11 września

Eugeniusz Rychlicki tak recenzuje mój Dziennik:

Czasem wydaje mi się, że jest to niemożliwe, aby tyle treści powstało w jednej głowie. Czytam pana Dziennik czasu zarazy i wojny, pana felietony, eseje, opowiadania i wiersze. Ile w nich pięknych myśli i poetyckich odniesień! Biorę do ręki wrześniowy numer „Akantu” i tu też pan! Gratuluję. Wprawdzie pisze pan, że na drodze życia staje  „Niechciany dzień... a "Wczorajszy dzień był tak intensywny i tak bardzo nie chciał się skończyć, że wlazł ze starymi buciorami w młody, dzisiejszy dzień, który z kolei nie chce się rozpocząć", ale pan go rozpoczął i były kolejne i niech ich będzie dla pana, panie Stefanie, jeszcze tysiące!

Droga do debiutu

Debiut literacki jest splotem wielu czynników, nie zawsze podyktowanych wyłącznie rytmami i arytmami procesu historycznoliterackiego. Decydują o nim różne preteksty i impulsy, od finansowych począwszy, poprzez społeczne, egzystencjalne, komunikacyjne, niekiedy polityczne i religijne, a na psychologicznych skończywszy.

Począwszy bodaj od połowy XIX w. prawie każdy sławny i wielki pisarz prowadził dziennik intymny, który po śmierci autora był publikowany, stając się dodatkowym źródłem informacji dla szerokiej publiki. Niekiedy taka rzecz stawała się prawdziwym dziełem sztuki pisarskiej, zapewniając literatowi jeszcze większy rozgłos i społeczne uznanie. W XX stuleciu owe diariusze zaczęto drukować już za życia ich twórców, co w wypadku wielkich figur było kolejnym dopływem żywej gotówki dla ich wydawców.

Droga Pani Lucyno

Przeczytałem. I raz, i drugi, i… I zdałem sobie sprawę, że czegoś mi brakuje. Wieczór, cicho, ciemno – pomyślałem, że lektura Pani wierszy wymaga skupienia i nastroju. Wtedy myśli ożywają i mienią się wszystkimi kolorami rzeczywistości. Tak, to zdecydowanie jest konieczne. Włączyłem muzykę jednego z moich ulubionych kompozytorów – José António Carlosa de Seixas i jego sonaty klawesynowe – pokrewny jakoś Chopinowi, jeden z wielkich mistrzów, zmarł w roku 1742 w wieku 38 lat…

Zdzisław Pruss jest poetą, satyrykiem, publicystą. Członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Zdobył wiele literackich, prestiżowych nagród. Od wielu lat mieszka w Bydgoszczy. Ma na swoim koncie niezliczoną ilość książek. Aż trudno je policzyć. Są wśród nich poetyckie almanachy i publikacje poświęcone kulturze. Jego najnowszy zbiór wierszy nosi tytuł "Wspólny mianownik". To poezja klarowna, z jasnym przekazem, bez zadęcia. Widać w niej artystyczną dojrzałość, mistrzostwo w  operowaniu słowem. Nie ma w niej stylistycznej fanfaronady. O takich wierszach młodzi poeci mówią, że łatwo je pisać. Bo są bardzo proste. Niech zatem usiądą i spróbują. Do tego potrzeba literackiego warsztatu, kilku dekad mozolnej dłubaniny, anielskiej cierpliwości. Autor tego zbioru wszystko to zaliczył, okiełznał, wykorzystał do perfekcji. Dla przykładu przepiszę "święty spokój". Istnieją wiersze, które nie kończą się po symbolicznej kropce. Kontynuują się poza kartką, licząc na dalszy ciąg w naszej wyobraźni. Takim jest właśnie ten tekst:

Najnowszy, 25. tomik poezji Mieczysława Arkadiusza Łypa, wydany w lipcu 2022 roku przyciąga uwagę już swoją złociście słoneczną okładką. Ten energetyczny, optymistyczny  kolor stanowi jedną z części przesłania zbioru. Ale symboli jest tu znacznie więcej. Umieszczone w nim zdjęcia wiążą się bezpośrednio zarówno z główną ideą tomiku, jak i z jego tytułem. Antidotum zostało tu wyraźnie określone: jego funkcję przyjmuje na siebie natura, co potwierdza zresztą wiele przemyśleń – na przykład w liryku tytułowym, w apostroficznym zwrocie do odbiorcy:

Początki mitu Arkadii, czyli idealnej krainy szczęśliwości i beztroski, prostego życia na łonie  natury, wiążą się z Bukolikami Wergiliusza. Od tego czasu stał się to w kulturze bardzo  popularny temat. Paradoksalnie, by go nieco ożywić, zwłaszcza w przedstawieniach  malarskich, dodawano motyw memento mori, dzięki czemu opowieść o ziemskim raju  zyskiwała tragiczne i melancholijne konteksty, sprowadzając ideał na ziemię, a nawet pod jej  powierzchnię. Ikoniczną funkcję pełniły tu siedemnastowieczne obrazy Guercino i Poussina,  na których pasterze, pośród wspaniałej przyrody, spotykają ludzką czaszkę leżącą na skale lub  na grobowcu z inskrypcją „Et in Arcadia ego”. W powszechnym wówczas odbiorze napis ten  rozumiano jako: „I ja żyłem w Arkadii”, co przenosiło akcent z bukolicznego, błogiego życia  na przemijalność i utratę, o czym nieboszczyk zaświadczał indywidualnie, niejako osobiście,  poprzez swój grób i własną czaszkę w pojedynczym egzemplarzu. 

Mereczowszczyzna koło Kosowa Poleskiego - leżąca dzisiaj w rejonie iwacewickim, obwodu brzeskiego, na Białorusi - była jednym z licznych folwarków kosowskiego majątku, należącego w początkach XVIII wieku do Sapiehów. W 1733 roku Jan Fryderyk Sapieha przekazał ten folwark, jako zastaw za sumę 54 500 złotych polskich, Ludwikowi Kościuszce, właścicielowi rodowego majątku w Siechnowiczach, leżącego również w obwodzie brzeskim, a nadanego w 1458 r. jego odległemu w czasie przodkowi przez Kazimierza Jagiellończyka.

Piasek. Gorący. Złoty. Pieszczący ciało, bo tak mu każe słońce. Podległość, uległość. Ten spokój, bo morze ma dziś dobry humor. Daje szum, daje muszle, daje bursztyny. Nie ma czasu, więc go nie daje. Czas daje człowiek. Obwarowany organizerami odczuwa rozkosz, gdy czas zostaje na talerzyku z croissantem. Nikt się nie zastanawia, co się stanie z deszczem. Może deszcz się zgubił. Jest takie niebo, które przejmuje gęsią skórkę, dotyk, drżenie. Kawałki chmur są zabezpieczeniem ostatecznym, że po to się urodziliśmy i po to żyjemy. Powietrze takie czyste, do zachłyśnięcia, do dna, za zdrowie nasze i wasze. Wtedy wiatr się wzrusza lekkim muśnięciem włosów. Wiatr jest sprzymierzeńcem. Nie chce ogłaszać zmian, bo wiatr też kocha ludzi. Spokój daje spokój. Cisza napełnia uszy, oddechy i termosy. Mrożona herbata ma wzbogacony smak. Ziemia ma inny smak. Mineralizowany obłędnie. Palce wyczuwają korzenie drzew, a ich energia spada w ramiona bez ich obejmowania. Po moim języku krąży słowo, zaczyna brzęczeć, początkowo słabo. Końcem języka chcę odsunąć sen na drugą stronę. Nie ma drugiej strony. Powieki są zaskoczone niedzianiem się. Wciąż ten sam widok. Jednak to prawda. Słowo się połknęło. Drzewa machają z daleka energią. Liście spoglądają tęsknie za ludzką istotą. I z tego spokoju rodzi się furia…

Szłaś. Chodnikiem. Wzdłuż ulicy.

Miałaś długie włosy, które rozwiewał wiatr.

Miałaś niebieską sukienkę, marszczoną w pasie, na sztywnej halce, z dekoltem karo.

Miałaś podbródek uniesiony w górę, jakbyś akurat patrzyła na mnie, klęczącą wysoko na parapecie okna. Wracałaś.

Jest życie po utracie, tak poczułam w tamtej chwili. I wypełniło mnie rozkoszne

światło.

Poezja Janiny Barbary Sokołowskiej robiona jest w dojrzałym słowie. W słowie jak w cieście, z którego ulepić można i koziołka i stalowym nożem powycinać paski makaronu (s.38). Słowo to jest tak dojrzałe, że się niczego nie boi,  nawet wewnętrznego, niby przypadkowego rymu:

Niniejsze opowiadanie obejmujące istotny okres życia mojego pokolenia nazywanego umownie „komuną” dedykuję wszystkim zainteresowanym bynajmniej nie z powodu własnych przeżyć, które uważam za banalne, lecz potrzeby przekazania w miarę obiektywnego obrazu świata, który wtedy istniał (wraz z niesionymi wartościami) i który bezpowrotnie przeszedł do historii.

Z początkiem letnich upałów reprezentanci przeróżnych partii ruszyli w Polskę na spotkania z elektoratem. – Jaki normalny człowiek w sezonie wakacyjnym, przy pięknej pogodzie,  zamiast nad wodę lub na łono natury, pójdzie na spotkanie z politykami? Chyba tylko jakiś nawiedzony! – słyszałam od wielu osób. – To zależy jeszcze, w jakim stopniu nawiedzony – odpowiadałam.

Od małego dziecka słyszałam ciągle wspomnienia przede wszystkim mojej mamy o Zaleszczykach, gdzie często ze swoimi rodzicami spędzała wakacje nad Dniestrem. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Zaleszczyki nie były już wtedy Polską. Mama dużo opowiadała o tym, jak dziadek Buzkiewicz,  kapitan Polskiej Armii, uratował się przed Niemcami, bo przekroczył most na Dniestrze i znalazł się w Rumunii, tak jak rozkazał naczelny wódz. I dzięki temu mógł zaciągnąć się do armii polskiej, która została utworzona we Francji i służyć pod dowództwem generała Stanisława Maczka.

 „[…] człowiek może wytrzymać tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności”[i]. To popularne zdanie brazylijskiego pisarza i poety, pokazuje samotność, jako problem do tego stopnia istotny, że gdy zestawimy go z innymi problemami społecznymi wydają się one zdecydowanie mniej negatywne w skutkach. Czy samotność w XXI wieku rzeczywiście jest aż tak destrukcyjnym i powszechnym zjawiskiem, że warto zwrócić na nią uwagę?

Gorące lato na wsi, niedziela, ostatni dzień wolności przed poniedziałkiem i szkołą. Nudzę się w domu, chciałabym odwiedzić koleżankę z klasy, mieszka za lasem, tylko kilka domów dalej, ale nie umówiłyśmy się wcześniej. Wystukuję numer znaleziony w książce telefonicznej i czekam, jest sygnał, jeden, drugi, kolejny, nikt nie odbiera, nie usłyszeli? Nie ma ich domu? Szkoda czasu na myślenie, postanawiam to sprawdzić osobiście.

Kiedy wstaję rano, opadają mi ręce i nie mogę związać końca z początkiem. Końca nocy z początkiem dnia. Ręce opadnięte, mogę wzruszyć ramionami, mrugnąć, coś mruknąć, ale już nie powiedzieć. Widzę, mimo wady wzroku, bo ona nie pogarsza się widocznie / w sposób widoczny z dnia na dzień. Mój dom stoi w środku lasu, na polanie. Na niskim, drewnianym progu leży kurz. Czeka, żeby się unieść, kiedy otworzę drzwi, bo wtedy, w dni letnie i słoneczne, zamienia się w złoty pył. Tylko dla mnie. Najpierw opuszczam klamkę, a potem kucam przy podłodze i popycham drzwi, które otwierają się powoli na zewnątrz, a szary kurz zaczyna tańczyć i zamienia się w złoty pył. Odkąd tu mieszkam, zimy jeszcze nie było, a dziś mijają trzy lata.

9 lipca

Wizyta w świetnie zorganizowanym przez Liliję Zahnitko będącą wiceprezesem Stowarzyszenia Pracy Społecznej w Bydgoszczy oraz przez Fundację „Pociecha” we Wrocławiu, obozie wypoczynkowym dla sześćdziesięciu młodych Ukraińców. Nieźle zagospodarowany i utrzymany, choć bazujący na starych domkach campingowych, ośrodek Waszeta we wsi Kołatek powiat Olsztynek. Podziwiam kąpielisko w formie ogrodzonego pomostem akwenu przedzielonego bojami na dwie strefy; dla umiejących i nie umiejących pływać. Strefa dla umiejących, a więc bez kontaktu z dnem, jest znacznie większa, gdyż Jezioro Pluszcze jest bardzo głębokie, rynnowe, polodowcowe.

Małgorzata Grajewska jest autorką tomiku wierszy Obecność, prawie czułość. Książka jest pięknie wydana, aż przyjemnie wertować kartki. Tytuł w pełni oddaje jej zawartość. Jest tutaj liryka przesiąknięta emocjami, są miłosne perypetie, jest cała gama uczuć i dramatów. A wszystko to w klimacie energetycznym, rozedrganym, buzującym. Daleko tym wierszom do letniości. Miłość nie jest w nich ciepłym, wiosennym powiewem. Jest falą uderzeniową, która wpada między ludzi, niczym nagły kataklizm /Na krawędzi nigdy nie będę/. To początek swoistej rewolucji, w której czas przyśpiesza, rzeczy wirują, sprawy toczą się w szaleńczym tempie. Ale to również cesarstwo zmysłów, w który rządzi delikatny gest, subtelny dotyk, ceremoniał. Tę scenerię dopełnia wspomnienie Fridy Kahlo. Autorka cytuje jej przypadkowo odnalezione zapiski. Jest zauroczona tym nieokrzesanym talentem, egzotyką, wyobraźnią /Z pamiętnika Fridy Kahlo/. Przywołuje tę meksykańską malarkę w wierszu Jeśli nie malujesz siebie, nikogo nie maluj. Utożsamia się z nią, adoruje, zazdrości. Oto fragmenty:

Gatunkowa literatura popularna przeżywa od bardzo długiego czasu swój rozkwit, a właściwie – pomimo wielu światowych zawieruszeń – trwa w swojej złotej erze – i robi to w swoim egalitaryzmie wbrew gustowi wszelkiej maści krytyków, badaczy literatury i uczelnianych profesorów. Ten trend – pozytywny bądź nie – w literaturze – czyli książka jako coś bezrefleksyjnego do skonsumowania – jest już nieodwracalny. Jednak zadać sobie trzeba tylko pytanie, czy to świeży trend? Moim zdaniem nie. I na dobrą sprawę za zapoczątkowanie go obwiniać trzeba by było Johannesa Gutenberga. Wszak nikt nigdy nie zrobił więcej dla upowszechnienia literatury niż ten XV-wieczny rzemieślnik. Można zadać sobie pytanie, czy obecnie, bardziej niż kiedykolwiek, jesteśmy zalewani potokami literatury prostej, łatwej i przyjemnej? W mojej opinii to kwestia dyskusyjna. Jedno na pewno pozostaje niezmienne. Na końcu liczy się czytelnik. On, wybierając książkę, decyduje co tak naprawdę ma prawo bytu. I tu jest pole dla pisarzy, żeby pokazać, że „prawdziwe książki” nie umarły. No więc właśnie. Czy literatura piękna is not dead / jeszcze nie umarła?

Paweł Kuszczyński jest autorem tomu wierszy Mądrość dobra. To jego piętnasta książka. Poeta ma w swoim dorobku wiele prestiżowych nagród. W roku 2016 został ponownie wybrany prezesem poznańskiego oddziału ZLP. Jego ostatnie wiersze dobrze się czyta -  są zwięzłe, komunikatywne, pozbawione przesadnego, poetyckiego sztafażu. Tak piszą tylko poeci dojrzali, których prowadzi życiowe doświadczenie. Nie znajdziemy tutaj stylistycznych fajerwerków, które jasny przekaz potrafią zmienić w bełkot. Próżno szukać w tych wierszach nieokrzesanej, młodzieńczej brawury. Ta poezja stąpa twardo po ziemi, jest refleksją, zadumą, rozrachunkiem. W wierszu Wskazania szukającego czeladnika pada słowo umiar. Jest ono ważne, gdyż dotyczy każdego z tych wierszy. Ich wstrzemięźliwość sprawia, że są wiarygodne, budzą zaufanie. W Drugiej stronie pada pytanie - jak wyjść z klatki przemijania i chaosu. Poeta stawia je właściwie w każdym wersie tej książki. W Kłopotach z czasem, które otwierają ten zbiór, czytamy:

„Alicja w krainie czarów” to jedna z bardziej inspirujących twórców teatralnych i filmowych, powieści dla dzieci. Niektórzy artyści podchodzą do tego dzieła nawet parokrotnie. Należy do nich Przemysław Zych, który po raz pierwszy skomponował „Alicję” w 2015 roku dla Opery na Zamku. Recenzję z tamtej premiery pisałam w 11 numerze AKANTU z 2015 roku. Może ona przekonać jak dalece spektakl bydgoski różni się od szczecińskiego, choć obydwa zostały oparte na muzyce tego samego kompozytora. Tyle, że tam  brzmienie dyktowała choreografia Jacka Tyskiego, tu libretto i ruch zespołu baletowego oparte są na fantastycznych wizjach Roberta Bondary. A to nie mogło pozostać bez wpływu  na warstwę muzyczną, która przy okazji tego baletu pełni rolę ilustracyjną, jest też zapowiedzią określonych zdarzeń, pojawiania się postaci.

Domysły na temat Ruxa to nowy tom wierszy BARTŁOMIEJA SIWCA, wydany w serii Biblioteka „Toposu” w Sopocie w 2021 r. Na tylnej okładce oprócz biogramu poety (rocznik 1975) widnieje czarno-biała fotografia, a na niej jego uśmiechnięta, pogodna twarz. Tego uśmiechu jednak nie ma zbyt wiele, jeśli w ogóle jest, w Domysłach, co bynajmniej nie musi oznaczać, że jest to książka stuprocentowo pesymistyczna w nastroju czy wręcz ponura. Jej tematyka jest jednak jak najbardziej poważna.

JAROSŁAW KRAWCZYK, poeta z Janikowa na Kujawach, wydał właśnie swoją nową, trzecią książkę, pt. Garbate aniołki. Jest to zarazem drugi tomik wierszy tego absolwenta historii, studiów podyplomowych z oligofrenopedagogiki i bibliotekoznawstwa oraz studiów literacko-artystycznych na Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Jagiellońskim.