Duży oświetlony salon pełen książek. Rośliny niczym biżuteria delikatnie ozdabiają  zaścielone woluminami regały. Artystyczny minimalizm i tryumf asymetrii obrazu. Na bordowym dywanie w samym środku stoi wielki skórzany fotel. Siedzi w nim rozbrajająco uśmiechnięty pisarz. Obok niego stoi wielki, również skórzany, neseser wypełniony jego autorskimi książkami. Pisarz nie je ani nie śpi, bo czeka na wiadomości od znajomych „daj książkę”. Wtedy zrywa się z niespotykaną energią i mknie jak szalony na pocztę, by dołożyć jeszcze, do swojej pracy i samego egzemplarza, koszty wysyłki. Potem szczęśliwy wraca i czeka w fotelu na kolejną prośbę… Zaraz, tak to sobie wyobrażacie, czy coś pominęłam?

Wydaje się, że w dobie SMS-ów, blogów, memów itd. powoli zanika potrzeba sięgania nie tylko po czasopismo, ale książkę. Jest to powierzchowna konstatacja, bo choć maleje liczba księgarń, nie maleje liczba wydawnictw i książek, rośnie sprzedaż w Internecie. W dobie cyfryzacji zmienia się sposób wytwarzania książki. Kto pamięta o żmudnej pracy zecera, metrampaża, introligatora i grafika – twórcy ilustracji a nierzadko i książkowej formy. Oczywiście i teraz mamy piękne wydania, ale niepokoi masowa produkcja.

Kim są Wierciochowie z Krakowa? Jolanta Szymska-Wiercioch rekomenduje siebie jako „nieobliczalną absolwentkę rachunkowości, wampirzycę słowa, dokumentalistkę zysków i strat, kompatybilną żonę”. Symetrycznie Wojciech Wiercioch przedstawia się jako „niewolnik medycyny, smutny satyryk i wesoły bałaganiarz, awaryjny mąż i niekompatybilny ojciec”. Wystarczy?... Owo małżeństwo literatów napisało wspólnie bardzo ciekawą powieść biograficzną, o sławnym prof. Antonim Kępińskim, pt. Psychiatra i demony (Kraków 2019). Natomiast względnie niedawno opracowało (znów na 4 ręce!) opasłą księgę: Anegdoty z czterech stron świata. Właściwie jest to drugie wydanie eleganckiej Księgi anegdot świata (Chorzów 2007), pod redakcją Wojciecha Wierciocha.

Alicja Maria Kuberska  z Inowrocławia – poetka, nowelistka, publicystka, tłumaczka debiutowała poetycko w roku 2008, a pierwszy zbiorek wierszy p.t. Szklana rzeczywistość wydała w roku 2011. W kolejnych latach opracowała jeszcze 15 pozycji książkowych, z których 7 wydrukowano w USA. Ponadto ma na koncie rzeszę wierszy opublikowanych za granicą – w 30 krajach, nie wyłączając tak odległych i egzotycznych jak USA, Kanada, Chile, Peru, Arabia Saudyjska, Uzbekistan, Indie, Korea Południowa, Chiny, Taiwan, Afryka Południowa, Zambia, Nigeria, Australia…

Pokłony drzew, szepty liści, ptaki kąpiące się w słońcu, koronki obłoków – wielka księga natury jest zawsze otwarta, zawsze w gotowości do lirycznego podniesienia. Poetka z Białegostoku Regina Kantarska – Koper dała się ponieść strumieniowi kreacyjnej energii i spróbowała wyrazić słowem przyboczną feerię świateł, barw, kształtów, zdarzeń pod akordem Wiersze codzienne (tytuł zbiorku poezji Podlasianki). Przywołani udziałowcy („stańcie do apelu!”) lirycznych bytów i niebytów – miesiące, dni, migawki zdarzeń ważnych i takich do przespania przez jedno popołudnie, stali się ostojami pachnących słodkim miodem lip (s. 14), śpiewu galaktyk (s. 28), przyjazną rzeczką pełną nenufarów (s. 22).

Tomasz Borowski jest terapeutą i nauczycielem akademickim. Na swoim literackim koncie ma cztery tomiki wierszy. W roku ubiegłym wyszedł Clavier Opowieść dziurawego motyla. To proza poetycka, dobrze korespondująca z wcześniejszymi pracami autora. Zamiłowanie do wierszy widoczne jest tutaj na każdym kroku. Wspomnę nie tylko specyficzną melodykę, ale i stronę formalną - interpunkcję zastąpiła tutaj duża litera. Nie jestem pewien, czy był to dobry pomysł. Typowy zapis, uwzględniający przecinki i kropki, bardziej zachęcałby mnie do lektury. Przyznam jednak, że szybko do tej nowości przywykłem. Każde z 31 opowiadań jest częścią jednej historii, chociaż opowiadanej swobodnie, bez linearnej zasady. Wszystkie orbitują jednak wokół głównego wątku. A jest nim, przynajmniej tak można sądzić, nieudany związek bohatera, którego konsekwencje okazują się być dalece nietypowe. Oto fragment tekstu Motyl:

Tytuł książki Krzysztofa J. Lesińskiego „Podglądanie starca” wydaje się być bardzo przewrotny, dwuznaczny. No bo trzeba się domyślić, czy to starzec coś lub kogoś podgląda, czy też jest podglądany? Ta przewrotność zawarta już w tytule towarzyszy czytelnikowi podczas czytania całej książki. Trudno się zorientować, czy autor / podmiot liryczny jest czekającym na śmierć zgrzybiałym starcem, czy też mężczyzną może nie pierwszej młodości, ale pełnym sił witalnych i nadziei, szukającym przygód oraz miłości.

Już od trzech tygodni zżywam się z tomem poetyckim Zbigniewa Joachimiaka „Córka”. Przeczytałam go w układzie, który zaproponował autor i wciąż czytam pojedyncze wiersze otwarte na przypadkowej stronie. Przyglądam się, w czym tkwi ich semantyczny i warsztatowy fenomen, a są niesłychanie komunikatywne pomimo swej przestrzenności; „Pudełko ledwo trzyma ten dorobek świata, / wskazówka kompasu drga i uparcie / odróżniać mi pozwala / od nicości kierunek” (s. 109).

Po pracy poszliśmy na zasłużone piwo. „Luksusowa” była zamknięta z powodu remontu. Zmiana anturażu czy coś takiego. Postanowiłem wybrać dla nas „Kolorową”. Nie było tam tak chmielnego piwa ani urokliwych kelnerek, ale ceny były całkiem przystępne. O tej porze dnia, w skwarny dzień lokal był pełen osób spragnionych wrażeń smakowych, jednak udało się znaleźć wolny stolik. Ludzie zawsze chodzili do „Kolorowej”. A tłum przyciągał nowych klientów. Niewielu potrafiło się temu sprzeciwić. Może kiedyś ktoś o dużym autorytecie zdecydował, że właśnie „Kolorowa”, do której chodził, będzie najbardziej obleganym miejscem w nocy w mieście.

Ks. P.S. Głowacki urodził się 26 V 1958 r. w Dobrem na Kujawach, jest kapłanem diecezji włocławskiej. Od dzieciństwa interesował się sportem. Był m.in. piłkarzem „Startu” Radziejów. W latach 1979-1985 kształcił się w Wyższym Seminarium Duchownym we Włocławku. Wyświęcony został w czerwcu 1985 r. przez bpa Jana Zarębę. W latach 1988-1990 odbył teologiczne studia specjalistyczne na ATK w Warszawie, które uwieńczył doktoratem  w 1994 r. broniąc pracy pt. „Życie duchowe na podstawie pism bł. Honorata Koźmińskiego”. W latach 1992-1996 pracował w swoim macierzystym seminarium duchownym jako wykładowca (teologia duchowości) i ojciec duchowny. Prowadził też przez wiele lat zajęcia dydaktyczne na Papieskim Wydziale Teologicznym Oddział we Włocławku. Pełnił funkcję wikariusza w Sieradzu-Męce i w Kaliszu (parafia św. Mikołaja), następnie proboszcza w Dobrowie (w miejscu kultu bł. Bogumiła), a od 2003 r. jest proboszczem parafii św. Urszuli w Kowalu i tamtejszym dziekanem. W 2011 r. mianowany został honorowym kanonikiem kapituły uniejowskiej.

Pewnego razu dwaj chłopcy, którzy byli braćmi, znaleźli na strychu ich starego domu wyblakłą książeczkę. Bracia bardzo różnili się od siebie wyglądem. Starszy był chudy i wysoki, miał włosy koloru złocistej pomarańczy i mnóstwo piegów na buzi, które wyglądały niczym chmara maleńkich muszek. Młodszy był niższy i pulchniutki, o włosach ciemnobrązowych, jak futerko kota, który mieszkał w ich domu.

Kryptonim „Wyspa”, najnowsza książka Bogusława Wiłkomirskiego, składa się z dwu części. Pierwsza nosi tytuł W cieniu nazizmu, druga W blasku komunizmu. Zarówno ów cień, jak i blask (użyty tu przewrotnie), są tragicznym mrokiem, czasami pogardy, z jakimi musiał zmierzyć się świat w wieku XX. Te dwa totalitaryzmy, jeden spod znaku swastyki, drugi mający za symbol sierp i młot, przetoczyły się jak plaga niewyobrażalnego okrucieństwa i śmierci. Do dziś są trudne do zrozumienia – dlaczego powstały, jak mogły zaistnieć tak okrutne ideologie, systemy, zjawiska. Jakkolwiek byśmy je nazwali, do dziś budzą zdumienie, choć minęło tak wiele lat.

Tags:

Każdy go ma. Na co dzień nie myślimy o nim i dość długo go nie zauważamy. Na imię mu czas. Jesteśmy przez niego kształtowani. Sprzyja nam, albo wręcz przeciwnie. Zazwyczaj żalimy się, że ucieka. Uskarżamy się na jego brak, ale może niesłusznie, bo wszystko, jak mówią niektórzy, zależy od dobrej organizacji. Kiedyś znajomy fizyk udowadniał mi, że czas nie istnieje, póki nie zaczniemy zauważać zmian w naszym życiu. Dzisiaj zgadzam się z jego twierdzeniem po tysiąckroć. Zmiany, dowody na tę specyficzną symbiozę z naszym "wiernym towarzyszem", dostrzegam niemal codziennie.

Wielka to zaleta zachować jak najdłużej świeżość uczuć, gorące serce, dziecięcą wrażliwość i zachwyt nad urodą świata. Jeśli dodać do tego lekkość (czasem nieznośną) pióra - to otwarta droga do pisania wierszy. Słowa wprost cisną się same jak oswojone psy łaszące się do ręki pana (porównanie zaczerpnięte od Melchiora Wańkowicza). Które wybrać, a które odsunąć? I tu jest (idąc za tym porównaniem) pies pogrzebany.

Przed nami morze trawy słoniowej. Będziemy w niej niewidoczni. Została tak nazwana na cześć zwierząt, które uwielbiają jeść jej młode pędy w porze wilgotnej. Ma budowę kępową i może dorastać do trzech metrów wysokości. W tej chwili są to zeschłe badyle o wysokości około dwóch metrów. Zanim jednak do niej doskoczymy, musimy pokonać jak najszybciej kilometrowy pas gołej ziemi, przylegający do naszego obozu. Pas został oczyszczony z trawy słoniowej poprzez wielokrotne pocięcie darni broną talerzową i potraktowanie herbicydami. Wycięto też niektóre drzewa, aby wrogi strzelec nie krył się za ich pniami – przynajmniej mieliśmy opał na ognisko. Teraz zrobiło się trochę chłodniej. Sawanna zaczęła oddawać swoje delikatne zapachy eukaliptusa i palmy olejowej. Podczas szybkiego marszu opadały z nas emocje po zapierającym dech w piersiach widoku na wieży kościelnej. Przecież nic nie piliśmy, a wzrok mamy dobry, zwłaszcza kapral Arek. Jasna poświata, jaką roztaczała postać, nie mogła pochodzić od księżyca, bo księżyc był zupełnie gdzieś indziej.

Zapisywanie karteczek impulsami myślowymi quasi „kwantowo” można uznać za poetycką formę tworzenia. Objawia się to nagłym olśnieniem wyobraźni, pobudzeniem i poszukiwaniem emocjonalnej drogi rozładowania napięcia. Oszałamiającą miłość do drugiej osoby przyrównuję do aktu tworzenia wiersza, okraszonego mianem poezji. A jeśli, matematycznie rzecz biorąc, równolegle wybuchają obie te namiętności naraz, „szaleństwa” nie jest już w stanie okiełznać nawet WIELKI NIKT.

Za początek powstania środowiska literackiego na Ziemi Lubuskiej przyjmuje się luty 1955 r., kiedy to w Zielonej Górze na gruncie Sek­cji Lite­rackiej Koła Miłośników Literatury powstało Koło Młodych Literatów działające przy Zarządzie Woje­wódzkim Związku Młodzieży Polskiej, którego przewodniczącym był Tadeusz Jasiński. Wydano wówczas pierwsze jednodniówki „Głos Młodych” i „Ziemia Lu­buska”, ukazujące się jako organy ZW ZMP. W tym czasie Zielona Góra był od pięciu lat stolicą nowego województwa zielonogórskiego, liczyła niespełna 40 tys. mieszkańców.

Myśmy też byli w podziemiu. Wobec świata, sąsiadów, krewnych, a nawet najbliższych. Często żona nie wiedziała, gdzie pracuje jej mąż. Jeśli już przyznał się, że w milicji, co też nie było dobrze widziane, to tylko w przestępstwach gospodarczych lub technice. Gdyby tak spisać te wszystkie kłamliwe informacje o pracy w przestępstwach gospodarczych lub w technice – a podobno nic, co powstaje, nawet myśl, a cóż dopiero słowa, we wszechświecie nie ginie, tylko jak to wychwycić, wcześniej czy później znajdzie się na to sposób, wierzę w postęp nauki – gdyby tak spisać te wszystkie kłamstwa i wykręty tej prawie stutysięcznej rzeszy funkcjonariuszy SB – bo nie tego cholernego UB – w ciągu 34 lat istnienia naszej służby, to okazałoby się, że pięćdziesiąt tysięcy to laboranci, konserwatorzy sprzętu łączności i kierowcy, dwadzieścia tysięcy ścigało malwersantów i złodziei, a dziesięć tysięcy przeglądało tylko i przepisywało papiery i robiło różne, nikomu niepotrzebne statystyki, bo w Polsce Ludowej przeciętny pracownik nie mówił z entuzjazmem o swojej pracy, tylko z obrzydzeniem i uparcie dowodził, że jego praca jest nikomu niepotrzebna.