Jan K. i jego sytuacja już na początku spektaklu kojarzy się widzom z Józefem K. i absurdalnymi klimatami Kafki. I już wiadomo, że będzie bardzo ponuro, smutno i tragicznie. Zwłaszcza że potem dojdą jeszcze ewidentne aluzje do „Roku 1984” Orwella czy „Lotu nad kukułczym gniazdem” Keseya,  rzeczywistość sceniczna może stać się jeszcze bardziej przytłaczająca, a szara plastyka pogłębi jeszcze i tak dołującą aurę rzeczywistości.

1 października

Roluje się wyższe i tzw. wyższe wykształcenie. Ci, co czegoś się nauczyli zaraz chcą nauczać innych. Kursy, głównie online, seminaria, webinaria. Różne próby zajęcia się czymś. Studia podyplomowe to typowy przykład takiego mniej lub bardziej jałowego zajęcia, oczywiście za opłatą. Ciekaw jestem jak moja najstarsza córka Kinga na takich studiach wyjdzie.

Pociąg relacji St. Petersburg –Murmańsk jedzie do Kandałakszy około 24 godziny. O godz. 1600 wtacza się na peron Dworca Moskiewskiego rozgrzany do czerwoności z powodu upału od dłuższego czasu panującego w Rosji. Rzucamy się do okien, lecz nie otwiera się żadne. Wielogodzinna jazda w pociągu przypominającym saunę może przerażać. Jedyny sposób chłodzenia to wachlowanie bądź przykładanie mokrego ręcznika do czoła. Marzę o tym, aby koło polarne powitało nas chłodem, może być nawet mróz, byleby nie ten przeklęty upał. Rosyjskie „plackartne” pociągi to dla nas prawdziwa egzotyka. Każdy ma swoje miejsce do spania w jednym wspólnym wagonie bez zamykanych przedziałów. Dzieci, koty, żołnierze, przeróżni ludzie, jadą razem. Podróżni z reguły zaopatrzeni są w dużą ilość bagaży i oprowiantowania na drogę. Śmieszne jest to, jak mimo poczynionych starań nie przygotowałam się do tej  wyprawy. Wybrałam się w tę podróż jak w jakąś naszą parogodzinną trasę.

Komu potrzebna jest jeszcze poezja? Pytanie, przyznają Państwo, niebezzasadne – pozbawione sensu czy prowokacyjne. To pytanie otwarte, nad którym zawsze zastanawiam się, odkąd uczestniczę w spotkaniach autorskich. Na ogół przychodzi na nie garstka osób – kilkanaścioro przyjaciół plus mniej więcej kilkoro gości z ciekawości lub – w co chcę wierzyć – z umiłowania literatury czy też twórczych poszukiwań. A jednak poeci nie odkładają pióra. Przeciwnie – ci, których znam osobiście z naszego, gnieźnieńskiego, podwórka (Krzysztof Szymoniak, Dawid Jung, Maciej Krzyżan, Sławomir Krzyśka, Paweł Bąkowski, Karolina Kasprzak-Dietrich…) wciąż tworzą, wydają, publikują na portalach agregacyjnych – na pohybel powszechnym opiniom i modom.

Stefan Pastuszewski (ur. 1949) wydał ostatnio obfite dzieło Dziennik czasu zarazy i wojny. Jest to zbiór memuarów, które autor prowadzi w „Akancie”. Dziennik, w formie książkowej, obejmuje okres od marca 2020 roku do marca 2024. Jego comiesięczna lektura jest bardzo interesująca. Ba! Niekiedy wręcz rewelacyjna ze względu na to, że autor nie ulega kanonom streamingowym. Potrafi chwalić co pozytywne a ganić co negatywne, śmiało prezentuje swe poglądy. Nie płynie głównym nurtem, on płynie swym własnym nurtem przez całe swe życie. Powoduje to, że wielu czytelników „Akantu”, co miesięczną lekturę zaczyna od jego Dziennika. Praca nad redakcją jest wręcz heroiczna; każdy dzień jest opisany. A ilość dni? 365 w roku pomnożyć razy 4 daje imponujący wynik 1460. A jak trudno znaleźć coś nadzwyczajnego w jakimś nudnym dniu to każdy z nas dobrze wie.

W coraz szybciej poruszającym się kieracie życia, w pogoni za sukcesem, który stał się namiastką szczęścia, staramy się anihilować tragizm istnienia i nieuchronność śmierci. A śmierć to jedyny pewnik, który nas czeka w nieokreślonej przyszłości. Możemy jej doświadczyć, przeżywając odejście naszych bliskich. Jednak najczęściej refleksję nad losem pozostawiamy innym – wybranym filozofom, a zwłaszcza poetom.

Napisany w 2006 roku przez Endy Walsha dramat „The New Electric Ballroom” to z pozoru banalna opowieść o bardzo ponurej egzystencji dwóch starych panien, które  przegrały swoje życie erotyczne i emocjonalne poprzez źle ulokowane w młodości uczucia i lęk przed małomiasteczkową opinią publiczną oraz o ich dużo młodszej, siostrze, którą to też zawisłe nad nimi fatum skazuje na podobny los.

W sierpniowym, ósmym numerze „Akantu”, w dziale „Recenzje”, ukazał się krótki tekst Anity Nowak, Inżyniera i aktorki wspomnienia z PRL-u. Są to osobiste, uogólnione opinie wrażeniowe recenzentki na temat książki Romana Sidorkiewicza, Pożegnanie z przeszłością, wydanej przez Fundację Będziem Polakami.

Przychodzi mi pisać ten esej w lutym 2024. Dekadę po zakończeniu działań grupy wymienionej w tytule pracy. Dlaczego tedy się podejmuję tego właśnie dziś; wszak wiadomo, że o zmarłem tylko dobrze albo wcale? Mam kilka powodów. Pierwszy to fakt, iż w posiadanie wydawnictwa – Było-nie-było wszedłem parę dni temu. Drugi to taki, iż będąc wyznawcą tezy – „myśl globalnie działaj lokalnie” od zawsze byłem świadomym wyższości swego (w tym wypadku lokalnego) - bez względu na jakość onego swego, nad obcym.

1 września

Rozszerza się epidemia neurastenicznego pisania wierszy. Jakaś emocja, emocyjka tylko, jakiś obraz, skojarzenie i już kartka z długopisem, albo ekranik telefonu mobilnego. Wyładowanie się, próba uchwycenia coraz szybciej przewijającego się kalejdoskopu zdarzeń i wrażeń. Po raz pierwszy dostrzegłem to w zbiorze ukraińskiej poetki Natalii Horisznej, świetnie jednak zatytułowanym Pszczoła na asfalcie (2006), która potrafi „ułożyć” wiersze na każdy temat. Teraz widzę to w nadsyłanych do redakcji książkach. Starszy facet (77 lat) porażony zapewne telewizyjnymi obrazami i euforycznymi wypowiedziami komentatorów, pisze dwa wiersze zatytułowane: Robert Lewandowski, Kylian Mbappé. Ten drugi kończy się frazą: Perła wyłoniona z wód szmaragdowego oceanu. Szkoda, że nie czarna perła… Ale na to chyba językowa poprawność polityczna autorowi już nie pozwoliła.

W jego muzyce uderzał żarliwy niepokój, odzwierciedlający stan polskiego ducha. W połowie Francuz, urodzony nad Wisłą „rodem Warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel”, tak o Fryderyku Chopinie pisał Cyprian Kamil Norwid dzień po tym jak serce kompozytora, przewiezione później przez jego siostrę do Polski, przestało bić w 1849 roku.

Od mojego Przyjaciela Bolesława Wróblewskiego otrzymałem egzemplarz Dziennika czasu zarazy i wojny (2024) Stefana Pastuszewskiego. Wysyłam więc dwie notatki: jedną dotyczącą okładki – jak ją widzę i rozumiem, drugą, będącą próbą zsumowania refleksji na temat wrześniowych zapisków Autora.

Pstryk! Żonglowanie maczugami nonsensów i różnokształtnymi piłeczkami słowotwórczej blagi, rzucanie nożami sloganów w zastane, społeczne przekonania, strzelanie do tarczy syczącego wężowato – uwodzicielsko konformizmu, siłowanie się na rękę z państwem, które (...) całkowicie ogranicza (...) wolność.

Norbert Krawczyk (ur. 1947), wieloletni dziennikarz radiowy, telewizyjny, prasowy, wydał niedawno szczupłą książkę zatytułowaną ZEZ. Opowiadania. Autor nie ukrywa swych lewicowych poglądów; jest typowym zwierzęciem politycznym. W jego opowiadaniach wszystko kręci się wokół współczesnej polityki, od Piłsudskiego poprzez Bieruta po wolną Polskę. Jest co pisać, tym bardziej, że autor wiele zdarzeń pamięta osobiście, będąc w tym czasie aktywnym dziennikarzem. To nadaje wiarygodności opisom.

Jak powszechnie wiadomo, po raz pierwszy w historii Polska znikła z mapy świata w 1795 r., po trzecim rozbiorze. Niektórzy światli politycy i dalekowzroczni pisarze przeczuwali tę katastrofę i próbowali jej zapobiec. Świadczą o tym choćby takie dokumenty z czasów saskich i późniejszych, jak broszura Głos wolny wolność ubezpieczający (1749) króla Stanisława Leszczyńskiego, traktat O skutecznym rad sposobie (1760–1763) Stanisława Konarskiego czy Przestrogi dla Polski (1790) Stanisława Staszica. Stało się – apele do rozsądku warchołów i nawoływania do rozwagi wśród sobiepanków okazały się chybione. Już starożytni mawiali: Historia est magistra vitae, ale – niestety – mądrość ta często się nie sprawdza w wymiarze makrospołecznym. Dziś Polska również stoi w obliczu silnych zagrożeń kulturowych czy geopolitycznych. Obawiam się, że kolejne dzieło o przesłaniu patriotycznym, na wskroś współczesne, czyli My, polani i inne szkice Krzysztofa Budziakowskiego, nie spełni pokładanych w nim nadziei mentorskich.

„Raz usłyszeć siebie w sobie…” czytam w wierszu Jerzego B. Zimnego pt. „Młyńskie koło”, to refleksja, marzenie towarzyszące drodze niejednego artysty… „Santa ścierka” i „requiem ten wiersz” prowadzą nas przez pierwsze teksty nowej książki poety pt. Hipoteka. Autor pozostaje wierny swej poetyce pełnej ekspresji i te wysokie temperatury wiodą nas przez teksty kolejnego tomiku. Pacierz, który zrzucił skórę jak wąż „sen zrobił dziurę w ścianie”. Wreszcie noc, która winna zesłać ukojenie. Ale i ona „wdarła się...”. Motywy dynamiczne, krańcowe, tragiczne niosą m.in. wiersze „Labirynt”, „Schizofrenia”, „Wiersz z kosza…”. Czytamy strofy „porzucone”, w koronie cierniowej, poezja jest podejrzana… „Skuteczna jest tylko śmierć”. W tej sytuacji, cóż pozostaje? Sztuka, która (bywa), że ocala. Miłość, o której marzyć, pamiętać. Imaginarium Jerzego B. Zimnego bliskie poetyce romantycznej, postromantycznej… I nie jest to zarzut.  Stąd i bohater-narrator tych wierszy (zwłaszcza w cyklu pierwszym książki) tak bliski romantycznej proweniencji – Gustaw – Konrad, Prometeusz… m.in. w wierszu „Zawsze jest święto”.

W zbiorze tym najbardziej ujmuje pasja i narracja pierwszoosobowa, dzięki czemu czytelnik odnosi wrażenie jakby z autorami przemierzał leśno-bagniste tereny Łotwy i zaglądał do wschodniej Estonii, a konkretnie do Dorpatu. Przyjazny jest też język, jakby przewodnika turystycznego, opowiadającego w prostych codziennych słowach o zawiłościach historyczno-politycznych, nie wystrzegając się soczystych epitetów oraz ryzykownych, acz efektownych porównań i skojarzeń. Narracja cicerone nastawiona jest bowiem na wywoływanie zaciekawienia, a nawet zaszokowania, bowiem turysta koniecznie chce coś przeżyć, choćby w wyobraźni.

Od drogi H2102 odchodzi droga H2100, prowadząca nas na skraj państwa białoruskiego, pod granicę z Łotwą. Blisko drogi stacja kolejowa – podłużny budynek z białej cegły, wyraźnie widoczny, w odróżnieniu od schowanej w drzewach i zaroślach niewielkiej stacyjki w Idołcie, o której istnieniu dowiaduję się dopiero nazajutrz, bo teraz Stefan ostro gna do przodu.

We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.