Matematyka, zwana – zapewne słusznie – „królową nauk”, nie jest moją ulubioną dziedziną, ale z wiekiem coraz boleśniej przekonuję się, że ma ona wiele wspólnego z ludzką egzystencją. Gdyby pokusić się o opisanie różnych momentów życia terminami zaczerpniętymi z algebry czy geometrii: „mnożenie”, „dzielenie”, „wierzchołek”, „sinusoida”, „poza nawiasem” – mogłoby się okazać to nadzwyczaj trafne. A ileż razy, próbując zrozumieć codzienne zawiłości, czujemy się „skołowani do kwadratu”!
Takie matematyczne skojarzenia przydarzyły mi się po lekturze liryki Stefana Pastuszewskiego ze zbioru zatytułowanego „Na krawędzi”. I nie są to skojarzenia przyjemne, przystające do tego, co chcielibyśmy o życiu – szczególnie własnym – myśleć, jak spokojnym i wygodnym chcielibyśmy je sobie wyobrażać.
Tytułowa „krawędź” pojawia się w wierszach nader często, czasem niespodziewanie – i wtedy najbardziej wydaje się dotkliwa, bo uświadamia nam, że życie to właściwie ocieranie się o krawędzie wszelakie, o końce chwil, istnień, rzeczy…
Tytułowa „krawędź” wrzyna się w czytelnika trafnością myśli, życiową prawdą – „nam wciąż się wydaje że pustka nie istnieje”… Uświadamia, że chociaż próbujemy się cofać znad (przeznaczonej nam?) krawędzi i „wdrapujemy się na wierzchołek sensu”, by ułożyć życie według własnych zasad, i tak, od jego początku, „dojrzewamy do krawędzi” – tej ostatecznej, której nijak nie da się uniknąć, gdyż „trucizna czasu”, wstrzyknięta przez Stwórcę, działa.
Podmiot liryczny w swojej dojrzałości zdaje się doskonale dostrzegać tę „bezwzględną geometrię życia”, a przy tym doceniać możliwość wędrówki po łuku życia i osiągania jego zenitu, ale również potrafi zachować z przebytej już drogi wspomnienia minionych radości. I cóż stąd, że nawet siedząc, idziemy ku śmiertelnej krawędzi, skoro „miałem szczęście być wczoraj”; przecież każdy, nawet jeśli go już nie ma, „jest na twardym dysku wszechświata”.
Widmo krawędzi nie przeszkadza podmiotowi lirycznemu w spokojnej ( w miarę) wędrówce „zwykłą koleją rzeczy”, w układaniu kalejdoskopu codziennych drobnostek.
Miłość – złożona jak oko pszczoły i sny – kojące spotkanie z tym, co było, tworzą obrazy pozwalające na chwilę zapomnieć o „gilotynie początku i końca” , by móc skupić się na chwili, „ziarenku wszechświata”, które uczynił Bóg, stworzył jak geometryczny punkt.
Obrazów poetyckich rysowanych słowami można by wierszach Stefana Pastuszewskiego znaleźć jeszcze wiele. Ale po cóż wskazywać je wszystkie? Niechże czytelnik sam sięgnie po tomik i spróbuje zbliżyć się do krawędzi, niech sam doceni, że „jeszcze jest po naszej stronie”.
Stefan Pastuszewski: „Na krawędzi”, Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, Bydgoszcz 2024

