskiego tomik „Wgląd” Lili Hermann. Z pewnością jest to jedna z lepszych pozycji wydanych przez bydgoski Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, a sama autorka jest przykładem na to, że nie zawsze należy spieszyć się ze składem książki, dać wierszom czas i wrócić do nich znów, by wybrzmiały w lepszej, dojrzalszej formie. Wiersze Lili Herman ukazały się parokrotnie na łamach niniejszego czasopisma, jednak czytelnicy mieli okazję zaledwie fragmentarycznego wejrzenia w jej poezję, gdzie właśnie owo „wejrzeć” ma tutaj  kluczowe znaczenie.

„Świat wypełniony po brzegi poetami”, tak napisała autorka w prologu książki. Zauważa ilość wierszy, poetyk, mówi, że „wierszy już wystarczy”, jednakże wciąż w poezji widzi clou dla przywieszenia obrazu - wspomnienia, ocala, mówi swoim własnym głosem. MAŁGORZATA BOBAK-KOŃCOWA rozpoczyna poetycką podróż pośród ptaków i kamieni, odnajdując inspirację u Zbigniewa Herberta, gdzie ptak symbolizować może wolność, spełnienie i miłość, a kamień – trud życia? Sama poezja jest więc ratunkiem dla „życia bez życia”, dla życia w pustce:

Tags:

Prześwietlony światłem które przecieka                                                   

Ścieśniony w lata... Jak źdźbła                                              

zeschłej trawy

                      Ich dzielność ofiarność                     

oddanie Minęły 

wraz z nimi bezpowrotnie - sznur opowieści                                   

z żalu po nich 

drwi Naigrywa z win

 

Głos jak burza

owinięty w bawełnę

 

Słowa jak dźwięki

ukryte w spojrzeniach

 

W towarzystwie ciche

w samotności głośne

 

Gdy kończy się dzień

nie budź ich pojmaniem