„Raz usłyszeć siebie w sobie…” czytam w wierszu Jerzego B. Zimnego pt. „Młyńskie koło”, to refleksja, marzenie towarzyszące drodze niejednego artysty… „Santa ścierka” i „requiem ten wiersz” prowadzą nas przez pierwsze teksty nowej książki poety pt. Hipoteka. Autor pozostaje wierny swej poetyce pełnej ekspresji i te wysokie temperatury wiodą nas przez teksty kolejnego tomiku. Pacierz, który zrzucił skórę jak wąż „sen zrobił dziurę w ścianie”. Wreszcie noc, która winna zesłać ukojenie. Ale i ona „wdarła się...”. Motywy dynamiczne, krańcowe, tragiczne niosą m.in. wiersze „Labirynt”, „Schizofrenia”, „Wiersz z kosza…”. Czytamy strofy „porzucone”, w koronie cierniowej, poezja jest podejrzana… „Skuteczna jest tylko śmierć”. W tej sytuacji, cóż pozostaje? Sztuka, która (bywa), że ocala. Miłość, o której marzyć, pamiętać. Imaginarium Jerzego B. Zimnego bliskie poetyce romantycznej, postromantycznej… I nie jest to zarzut.  Stąd i bohater-narrator tych wierszy (zwłaszcza w cyklu pierwszym książki) tak bliski romantycznej proweniencji – Gustaw – Konrad, Prometeusz… m.in. w wierszu „Zawsze jest święto”.

W zbiorze tym najbardziej ujmuje pasja i narracja pierwszoosobowa, dzięki czemu czytelnik odnosi wrażenie jakby z autorami przemierzał leśno-bagniste tereny Łotwy i zaglądał do wschodniej Estonii, a konkretnie do Dorpatu. Przyjazny jest też język, jakby przewodnika turystycznego, opowiadającego w prostych codziennych słowach o zawiłościach historyczno-politycznych, nie wystrzegając się soczystych epitetów oraz ryzykownych, acz efektownych porównań i skojarzeń. Narracja cicerone nastawiona jest bowiem na wywoływanie zaciekawienia, a nawet zaszokowania, bowiem turysta koniecznie chce coś przeżyć, choćby w wyobraźni.

Od drogi H2102 odchodzi droga H2100, prowadząca nas na skraj państwa białoruskiego, pod granicę z Łotwą. Blisko drogi stacja kolejowa – podłużny budynek z białej cegły, wyraźnie widoczny, w odróżnieniu od schowanej w drzewach i zaroślach niewielkiej stacyjki w Idołcie, o której istnieniu dowiaduję się dopiero nazajutrz, bo teraz Stefan ostro gna do przodu.

Opowieści pielgrzyma (ros. Откровенные рассказы странника духовному своему отцу) – książka nieznanego autora z drugiej połowy XIX wieku, relacjonująca przygody rosyjskiego pielgrzyma spędzającego życie na pieszych wędrówkach do sanktuariów, nieustannej Modlitwie Jezusowej oraz czytaniu Biblii i Księgi Dobrotolubia. Motyw przewodni to hezychazm.

Wiłkomierz (lit. Ukmergė) leży ok. 120 km na północny zachód od Wilna. Jest jednym z najstarszych miast na Litwie. Liczące ok. 25 tys. mieszkańców jest usytuowane na terenie Auksztoty czyli części Litwy zwanej Wysoką lub Górną obejmującą północno – wschodnie obszary państwa litewskiego. Nazwa miasta, a w średniowieczu grodu pochodzi od starolitewskiego Wiłkmergie (wiłkas, vilkas – wilk, merga, mergina – dziewczyna, córka).

Jest to malarstwo szerokiego rozmachu, ale zdyscyplinowane. Wciąż poszukujące, ale już konsekwentne w drążeniu znalezionego tematu odkrytej fascynacji. Mamy więc cykle tematyczne, choćby wspomnieć „Fantasmagorie”, „Gorgonie”, „Dready” oraz cykle „formalne”, choćby przywołać wycieczki w abstrakcjonizm [„Aleja”, „Szklane drzewa”, „Podwodne ogrody”], z wyraźną jednak pępowiną przywiązania do konkretnych przedmiotów i miejsc.

W powieściach historycznych napisanych przez polskich pisarzy, których akcja rozgrywa się na Bliskim Wschodzie tudzież na ziemiach ukrainnych czasami pośród bohaterów są też Ormianie. Jak się ich kreuje? Na to pytanie odpowiedzieć niełatwo. Pojawiają się oni bowiem w utworach tworzonych od ostatniej ćwierci XIX w. niemal aż po czasy współczesne. Jedne z nich dostarczają czytelnikom jedynie rozrywki, inne czegoś więcej. Prócz tego ich ormiańscy bohaterowie są wplątani w najróżniejsze wątki historyczne. Skłania to raczej tylko do wymienienia utworów i występujących w nich postaci, ewentualnie bardzo ostrożnych zabiegów porównawczych.

Dukla, brama do Rzeczpospolitej. Pierwsze znaczące miasto na tzw. trakcie węgierskim, skąd od wieków z południa płynęły do Rzeczpospolitej nie tylko ludzie, czy też idee, style, mody z Italii, a zwłaszcza towary w postaci win południowych, które wiezione przez kupców, chronione przed zbójcami, tzw. beskidnikami, gościły na stołach bogatego mieszczaństwa, szlachty i magnaterii.

„Kocia szajka i fałszerze pierników” najnowsza premiera toruńskiego Baja inspirowana jest piątym tomem książki Agaty Romaniuk pod tym samym tytułem. Akcja spektaklu niczym z kryminalnego serialu wyjęta trzyma widzów w stałym napięciu. Na samym początku dowiadujemy się, że ktoś w  Grodzie  Kopernika podrabia toruńskie pierniki. Używa gorszych  składników, skraca czas dojrzewania ciasta, dodaje szkodliwych konserwantów i sprzedaje produkty po konkurencyjnych cenach, psując tym samym renomę słynnych lokalnych specjałów. Miasto jest tą sytuacją wstrząśnięte, a szczególnie emerytowany komisarz  kot Bibi Lolo. Do rozwiązania kryminalnej zagadki i zdemaskowania piernikowego gangu, żeby uniknąć korupcji lokalnej policji, zatrudnia  on grupę detektywów z odległego Cieszyna.

Szczególnym konkursem jest interdyscyplinarna impreza Lednicka Wiosna Poetycka, która łączy różne dziedziny sztuki, choć akcent kładzie na poezję. Została ona powołana do istnienia w 1997 roku przez Stanisławę Łowińską i od niemal trzydziestu lat jest obecna na arenie kulturalnej Wielkopolski.

Topolowy szelest słów w poezji Anny Andrych

 

Z dorobku literackiego poetki Anny Andrych wybrałem dwa tomiki wierszy, a mianowicie: Do dna (1996) i Archipelag (2018). W zamyśle chciałem dostrzec zaistniałe różnice w tematach i stylu pisania poezji na przestrzeni czasu. Autorka tych tomików w przyszłym roku będzie obchodzić czterdziestolecie swojej twórczości, zadebiutowała wierszem w 1985 roku na łamach Zielonego Sztandaru. Jest poetką o bogatym dorobku literackim, pisze prozę, wiersze, opisujące zjawiska i wydarzenia, dotykające ją osobiście lub pośrednio, wrażliwość kobiety i poetki jednocześnie.

Żyjemy w zalewie informacji, w czasach, w których słowa mnożą się w nadmiarze. Cały ten zasób wyrażeń i znaków językowych powinien służyć wzajemnemu porozumieniu. Oczywiście, język się zmienia, ponieważ funkcjonujemy w erze szybkich przemian i w różnych środowiskach. Zmiany te czasami służą podmianie znaczeń, co może prowadzić do głoszenia nieprawdy lub wywołania chaosu.

Czytając dwanaście lat temu, tom poezji Stanisława Chyczyńskiego Byłem pomyłką, nie uwierzyłem w zejście z literackiej drogi tak utalentowanego i oryginalnego liryka z Kalwarii Zebrzydowskiej. Wszak Ryszard Kapuściński w Lapidarium VI pisze: „Króla stwarzają dworzanie. Bez nich jest on zwykłym człowiekiem. To im zawdzięcza konieczną dla istnienia władzy atmosferę podniosłości i celebry. Kiedy owa atmosfera kończy się, kiedy gasną światła reflektorów i milkną oklaski tłumu, znika również król – żałosny artefakt”. Zastąpmy króla – poetą?

Zielony, jak wiadomo, to ulubiony, symboliczny kolor ekologów i działaczy proekologicznych. Wątek walki o dobrostan Matki Natury, w polskiej muzyce młodzieżowej i rockowej, pojawił się już na przełomie lat 60- i 70-tych. Ograniczę się do trzech przykładów. W tamtym czasie bardzo popularna stała się satyryczna i stylizowana piosenka Kazimierza Grześkowiaka Chłop żywemu nie przepuści. W 1969 r. zespół Klan nagrał piosenkę Z brzytwą na poziomki, w której refrenie wybrzmiewał znamienny apel: „My, zielone fauny, na fujarkach grajmy, my, zielone fauny, niszczyć mu nie dajmy”. Kilka lat później grupa Homo Homini wylansowała przebój Drzewa ruszają w drogę, z interesującą nas tu frazą: „Stało się przecież na koniec to, co musiało się stać: wielkim, zielonym pochodem drzewa ruszyły przez świat”. Zieleń sukcesywnie zyskiwała na ideowej mocy.

Odczuwam pewien rodzaj szczęścia ze „zdobycia” Naroczy, z kąpieli w tym największym białoruskim jeziorze. Paradoksalnie nie dokonałem tego nigdy w Śniardwach, mając z tym olbrzymem jedynie kilkuminutowy kontakt, gdy zahaczyliśmy onegdaj jachtem o jedną z jego rubieży w czasie mazurskiej przygody żaglowej. Wykąpałem się zaś w białoruskiej Naroczy (!)

Litwa chyba wciąż jest najmniej znanym przeciętnemu Polakowi krajem wśród naszych sąsiadów. Przynajmniej w dziedzinie znajomości języka, kultury i obyczajów. To się, oczywiście, odbija także na znajomości literatury litewskiej oraz wydaniach jej polskich przekładów. Do niedawna Litwa odstawała pod tym względem od pozostałych literatur sąsiednich. Niemniej, obecne stulecie, a szczególnie bieżąca dekada charakteryzują się znacznym wzrostem zainteresowania wydawców, a zwłaszcza aktywności tłumaczy. Ci ostatni wywodzą się głównie z dwóch środowisk – lituanistów z polskich uczelni oraz literatów pochodzących z polskiej mniejszości na Litwie. Obydwa środowiska są coraz bardziej aktywne w polskiej prasie literackiej. Dość wymienić monograficzny numer 3/173 lubelskiego kwartalnika Akcent zatytułowany Litwa, bardzo bliska nieznajoma i obszerną wkładkę o kulturze litewskiej pt. Pogoń literacka przez Litwę w numerze 3/121 rzeszowskiego czasopisma Fraza.

Wszyscy wiemy, że wydania książkowe wierszy od dawna nie znajdują czytelników i zeszły na margines rynku wydawniczego. A jednak wciąż wiele koleżanek i kolegów, szczególnie ze starszych pokoleń, nadal upiera się, żeby co pewien czas publikować kolejne zbiory utworów, zwane powszechnie tomikami. To potoczne, zdrobniałe słowo zyskało już status „oficjalny” i regularnie pojawia się w artykułach, esejach i notach biograficznych autorów. Prawie nikt nie zwraca uwagi, że użycie zdrobnień w dyskursie dorosłych nadaje słowom zabarwienie pobłażliwe i lekceważące. Nie nazywamy przecież dzieł scenicznych sztuczkami lub operkami, muzycznych symfonijkami czy też malarskich obrazkami. Nie nazywamy też tomikami książek zawierających zbiory reportaży lub przepisów kulinarnych. Nazwa „tomiki” wskazuje zatem, że ci, którzy jej używają, nawet jeśli świadomie odnoszą się do tych publikacji książkowych z nabożnym szacunkiem, podświadomie zdają sobie sprawę z ich niewielkiej komunikatywności i braku wartości komercyjnej.