Publikacje

Wielka to zaleta zachować jak najdłużej świeżość uczuć, gorące serce, dziecięcą wrażliwość i zachwyt nad urodą świata. Jeśli dodać do tego lekkość (czasem nieznośną) pióra - to otwarta droga do pisania wierszy. Słowa wprost cisną się same jak oswojone psy łaszące się do ręki pana (porównanie zaczerpnięte od Melchiora Wańkowicza). Które wybrać, a które odsunąć? I tu jest (idąc za tym porównaniem) pies pogrzebany.

Przed nami morze trawy słoniowej. Będziemy w niej niewidoczni. Została tak nazwana na cześć zwierząt, które uwielbiają jeść jej młode pędy w porze wilgotnej. Ma budowę kępową i może dorastać do trzech metrów wysokości. W tej chwili są to zeschłe badyle o wysokości około dwóch metrów. Zanim jednak do niej doskoczymy, musimy pokonać jak najszybciej kilometrowy pas gołej ziemi, przylegający do naszego obozu. Pas został oczyszczony z trawy słoniowej poprzez wielokrotne pocięcie darni broną talerzową i potraktowanie herbicydami. Wycięto też niektóre drzewa, aby wrogi strzelec nie krył się za ich pniami – przynajmniej mieliśmy opał na ognisko. Teraz zrobiło się trochę chłodniej. Sawanna zaczęła oddawać swoje delikatne zapachy eukaliptusa i palmy olejowej. Podczas szybkiego marszu opadały z nas emocje po zapierającym dech w piersiach widoku na wieży kościelnej. Przecież nic nie piliśmy, a wzrok mamy dobry, zwłaszcza kapral Arek. Jasna poświata, jaką roztaczała postać, nie mogła pochodzić od księżyca, bo księżyc był zupełnie gdzieś indziej.

Zapisywanie karteczek impulsami myślowymi quasi „kwantowo” można uznać za poetycką formę tworzenia. Objawia się to nagłym olśnieniem wyobraźni, pobudzeniem i poszukiwaniem emocjonalnej drogi rozładowania napięcia. Oszałamiającą miłość do drugiej osoby przyrównuję do aktu tworzenia wiersza, okraszonego mianem poezji. A jeśli, matematycznie rzecz biorąc, równolegle wybuchają obie te namiętności naraz, „szaleństwa” nie jest już w stanie okiełznać nawet WIELKI NIKT.

Za początek powstania środowiska literackiego na Ziemi Lubuskiej przyjmuje się luty 1955 r., kiedy to w Zielonej Górze na gruncie Sek­cji Lite­rackiej Koła Miłośników Literatury powstało Koło Młodych Literatów działające przy Zarządzie Woje­wódzkim Związku Młodzieży Polskiej, którego przewodniczącym był Tadeusz Jasiński. Wydano wówczas pierwsze jednodniówki „Głos Młodych” i „Ziemia Lu­buska”, ukazujące się jako organy ZW ZMP. W tym czasie Zielona Góra był od pięciu lat stolicą nowego województwa zielonogórskiego, liczyła niespełna 40 tys. mieszkańców.

Myśmy też byli w podziemiu. Wobec świata, sąsiadów, krewnych, a nawet najbliższych. Często żona nie wiedziała, gdzie pracuje jej mąż. Jeśli już przyznał się, że w milicji, co też nie było dobrze widziane, to tylko w przestępstwach gospodarczych lub technice. Gdyby tak spisać te wszystkie kłamliwe informacje o pracy w przestępstwach gospodarczych lub w technice – a podobno nic, co powstaje, nawet myśl, a cóż dopiero słowa, we wszechświecie nie ginie, tylko jak to wychwycić, wcześniej czy później znajdzie się na to sposób, wierzę w postęp nauki – gdyby tak spisać te wszystkie kłamstwa i wykręty tej prawie stutysięcznej rzeszy funkcjonariuszy SB – bo nie tego cholernego UB – w ciągu 34 lat istnienia naszej służby, to okazałoby się, że pięćdziesiąt tysięcy to laboranci, konserwatorzy sprzętu łączności i kierowcy, dwadzieścia tysięcy ścigało malwersantów i złodziei, a dziesięć tysięcy przeglądało tylko i przepisywało papiery i robiło różne, nikomu niepotrzebne statystyki, bo w Polsce Ludowej przeciętny pracownik nie mówił z entuzjazmem o swojej pracy, tylko z obrzydzeniem i uparcie dowodził, że jego praca jest nikomu niepotrzebna.

Parę lat temu pisarz, krytyk, historyk literatury, profesor UKSW, Wojciech Kudyba (r. 1965) opublikował pierwszy tom swojej powieści historycznej pt. Pułascy. Aut vincere, aut mori! (PIW, Warszawa 2020). Zapewne pomysł napisania dzieła, w lwiej części traktującego o konfederacji barskiej, inspirowany był 250-leciem początku tego buntu (Bar, 1768 r). Dzisiaj do rąk czytelników trafia t. drugi Pułaskich, noszący łaciński podtytuł Non aliusregit („Niech obcy nie rządzi”). Toteż konfederacja barska wreszcie doczekała się godnego upamiętnienia artystycznego, niejako paralelnie do odsłonięcia pomników w Białej, Zagórzu czy Lanckoronie.

 Maja Baczyńska jest autorką książki Pióra dzikich. Jej zawartość nie jest jednorodna - mamy tutaj wiersze, ale przeważającą część stanowi krótka proza. Ten zbiór zainspirowany został rodzinną tragedią. Nagła śmierć ojca autorki pogłębiła jego kontekst. Książka jest nietypowa, gdyż skupia się prawie wyłącznie na emocjach i  wyobraźni. Niestety - kosztem jasnego komunikatu. Próżno szukać tutaj typowych historii spiętych logiczną klamrą. Oczywistość jest ostatnią rzeczą, jaką można znaleźć w tym pisaniu. Zastępuje ją magia i "koronkowa czułość". A wszystko to w scenerii drzew, kwiatów, i ptaków. Te ostatnie wydają się być szczególnie bliskie autorce. Ich pióra, gniazda, perspektywa lotu, stają się synonimami delikatności, bezpieczeństwa, szybowania w dojrzałość. Oto fragment tekstu:

Wielką byłoby stratą dla mnie – tak sądzę - gdybym na wyboistej drodze poezji, nie zetknął się z liryką, ale i osobowością – jakże ciekawą – Lucyny Zofii Brzozowskiej z… Pisarzowic (powiat bielski). – Sama nazwa miejscowości zobowiązuje, bo pochodzi od pisarzy ziemskich oświęcimskich, których wieś była uposażeniem. – Poetki, animatorki kultury. Członkini i założycielki Polskiego Stowarzyszenia Haiku. Artystycznie wypowiadającej się poprzez fotografię, formy graficzne i multimedialne. Organizatorki spotkań poetyckich, w tym pokazów łączących: słowo, obraz i dźwięk. Wędrowca górskiego zatopionego w buddyzmie zen.

     Pisząc o książkach poetyckich chętnie sięgamy po publikacje – meteory, po tomiki młodych – zapowiadających się… A jakie drogi, ścieżki czekają na tych, którzy dopiero w dojrzałe swe lata sięgnęli po pióro? Czy osobowość ułożona latami doświadczeń, ukształtowana świadomość, język… jednym słowem, czy sięgający po pióro w tej sytuacji, mają szansę, by zapisać w sposób własny, oryginalny, swą literacką ścieżkę? Jedno więc pytanie i trzy odpowiedzi w twórczości trojga…

Zupełnie przypadkowo natknąłem się w Internecie na świetny artykuł zmarłego w ubiegłym roku znakomitego polskiego geografa Piotra Eberhardta (profesor Uniwersytetu Warszawskiego, zmarł 20 września 2020 roku, pochowany na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie). Nie był to oczywiście pierwszy artykuł Profesora na temat federalizmu i Środkowej Europy. Jako geograf zauważył, że federacja przyjmuje na mapie świata konkretną postać geograficzną. W artykule, o którym mowa przedstawił koncepcje federacyjne Milana Hodży (Przegląd Geograficzny, 2016, 88,2, s. 223-246).

W 12(311)/2021 numerze „Akantu” ukazała się recenzja mojej książki „Legenda Marka Hłaski” („Moja Przestrzeń Kultury”, Warszawa 2021), pt. „Wspomożenie mitu”. Jej autor, Mieczysław Wojtasik, stawia dwie zasadnicze tezy: wspomagania i ożywiania przeze mnie pośmiertnie mitu autora „Pięknych dwudziestoletnich”, jak również samemu Hłasce zarzuca „niechlubną postawę kolaboranta z UB” (sic!). Przyznam, że osłupiałem ze zdumienia. Mam wrażenie, że autor tej recenzji albo nie zrozumiał, o czym napisałem, albo z kolei tuż przed napisaniem recenzji zażył środki zmieniające świadomość. Najprawdopodobniej jednak wykazał się ignorancją i podejrzewam, że nie przeczytał mojej książki. Powiela on bowiem w swoim tekście utarte w przestrzeni publicystycznej mity, legendy i kłamstwa z czasów PRL-u na temat Hłaski i jego twórczości.

1 listopada

Kwestuję na Cmentarzu Starofarnym na renowację zabytkowych grobów. Mam tu swoich fanów. Tak jak ja kwestuję od lat o określonej godzinie (od piętnastej do szesnastej), tak oni też o tej porze zawsze przychodzą. Teraz też przyszli. Pytają, dlaczego nie było mnie w ubiegłym roku? Zapomnieli, że w ubiegłym roku cmentarze nam pozamykali. Dobra ludzka pamięć; chce pamiętać tylko to, co dobre.

Teren sawanny jest dość równy, trawiasty, porośnięty różnymi gatunkami akacji, baobabem, eukaliptusem, dziką palmą olejową, bobowcem, isoberlinią i wilczomleczem drzewiastym. Zwarcie drzewostanu nie przekracza 10%. Należy podjechać tuż nad ranem, jak najbliżej i jak najciszej do armat, wymijając podczas jazdy drzewa, chroniąc się za ich pniami i rozłożystymi koronami. Wróg jak najpóźniej powinien się o nas dowiedzieć. Jeśli Dinka czują się pewnie i bezkarnie, może w ogóle nie będą pilnować armat. Chyba że obsługę armat stanowią wyszkoleni żołnierze Sudanu – wówczas trudniej będzie ich zaskoczyć. Problem polega na tym, że siły ONZ w Arnetteville posiadają tylko jeden transporter opancerzony w pełni uzbrojony, przywieziony z Polski. Brytyjczycy i Amerykanie operują bowiem tylko samochodami terenowymi o wzmocnionej konstrukcji. I tak, przykładowo,  amerykański wielozadaniowy pojazd kołowy, w skrócie HMMWV, potocznie Humvee, (błędnie Hummer) nie był pomyślany jako pojazd bojowy. Wytrzymuje ostrzał z broni kalibru 7,62 mm (czyli kałach) oraz trafienia odłamkami. Odziały pokojowe ONZ nie są przystosowane do zaczepnych działań ofensywnych ani nawet do walki obronnej z siłami pancernymi.

Najnowsza książka poetycka Andrzeja Zaniewskiego, dopiero co wydana, nosi intrygujący apostroficzny tytuł: Oszukałaś mnie Metaforo szkarłatnym cieniem. Odnajdziemy ten tytuł w jednym z wierszy, w którym podmiot liryczny zrażony kłamstwem, a nawet hipokryzją Metafor tak pisze:

Tags:

Niedawno opisywałam wspomnienia o moim dziadku, ROMUALDZIE BUZKIEWICZU, ojcu mojej mamy i doszłam do wniosku, że powinnam zrobić to samo i odszukać dane o moim drugim dziadku, ojcu mego ojca, WŁADYSLAWIE ŚWIRCZEWSKIM. Z uwagi na to, że dziadek mój i jego przodkowie, pochodzą z terenów dzisiejszej Ukrainy, a dawniej polskich, poszukiwania te są trudne i żmudne.

Tamtego dnia definitywnie, również dzięki Rumunom, współautorzy zamachu Stanu z ambasady RP w Bukareszcie uratowali konstytucyjną ciągłość Państwa, którego internowana prezydencka głowa, Ignacy Mościcki, zdołał - powiedzmy - pełnoprawnie przekazać funkcję następcy na terytorium Francji.

Tym razem nie będzie ani słowa o politykach. Obsesja pokazywania swej ważności i wielkości ogarnia coraz szersze masy bezimiennych. Jednak rzadko kto na cudzą ważność uwagę zwraca, zajęty pielęgnowaniem własnej! Zresztą okazanie komuś życzliwości i zainteresowania bywa ryzykowne i może empatycznemu naiwniakowi wyjść bokiem. O takiej sytuacji mówiło od wieków aktualne przysłowie: Daj komuś palec, to chce całą rękę. Po 1989 roku postawa ta w ekspresowym tempie ewoluowała, dlatego też w latach 90. przysłowie to nieco uaktualniłam: Daj komuś palec, to ci urwie rękę. Po jakimś czasie znów wymagało ono uaktualnienia: Daj komuś palec, to ci urwie rękę i wejdzie na głowę. Jak brzmi dla mnie w chwili obecnej – nie przytoczę, ze względu na przedświąteczny czas pokoju i dobra. 

Któregoś dnia poszedł do sklepu po bułki. Przed nim, w kolejce stał ktoś czarny, wysoki, w czarnym płaszczu i takimże kapeluszu, z żałośnie oklapłym, szerokim rondem. Kupował butelkę mleka. S. uśmiechnął się w duchu z wyrozumiałą poufałością. Tamten wyszedł z butelką mleka w ręku. Miał ogorzałą twarz. S. kupił bułki i wyszedł ze sklepu.

Błękitna flaga Organizacji Narodów Zjednoczonych powiewa nadal pod błękitnym niebem Afryki, nad zabudowaniami miasteczka Arnetteville (w języku nuer miasteczko nazywa się Yei). Bębny pokryte wyprawionymi skórami antylop, wybijają swój jednostajny żałobny rytm, a bongosy duże i małe dźwięczą szybciej, ale tylko odrobinę weselej.

Niemożliwość historycznego Adama jest w zasadzie obecna w rozważaniach filozofów teologii już niecałe czterysta lat po Chrystusie. Wspominałem wcześniej o św. Augustynie i jego   zauważeniu, że naiwnością byłoby sądzić, że Bóg stworzył człowieka z gliny. Zanim jednak bliżej przyjrzymy się jego interpretacji Upadku, warto zwrócić uwagę na fakt, o którym pisze David Fergusson w Stworzeniu: „(...) tak czy owak obecności zła i cierpienia w kosmosie nie da się łatwo wyjaśnić przez umiejscowiony w historii upadek pierwszych ludzi. Wąż jest obecny w rajskim ogrodzie już w chwili stworzenia. Biblia nie wyjaśnia, skąd wzięło się zło, głosi natomiast jego klęskę z ręki Boga.”  To zauważenie w kontekście dalszych rozważań będzie niebywale istotne. Ale zanim o tym.

W 2010 roku napisałem w „Akancie” o Twoim ojcu Wacławie („Podporucznik” „Świat Inflant” nr 2010, nr 3, s. 10-11).

Tamtym tekstem starałem się pomóc Ci go pożegnać, przebijając się przez mity rodzinne, przemilczenia i niedopowiedzenia.

Byłaś wdzięczna.

Dzisiaj znów siadam do pisania, ale z ogromnym bólem, bo przyszło mi żegnać Ciebie.

Stefan Rusin dzieli się swoimi wrażeniami, głównie intelektualnymi, z peregrynacji po różnych obrazach szeroko pojętej kultury, przede wszystkim religii, filozofii, poezji. Prozy unika, chyba wydaje się mu za mało tajemnicza. Po większości zgromadzonych w zbiorze Loża barbarzyńców esejów ma charakter zapisu z wędrówki w ciemnym labiryncie niewiedzy w poszukiwaniu owego światełka w tunelu, którym jest olśnienie w momencie odkrycia prawdy. Olśnienia na chwilę, bowiem szybko pojawiają się nowe wątpliwości, nowe tajemnice.

Miejsc dla mitów, legend nie ma tylko w matematyce. Co innego w życiu – społecznym, polityce, twórczości… Przede wszystkim twórczość, iżby stanowiła wdzięczną pożywkę dla legend i mitów, musi być sprawnie nagłaśniana, zarówno od zewnątrz, m.in. przez krytykę literacką, jak i też odautorsko – w różnych formach autokreacji i autopromocji, eksponowanych w ekscentrycznym zachowaniu, osobliwych wypowiedziach, prowokowaniu swoistych zdarzeń etc.

„Nietrwałe ślady” Roberta Wieczorka są zwycięską pozycją 8 Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego Fundacji Duży Format „po debiucie”. To zbiór wierszy, który przewraca sposób myślenia na temat własnej przemijalności. Jakie są nietrwałe ślady? Mnie osobiście kojarzą się z tymi odbitymi na piasku przy brzegu morza, które zabiera kolejna fala. Wówczas możemy powiedzieć, że coś było i nawet nie zdążyło się zapisać. Jednak postanowiłam spojrzeć na ten sam ślad z innej strony. Owszem on był chwilą, szybko zanikł, właściwie nie miał szans z żywiołem, a mimo wszystko jest w pamięci moment, gdypostawiło się tam stopę.

Przedmiotem publikacji MARKA ŁAGOSZA O świadomości. Fenomenologia zjawisk umysłowych jest natura świadomości: Naczelnym jednak celem tej pracy jest przedstawienie świadomości jako obiektywnego zjawiska w niektórych jego istotnych – jak sądzimy – odsłonach (s. 15). Ta zaś została zdefiniowana następująco: [...] świadomość jest zjawiskiem materii jako przejawianie się w materialnym podmiocie rzeczy transcendentnych. Inaczej: świadomość jest pierwotnie zjawianiem się przedmiotów zewnętrznych i tylko za pośrednictwem tego zjawiania się jest ona dana podmiotowi jako samoświadomość (s. 6). Termin „zjawisko” używany przez autora pracy należy rozumieć formalno-ontologicznie jako niesamoistne wobec ciała zdarzenia i procesy.

Jarosław Stanisław Jackiewicz, bydgoski poeta, prozaik, krytyk literacki, współzałożyciel i administrator profilu „Myśl Poetycka” na portalu społecznościowym Facebook, tym razem oddaje w ręce czytelników swoją pierwszą powieść. Książka nosi tytuł „Ucieczki i powroty”, a została wydana przez Wydawnictwo Komograf z Ożarowa Mazowieckiego, w 2021 roku. Dostępna jest do nabycia w księgarni Empik. Wprowadzeniem do całości jest motto, zaczerpnięte z książki Piotra Stareńczaka „Statki we mgle”, zgodnie z którym „życie dla kogoś jest ważniejsze, niż życie po coś”.

Wiersze Lidii Jędrochy-Kubickiej z tomiku Opaska na oczach mają swój nadrzędny temat, a jest nim kondycja świata i człowieka. W słowie Od autorki czytamy „Jesteśmy solą ziemi i światłem świata. Co zatem się stanie, gdy zabraknie soli i światła?”. Jeden z wierszy nosi tytuł Zło. „Dostaliśmy je w spadku/ i żyje w każdym dniu” - pisze autorka. Inaczej mówiąc, jesteśmy nim skażeni od zarania świata. Przybiera różne rozmiary, ogarnia

Tags:

„Każdy wyścig ma swoją historię. Stu zawodników ma sto różnych historii. Ja mogę opowiedzieć tylko tę moją” (s. 82) – czytamy w Wygrać z samym sobą. Autor Jan Chruśliński przywołał i tę swoją, i inne historie pionierów nie tylko szczecińskiego, kieleckiego czy buskiego kolarstwa po 1945 roku. Opisał mnożące się w powojennej Polsce kolarskie wyścigi na szosach i torach, sięgnął po dostępne archiwalia pieczołowicie gromadzone przez mistrzów jednośladów oraz trenerów. I stworzył zbeletryzowany dokument o niebagatelnej wartości historycznej i literackiej. Jan Chruśliński ma dar lekkiego opowiadania. Ze swobodą przechodzi z czasów teraźniejszych do wspomnień, a niektóre sięgają nawet i 78 lat wstecz. Czyli tak daleko, jak daleko sięga pamięć uczestników odtworzonych w książce wydarzeń kolarskich i epizodów, zobrazowanych z werwą i z tym spojrzeniem od środka. A gdzieś pomiędzy, w podskórnych nurtach, wyczuwalne jest coś ulotnego – nostalgia za minionym. Zakrada się niby mimowolnie, choć dobrze wiemy, że są to celowe pisarskie zabiegi.

Dawno, dawno temu (a może wczoraj), za górami, za lasami (a może tuż obok), żyły trzy psotne małpki. Bujały na różowych obłokach, bo świat, w którym przyszło im odegrać napisane dla nich role, znały tylko z pięknego opakowania. Czasem nawet ciekawiło je, co skrywa lśniące pozłotko, ale jego blask był tak zniewalający, że szybko zapominały o swojej ciekawości. Jednak ci, którym migotliwa jasność nie osłabiła wzroku, którym słuch nie stępiał od szumu rozwianych wiatrem grzyw jednorożców, mogliby opowiedzieć historie, jakie nie śniły się psotnym małpkom.

Teraz masz rok studiów w plecy, słyszałaś te słowa od każdego członka rodziny podczas niedzielnego obiadu, po tym jak powiedziałaś im, że zmieniasz kierunek studiów, bo z obecnego jesteś niezadowolona. Bardziej obchodziło ich to, co powiedzą inni ludzie, co powiedzą sąsiedzi, niż twoje uczucia. Ale starałaś się to ignorować, starałaś się nie przejmować tym, że przez najbliższy czas będą ci to wypominać przy każdej możliwej okazji. Po prostu życie będzie toczyło się dalej, prawda? Tak myślałaś…

1 września

Przebrnąłem jakoś przez sierpień, miesiąc moich urodzin, otępiałego wyciszenia i obumierania lata, które w Polsce żyje zazwyczaj jedynie półtora miesiąca. Pamiętam, że już za młodych lat męczył i smucił mnie sierpień. Tylko, że wtedy główną przyczyną smutku była szkoła, a teraz co? 

1 września miasto zakwitło młodzieżą. I słońce. 

Obu znalazł odchody – dobry znak. Jesteśmy na tropie Stada. Podchodzę do wykopywanej przez niego dziury. Odchody przykryte warstwą białej masy są suche i zmrożone – zły znak. Stada od dawna tu nie ma. Grzebiąc, znajdujemy kolejne twarde kulki. Jest ich dużo – drugi dobry znak. Rzadko przynosimy ze zwiadu oczekiwane wieści, ale z tych plemię na pewno się ucieszy. Razem z innymi młodymi braćmi wracamy do Grupy. Niestety bez mięsa.