Publikacje

1 sierpnia
Śmieszny, ospały leń. Sybaryta, który nie chce się ożenić, aby ponosić trudy bycia z kobietą. Przykleił się do władzy i teraz pilnuje, żeby nie straciła władzy. Uwierzył albo udaje, że uwierzył w jej narrację i eliminuje tych, którzy nie wierzą. Donosi. Gdyby taka była młodzież 1 sierpnia 1944 roku, to Powstanie Warszawskie nigdy by nie wybuchło.

Doprawdy, niezwykłą podróż po lankijskiej wyspie odbyła Alina Kręcisz, autorka książki „Moja podróż z Witkacym i Malinowskim na Cejlon”. Bo, po pierwsze, odbyła ją w towarzystwie dwóch wybitnych osobistości polskiej kultury, a po wtóre, zamierzona podróż miała miejsce w tym samym okresie, czyli od 28 czerwca do 11 lipca, tylko... ponad sto lat później. Motywacje egzotycznej wyprawy Aliny Kręcisz różniły się jednak od okoliczności towarzyszących wyjazdowi bohaterów książki. Jakie to były okoliczności?

Obecny stan rzeczy, grupowe czy indywidualne zachowania stymuluje pandemia koronawirusa. Codzienne komunikaty podawane sukcesywnie przez wszechpotężne informatory elektroniczne wpływają na stan naszej zbiorowej ale przede wszystkim indywidualnej odpowiedzialności, od zupełnego uzależnienia jednostek od informacji do infantylnej ignorancji przez część populacji ludzkiej. Bardziej lub mniej świadomie płyniemy nurtem późnej postnowoczesności.

Zagadnienie instytucjonalizacji tekstoterapii kulturowej. Przykłady wybranych typów instytucji kultury w Krakowie

The problem of the institutionalization of cultural textotherapy. Exemples of selected types of cultural institutions in Cracow

Pomysł opowiedzenia o Damaszku jest skazanym z góry na niepowodzenie zuchwalstwem. Utrwalanie, rejestrowanie fenomenu tego miasta to nieporozumienie. Może dlatego, że jest tak bardzo skomplikowane, gęste, wielowarstwowe?
Lądujemy na skraju Pustyni Syryjskiej, u podnóża górskiego pasma Antylibanu.

 

Czas winobrania. Paul to literacki debiut Magdaleny Sypniewskiej. Na wstępie muszę zaznaczyć, że tę powieść czytało mi się znakomicie. Wartka akcja, przekonująca psychologia postaci (co ma zwłaszcza odbicie w dobrych, nieraz wręcz błyskotliwych, dialogach, ale też w "didaskaliach", takich jak ulotne, acz znaczące spojrzenia, grymasy twarzy czy gesty), płynna, wciągająca narracja, a przy tym znajomość realiów i topografii Prowansji, w której dzieje się ta historia, operowanie suspensem i nagłymi zwrotami akcji - czyli, po prostu, dobry, warsztat literacki. To wszystko sprawia, że lektura ...Paula staje się przyjemnością.  Czytelnik z trudem tylko może się oderwać od tej opowieści.

 

Zaiste, benedyktyńska to praca – porzucić używki doczesności, zerwać codzienne związki z migotliwym, sycącym zmysły i potrzeby intelektualne życiem tu i teraz, by wytrwale przedzierać się wśród zakurzonych inkunabułów przeszłości, szperać pośród archiwów pamięci, łączyć ze sobą fakty, spajać wątki, „żenić” literackie analogie. Ile trzeba samozaparcia, by wytrwale wędrować przez las niedopowiedzeń, knieje wątpliwości, bory nieprecyzyjnych pojęć i dat. I przy tym szybko okazuje się, że nieprawdziwa jest teza, jakoby w Internecie „było wszystko”.

 

13 marca 2020 r. we włocławskim szpitalu w wieku 75 lat zmarł Stanisław Leszczyński. Jego odejście nie spotkało się ze szczególnym odzewem w prasie lokalnej czy literackiej. Z wyboru od dawna żył daleko od centrów kulturowych, na kujawskiej prowincji. Powrócił do swej małej ojczyzny porzuciwszy studia filozoficzne w Warszawie po pamiętnym marcu 1968 r., kiedy rozczarował się do ówczesnej politycznej rzeczywistości. Postanowił udać się na tzw. emigrację wewnętrzną, żyć wśród najbliższych, utrzymywać siebie i rodzinę z pracy własnych rąk, być po prostu niezależnym.

 I
     Mój powrót  do  wiosny  życia  przerywa  akustyka radości wiewiórek zjadających żołędzie. To sygnał, że muszę skoncentrować się na chwilach bieżących. Rezygnuję z dalszego podziwiania  piękna parku. Wyjmuję z teczki ukończone  kilka miesięcy temu moje opowiadanie Skrytka Renate Schmied. Przystępuję do czytania.

 Jestem uwięziony w życiu jak robak w bursztynie.

 (Piotr Stareńczak - „Atrofia”, str. 122.)

Miałbym chyba problem z napisaniem „klasycznej” recenzji nowej, piątej już, książki Piotra Stareńczaka - „Atrofia”, więc może ograniczę się do kilkunastu luźnych uwag, zapisując je jak najbardziej lakonicznie, niemal jak autor we fragmentach swojego dzieła, zatytułowanych „Z pamiętnika insomnika” (w trzech częściach). Będzie to tym trudniejsze, że wrażeń i refleksji z lektury omawianej pozycji mam naprawdę sporo, pozytywnych, ale i niestety, negatywnych. Kto zresztą wie, czy tych drugich nie jest więcej. A więc – do rzeczy:

Czekała mnie jeszcze jedna rozmowa i byłem już solidnie zmęczony, gdy pojawiła się kolejna, ostatnia kandydatka. Mówiąc prawdę ledwie pamiętałem dane z jej listu, ale też pewnie niezbyt uważnie go przeczytałem. Pewnie mój błąd; zaprosiłem wszystkie sześć pań, które odpowiedziały na mój anons. Pięć pierwszych odpadło, grubo przeceniwszy swoje kwalifikacje, choć wyraźnie zaznaczyłem wymóg górnej półki w każdym zakresie.
Kiedy weszła, moją pierwszą myślą było, że nic z tego nie będzie. Choćby była najlepsza, włącznie z angielskim. Jej wada z miejsca rzucała się w oczy, choć przyznaję, że to tylko moja wina, lub może moje estetyczne, i nie tylko, skrzywienie.

Przyjmując założenie, że Prawdą jest tylko Bóg, a Prawda jest Bogiem; mamy świadomość, że na ziemskim stole możemy odnaleźć zaledwie jej okruchy. Podróżując naszym pociągiem wciąż zbliżamy się do Prawdy, a przynajmniej chcemy się zbliżyć. Chcemy poczuć jej smak wśród zakłamanych przedziałów i fałszywych konduktorów w egzystencjalnych mundurkach zakrywających naszą prawdę.