Komu potrzebna jest jeszcze poezja? Pytanie, przyznają Państwo, niebezzasadne – pozbawione sensu czy prowokacyjne. To pytanie otwarte, nad którym zawsze zastanawiam się, odkąd uczestniczę w spotkaniach autorskich. Na ogół przychodzi na nie garstka osób – kilkanaścioro przyjaciół plus mniej więcej kilkoro gości z ciekawości lub – w co chcę wierzyć – z umiłowania literatury czy też twórczych poszukiwań. A jednak poeci nie odkładają pióra. Przeciwnie – ci, których znam osobiście z naszego, gnieźnieńskiego, podwórka (Krzysztof Szymoniak, Dawid Jung, Maciej Krzyżan, Sławomir Krzyśka, Paweł Bąkowski, Karolina Kasprzak-Dietrich…) wciąż tworzą, wydają, publikują na portalach agregacyjnych – na pohybel powszechnym opiniom i modom.

Stefan Pastuszewski (ur. 1949) wydał ostatnio obfite dzieło Dziennik czasu zarazy i wojny. Jest to zbiór memuarów, które autor prowadzi w „Akancie”. Dziennik, w formie książkowej, obejmuje okres od marca 2020 roku do marca 2024. Jego comiesięczna lektura jest bardzo interesująca. Ba! Niekiedy wręcz rewelacyjna ze względu na to, że autor nie ulega kanonom streamingowym. Potrafi chwalić co pozytywne a ganić co negatywne, śmiało prezentuje swe poglądy. Nie płynie głównym nurtem, on płynie swym własnym nurtem przez całe swe życie. Powoduje to, że wielu czytelników „Akantu”, co miesięczną lekturę zaczyna od jego Dziennika. Praca nad redakcją jest wręcz heroiczna; każdy dzień jest opisany. A ilość dni? 365 w roku pomnożyć razy 4 daje imponujący wynik 1460. A jak trudno znaleźć coś nadzwyczajnego w jakimś nudnym dniu to każdy z nas dobrze wie.

W coraz szybciej poruszającym się kieracie życia, w pogoni za sukcesem, który stał się namiastką szczęścia, staramy się anihilować tragizm istnienia i nieuchronność śmierci. A śmierć to jedyny pewnik, który nas czeka w nieokreślonej przyszłości. Możemy jej doświadczyć, przeżywając odejście naszych bliskich. Jednak najczęściej refleksję nad losem pozostawiamy innym – wybranym filozofom, a zwłaszcza poetom.

Napisany w 2006 roku przez Endy Walsha dramat „The New Electric Ballroom” to z pozoru banalna opowieść o bardzo ponurej egzystencji dwóch starych panien, które  przegrały swoje życie erotyczne i emocjonalne poprzez źle ulokowane w młodości uczucia i lęk przed małomiasteczkową opinią publiczną oraz o ich dużo młodszej, siostrze, którą to też zawisłe nad nimi fatum skazuje na podobny los.

Przychodzi mi pisać ten esej w lutym 2024. Dekadę po zakończeniu działań grupy wymienionej w tytule pracy. Dlaczego tedy się podejmuję tego właśnie dziś; wszak wiadomo, że o zmarłem tylko dobrze albo wcale? Mam kilka powodów. Pierwszy to fakt, iż w posiadanie wydawnictwa – Było-nie-było wszedłem parę dni temu. Drugi to taki, iż będąc wyznawcą tezy – „myśl globalnie działaj lokalnie” od zawsze byłem świadomym wyższości swego (w tym wypadku lokalnego) - bez względu na jakość onego swego, nad obcym.

W sierpniowym, ósmym numerze „Akantu”, w dziale „Recenzje”, ukazał się krótki tekst Anity Nowak, Inżyniera i aktorki wspomnienia z PRL-u. Są to osobiste, uogólnione opinie wrażeniowe recenzentki na temat książki Romana Sidorkiewicza, Pożegnanie z przeszłością, wydanej przez Fundację Będziem Polakami.

1 września

Rozszerza się epidemia neurastenicznego pisania wierszy. Jakaś emocja, emocyjka tylko, jakiś obraz, skojarzenie i już kartka z długopisem, albo ekranik telefonu mobilnego. Wyładowanie się, próba uchwycenia coraz szybciej przewijającego się kalejdoskopu zdarzeń i wrażeń. Po raz pierwszy dostrzegłem to w zbiorze ukraińskiej poetki Natalii Horisznej, świetnie jednak zatytułowanym Pszczoła na asfalcie (2006), która potrafi „ułożyć” wiersze na każdy temat. Teraz widzę to w nadsyłanych do redakcji książkach. Starszy facet (77 lat) porażony zapewne telewizyjnymi obrazami i euforycznymi wypowiedziami komentatorów, pisze dwa wiersze zatytułowane: Robert Lewandowski, Kylian Mbappé. Ten drugi kończy się frazą: Perła wyłoniona z wód szmaragdowego oceanu. Szkoda, że nie czarna perła… Ale na to chyba językowa poprawność polityczna autorowi już nie pozwoliła.

W jego muzyce uderzał żarliwy niepokój, odzwierciedlający stan polskiego ducha. W połowie Francuz, urodzony nad Wisłą „rodem Warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel”, tak o Fryderyku Chopinie pisał Cyprian Kamil Norwid dzień po tym jak serce kompozytora, przewiezione później przez jego siostrę do Polski, przestało bić w 1849 roku.

Od mojego Przyjaciela Bolesława Wróblewskiego otrzymałem egzemplarz Dziennika czasu zarazy i wojny (2024) Stefana Pastuszewskiego. Wysyłam więc dwie notatki: jedną dotyczącą okładki – jak ją widzę i rozumiem, drugą, będącą próbą zsumowania refleksji na temat wrześniowych zapisków Autora.

Norbert Krawczyk (ur. 1947), wieloletni dziennikarz radiowy, telewizyjny, prasowy, wydał niedawno szczupłą książkę zatytułowaną ZEZ. Opowiadania. Autor nie ukrywa swych lewicowych poglądów; jest typowym zwierzęciem politycznym. W jego opowiadaniach wszystko kręci się wokół współczesnej polityki, od Piłsudskiego poprzez Bieruta po wolną Polskę. Jest co pisać, tym bardziej, że autor wiele zdarzeń pamięta osobiście, będąc w tym czasie aktywnym dziennikarzem. To nadaje wiarygodności opisom.

Jak powszechnie wiadomo, po raz pierwszy w historii Polska znikła z mapy świata w 1795 r., po trzecim rozbiorze. Niektórzy światli politycy i dalekowzroczni pisarze przeczuwali tę katastrofę i próbowali jej zapobiec. Świadczą o tym choćby takie dokumenty z czasów saskich i późniejszych, jak broszura Głos wolny wolność ubezpieczający (1749) króla Stanisława Leszczyńskiego, traktat O skutecznym rad sposobie (1760–1763) Stanisława Konarskiego czy Przestrogi dla Polski (1790) Stanisława Staszica. Stało się – apele do rozsądku warchołów i nawoływania do rozwagi wśród sobiepanków okazały się chybione. Już starożytni mawiali: Historia est magistra vitae, ale – niestety – mądrość ta często się nie sprawdza w wymiarze makrospołecznym. Dziś Polska również stoi w obliczu silnych zagrożeń kulturowych czy geopolitycznych. Obawiam się, że kolejne dzieło o przesłaniu patriotycznym, na wskroś współczesne, czyli My, polani i inne szkice Krzysztofa Budziakowskiego, nie spełni pokładanych w nim nadziei mentorskich.

„Raz usłyszeć siebie w sobie…” czytam w wierszu Jerzego B. Zimnego pt. „Młyńskie koło”, to refleksja, marzenie towarzyszące drodze niejednego artysty… „Santa ścierka” i „requiem ten wiersz” prowadzą nas przez pierwsze teksty nowej książki poety pt. Hipoteka. Autor pozostaje wierny swej poetyce pełnej ekspresji i te wysokie temperatury wiodą nas przez teksty kolejnego tomiku. Pacierz, który zrzucił skórę jak wąż „sen zrobił dziurę w ścianie”. Wreszcie noc, która winna zesłać ukojenie. Ale i ona „wdarła się...”. Motywy dynamiczne, krańcowe, tragiczne niosą m.in. wiersze „Labirynt”, „Schizofrenia”, „Wiersz z kosza…”. Czytamy strofy „porzucone”, w koronie cierniowej, poezja jest podejrzana… „Skuteczna jest tylko śmierć”. W tej sytuacji, cóż pozostaje? Sztuka, która (bywa), że ocala. Miłość, o której marzyć, pamiętać. Imaginarium Jerzego B. Zimnego bliskie poetyce romantycznej, postromantycznej… I nie jest to zarzut.  Stąd i bohater-narrator tych wierszy (zwłaszcza w cyklu pierwszym książki) tak bliski romantycznej proweniencji – Gustaw – Konrad, Prometeusz… m.in. w wierszu „Zawsze jest święto”.

W zbiorze tym najbardziej ujmuje pasja i narracja pierwszoosobowa, dzięki czemu czytelnik odnosi wrażenie jakby z autorami przemierzał leśno-bagniste tereny Łotwy i zaglądał do wschodniej Estonii, a konkretnie do Dorpatu. Przyjazny jest też język, jakby przewodnika turystycznego, opowiadającego w prostych codziennych słowach o zawiłościach historyczno-politycznych, nie wystrzegając się soczystych epitetów oraz ryzykownych, acz efektownych porównań i skojarzeń. Narracja cicerone nastawiona jest bowiem na wywoływanie zaciekawienia, a nawet zaszokowania, bowiem turysta koniecznie chce coś przeżyć, choćby w wyobraźni.

Od drogi H2102 odchodzi droga H2100, prowadząca nas na skraj państwa białoruskiego, pod granicę z Łotwą. Blisko drogi stacja kolejowa – podłużny budynek z białej cegły, wyraźnie widoczny, w odróżnieniu od schowanej w drzewach i zaroślach niewielkiej stacyjki w Idołcie, o której istnieniu dowiaduję się dopiero nazajutrz, bo teraz Stefan ostro gna do przodu.

Opowieści pielgrzyma (ros. Откровенные рассказы странника духовному своему отцу) – książka nieznanego autora z drugiej połowy XIX wieku, relacjonująca przygody rosyjskiego pielgrzyma spędzającego życie na pieszych wędrówkach do sanktuariów, nieustannej Modlitwie Jezusowej oraz czytaniu Biblii i Księgi Dobrotolubia. Motyw przewodni to hezychazm.

Wiłkomierz (lit. Ukmergė) leży ok. 120 km na północny zachód od Wilna. Jest jednym z najstarszych miast na Litwie. Liczące ok. 25 tys. mieszkańców jest usytuowane na terenie Auksztoty czyli części Litwy zwanej Wysoką lub Górną obejmującą północno – wschodnie obszary państwa litewskiego. Nazwa miasta, a w średniowieczu grodu pochodzi od starolitewskiego Wiłkmergie (wiłkas, vilkas – wilk, merga, mergina – dziewczyna, córka).

Jest to malarstwo szerokiego rozmachu, ale zdyscyplinowane. Wciąż poszukujące, ale już konsekwentne w drążeniu znalezionego tematu odkrytej fascynacji. Mamy więc cykle tematyczne, choćby wspomnieć „Fantasmagorie”, „Gorgonie”, „Dready” oraz cykle „formalne”, choćby przywołać wycieczki w abstrakcjonizm [„Aleja”, „Szklane drzewa”, „Podwodne ogrody”], z wyraźną jednak pępowiną przywiązania do konkretnych przedmiotów i miejsc.

W powieściach historycznych napisanych przez polskich pisarzy, których akcja rozgrywa się na Bliskim Wschodzie tudzież na ziemiach ukrainnych czasami pośród bohaterów są też Ormianie. Jak się ich kreuje? Na to pytanie odpowiedzieć niełatwo. Pojawiają się oni bowiem w utworach tworzonych od ostatniej ćwierci XIX w. niemal aż po czasy współczesne. Jedne z nich dostarczają czytelnikom jedynie rozrywki, inne czegoś więcej. Prócz tego ich ormiańscy bohaterowie są wplątani w najróżniejsze wątki historyczne. Skłania to raczej tylko do wymienienia utworów i występujących w nich postaci, ewentualnie bardzo ostrożnych zabiegów porównawczych.

Dukla, brama do Rzeczpospolitej. Pierwsze znaczące miasto na tzw. trakcie węgierskim, skąd od wieków z południa płynęły do Rzeczpospolitej nie tylko ludzie, czy też idee, style, mody z Italii, a zwłaszcza towary w postaci win południowych, które wiezione przez kupców, chronione przed zbójcami, tzw. beskidnikami, gościły na stołach bogatego mieszczaństwa, szlachty i magnaterii.

„Kocia szajka i fałszerze pierników” najnowsza premiera toruńskiego Baja inspirowana jest piątym tomem książki Agaty Romaniuk pod tym samym tytułem. Akcja spektaklu niczym z kryminalnego serialu wyjęta trzyma widzów w stałym napięciu. Na samym początku dowiadujemy się, że ktoś w  Grodzie  Kopernika podrabia toruńskie pierniki. Używa gorszych  składników, skraca czas dojrzewania ciasta, dodaje szkodliwych konserwantów i sprzedaje produkty po konkurencyjnych cenach, psując tym samym renomę słynnych lokalnych specjałów. Miasto jest tą sytuacją wstrząśnięte, a szczególnie emerytowany komisarz  kot Bibi Lolo. Do rozwiązania kryminalnej zagadki i zdemaskowania piernikowego gangu, żeby uniknąć korupcji lokalnej policji, zatrudnia  on grupę detektywów z odległego Cieszyna.

Szczególnym konkursem jest interdyscyplinarna impreza Lednicka Wiosna Poetycka, która łączy różne dziedziny sztuki, choć akcent kładzie na poezję. Została ona powołana do istnienia w 1997 roku przez Stanisławę Łowińską i od niemal trzydziestu lat jest obecna na arenie kulturalnej Wielkopolski.

Topolowy szelest słów w poezji Anny Andrych

 

Z dorobku literackiego poetki Anny Andrych wybrałem dwa tomiki wierszy, a mianowicie: Do dna (1996) i Archipelag (2018). W zamyśle chciałem dostrzec zaistniałe różnice w tematach i stylu pisania poezji na przestrzeni czasu. Autorka tych tomików w przyszłym roku będzie obchodzić czterdziestolecie swojej twórczości, zadebiutowała wierszem w 1985 roku na łamach Zielonego Sztandaru. Jest poetką o bogatym dorobku literackim, pisze prozę, wiersze, opisujące zjawiska i wydarzenia, dotykające ją osobiście lub pośrednio, wrażliwość kobiety i poetki jednocześnie.

Żyjemy w zalewie informacji, w czasach, w których słowa mnożą się w nadmiarze. Cały ten zasób wyrażeń i znaków językowych powinien służyć wzajemnemu porozumieniu. Oczywiście, język się zmienia, ponieważ funkcjonujemy w erze szybkich przemian i w różnych środowiskach. Zmiany te czasami służą podmianie znaczeń, co może prowadzić do głoszenia nieprawdy lub wywołania chaosu.

Czytając dwanaście lat temu, tom poezji Stanisława Chyczyńskiego Byłem pomyłką, nie uwierzyłem w zejście z literackiej drogi tak utalentowanego i oryginalnego liryka z Kalwarii Zebrzydowskiej. Wszak Ryszard Kapuściński w Lapidarium VI pisze: „Króla stwarzają dworzanie. Bez nich jest on zwykłym człowiekiem. To im zawdzięcza konieczną dla istnienia władzy atmosferę podniosłości i celebry. Kiedy owa atmosfera kończy się, kiedy gasną światła reflektorów i milkną oklaski tłumu, znika również król – żałosny artefakt”. Zastąpmy króla – poetą?

Zielony, jak wiadomo, to ulubiony, symboliczny kolor ekologów i działaczy proekologicznych. Wątek walki o dobrostan Matki Natury, w polskiej muzyce młodzieżowej i rockowej, pojawił się już na przełomie lat 60- i 70-tych. Ograniczę się do trzech przykładów. W tamtym czasie bardzo popularna stała się satyryczna i stylizowana piosenka Kazimierza Grześkowiaka Chłop żywemu nie przepuści. W 1969 r. zespół Klan nagrał piosenkę Z brzytwą na poziomki, w której refrenie wybrzmiewał znamienny apel: „My, zielone fauny, na fujarkach grajmy, my, zielone fauny, niszczyć mu nie dajmy”. Kilka lat później grupa Homo Homini wylansowała przebój Drzewa ruszają w drogę, z interesującą nas tu frazą: „Stało się przecież na koniec to, co musiało się stać: wielkim, zielonym pochodem drzewa ruszyły przez świat”. Zieleń sukcesywnie zyskiwała na ideowej mocy.

Odczuwam pewien rodzaj szczęścia ze „zdobycia” Naroczy, z kąpieli w tym największym białoruskim jeziorze. Paradoksalnie nie dokonałem tego nigdy w Śniardwach, mając z tym olbrzymem jedynie kilkuminutowy kontakt, gdy zahaczyliśmy onegdaj jachtem o jedną z jego rubieży w czasie mazurskiej przygody żaglowej. Wykąpałem się zaś w białoruskiej Naroczy (!)

W roku 2030 Rycerski Zakon Bibliofilski w Krakowie obchodzić będzie stulecie swego istnienia wypełnionego różnorodną działalnością, jak organizowanie uroczystych zebrań konfraterni, tworzenie wystaw, wygłaszanie referatów i odczytów, podejmowanie rozmaitych inicjatyw kulturalnych, czynny udział w zjazdach pokrewnych instytucji itd. To wszystko wypływa z naczelnej idei zawartej w jego konstytucji, jaką jest najwyższa cnota zakonu – miłość do ksiąg.

Już sam tytuł zbioru wierszy Jerzego Utkina Bilans strat i zysków określa tembr tego poetyckiego głosu. Nie znaczy to wcale, że rachunek całej tej operacji obserwacyjno-uczestniczącej na naszej rzeczywistości będzie ujemny, tylko że klęski i przegrane bardziej rzucają się w oczy i to one liczone są w pierwszej kolejności. A jest ich dużo, bardzo dużo, szczególnie w sferze moralnej, nie mówiąc już o społecznej, czy – nie ukrywajmy – społeczno-politycznej. XXI wiek!

Dotyk drogi - tak nazwała swoją najnowszą książkę poetycką

Helena Dobaczewska-Skonieczka. I rzeczywiście, wszystkie wiersze, wszystkie refleksje w tym tomie koncentrują się wobec toposu, symbolu, jakim jest droga – ta jak najbardziej życiowa, osobista, codzienna, rzec by można: realna, jak również metafizyczna, duchowa. Bo przecież droga niejedno ma imię…

Zbiór ten podzielony został na cztery działy: Drogi przebudzenia, Drogi walki, Drogi wspomnień i Drogi z kwiatami. Przyjrzyjmy się zatem każdemu z nich.

Kiedy na drugi dzień po przyjeździe do Tartu wyszedłem rano z hotelu mieszczącego się na Raekoja plats (Placu Ratuszowym), ze zdziwieniem spostrzegłem polską flagę łopoczącą nad wejściem do ratusza. W pierwszej chwili pomyślałem, że jakaś ważna delegacja z naszego kraju gości właśnie w Tartu, ale gdy czekając w kawiarni na śniadanie zacząłem wertować przewodnik, dowiedziałem się, że biało-czerwone barwy ma tutejsza flaga miejska, a nadał je w 1583 roku miastu, które wówczas nosiło nazwę Dorpat, Stefan Batory po zwycięskiej wojnie z Moskwą (1579-1582) i przyłączeniu Inflant do Polski.

Kiedy Margaret Atwood zapytała pisarzy dlaczego piszą i jakie to uczucie, gdy wchodzą w powieść[i], otrzymała odpowiedzi równie niesamowite, jak treści powstałe spod ich piór. Motywem przewodnim były ciemności, poznawanie nieznanych rejonów, mocowanie się z czymś niewidzialnym, a nawet brodzenie w rzece lub zanurzanie się w wodzie. Wszystkie okoliczności pozwalają na kształtowanie literackiej rzeczywistości w zgodzie z rozwijającą się wyobraźnią. To jakby rozjaśnianie ciemności lub wydobywanie czegoś dotąd nieodkrytego na światło dzienne.

Roman Stopa i Teresa Wądzińska są bohaterami najnowszej książki Romana Sidorkiewicza Pożegnanie z przeszłością. Życiorysy dwojga bohaterów prezentowane są chronologicznie naprzemiennymi fragmentami na bez mała 300 stronach formatu A5. Od roku 1945 do współczesności. On opowiada o realiach pracy i życia wędrującego po kraju inżyniera, ona o przygodach aktorki wędrującej po licznych teatrach i teatrzykach PRL- owskiej.

Długa i czasochłonna była droga tomu poezji Zbywalność rzeczy Janusza Urbaniaka nim dotarła na Wzgórze Stasiewiczówki. Zahaczając w ślepej wędrówce m.in. o siedzibę Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich (Widna 17). I dopiero przez ręce prezesa, Kazimierza Burnata na XX festiwalu poezji „Poeci bez granic” w Polanicy Zdroju została przekazana adresatowi. Z marszu, mailowo poinformowałem autora. Z wielką ulgą przyjął pokwitowanie odbioru. A i minęło kilka miesięcy – 29 marca 2024r. (Wielki Piątek) – kiedy wreszcie mogłem (zaległe recenzje, występy) skreślić kilka własnych (subiektywnych) słów „wyroczni”? Widząc debiutanta (pierwsza książka) przy źródle kastalskim. I mimo, że mieszka (cudzoziemiec, Ostrów Wielkopolski) poza zasięgiem strzały Apollona (licząc z Nysy) postaram się by moja wypowiedź nie była pytyjską.

Mrożek. Biografia to nowa (wydana w 2023 roku) książka biograficzna, której autorką jest Anna Nasiłowska – profesor literatury, pisarka, poetka, biografka. Pracuje w Instytucie Badań Literackich PAN, jest prezeską Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, autorką biografii Simone de Beauvoir i Jean-Paul Sartre’a, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Ryochu i Yoshido Umeda. Napisała też „Historię literatury polskiej”.

Historia domaga się faktów, oczekują ich czytelnicy… chcemy wiedzieć jak najwięcej, więcej od naszych rodziców żyjących przed nami, a niemogących przebić się do archiwów, muzealnych magazynów, odkryć archeologów, pamiętników, listów…

W 1953 r. decyzją Ministerstwa Oświaty zostało utworzone IV Liceum Ogólnokształcące w Bydgoszczy. Pierwsi absolwenci opuścili szkołę w 1958 r. Obecnie mija 70 – ta rocznica istnienia tego liceum w naszym mieście. A więc kolejny, okrągły jubileusz.   Jako absolwent „Czwórki” z 1965 r. ze zrozumiałą ciekawością zapoznałem się z otrzymanym na gali jubileuszowej w Filharmonii Pomorskiej 15 czerwca 2024 r. specjalną publikacją pt. ”Czwórka łączy pokolenia. Jubileusz 70 – lecia IV Liceum Ogólnokształcącego im. Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy”.

Na studiach nas przed nim ostrzegano. Mówiono jednak, iż jeśli pojmiemy myśl zawartą w jego pismach, żadna inna książka z tej dziedziny nie będzie dla nas zbyt trudna. Gdy rozpoczynałem studia, profesor Władysław Tatarkiewicz nie żył już od kilku dekad, co nie zmieniło faktu, iż jego „Historia filozofii” kładła się długim cieniem na usilnych staraniach niektórych z nas – ówczesnych studentów Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Sam miałem, z kilkoma kwestiami w tym zakresie, niemałe problemy.

Biała, dziewicza kartka… Czasami zachowuje się jak zwykły, głuchoniemy papier, a czasami nagle śmieje się histerycznie prosto w twarz. Szydząca, pergaminowa powierzchnia, niezasiedlona zapisanymi obrazami przestrzeni myśli. Wkręcona w maszynę marki Olivetti. Wkręcona boleśnie w podświadomość. Drżąca z niecierpliwego oczekiwania, szeleszcząca obietnicami, a potem rozczarowująco bezsłowna. Wydarta, podarta, zmięta w bezkształtną masę goryczy i zawodu. Biała kartka… Znów przekształcająca się w beztreściową, straconą możliwość. Zapałki proszę…