Poniedziałek, 9 listopada, deszczowy wieczór. Przeglądam regał z książkami, na którym znalazły się dzienniki różnych autorów, gromadzone od lat. Ich grzbiety, dotknięte przez czas i moje ręce. Co zmuszało niektórych twórców do zapisywania codziennie (ściślej: prawie codziennie ) swoich myśli, wrażeń, sporządzania notatek ze spotkań i rozmów, uwieczniania rzeczy i spraw ważnych lub błahych? Dobrze, a co zmusza mnie do czytania ich diariuszy, pamiętników, dzienników?
Pisze Witold Gombrowicz: "Poniedziałek. Rzucam się na łóżko – odpoczywam – najczęściej ze Szkicami piórkiem Andrzeja Bobkowskiego. Dwa grube tomy. Dziennik. Podtytuł: Francja 1940 – 44. Namiętnie uprawiam czytanie dzienników, wciąga mnie jama cudzego życia, choćby przyozdobiona a nawet skłamana – ale, tak czy owak, to rosół na smaku rzeczywistości i lubię wiedzieć, że, na przykład, 3 maja 1942 roku Bobkowski uczył żonę jeździć na rowerze w lasku Vincennes.. A ja? Co robiłem w tym dniu?”.
No tak, jeśli chodzi o Gombrowicza to już wszystko jasne (lub prawie jasne, chociaż może nie): on lubi czytać, żeby wiedzieć . Przynajmniej tak mówi, bo z lektury wynika, że jego czytanie cudzych zapisków miało też inne przyczyny. Ale na razie zadowolę się takim wyjaśnieniem. Ja także czasem czytam z tego powodu. Ale po co zaraz o tym pisać?
Na jednej z "fiszek”, które od lat zapisuję różnymi cytatami, sentencjami lub zgoła ciekawostkami, zapisałem taką oto myśl, nieznanego mi z nazwiska autora: "Szukając jakiś czas temu lekarstwa na trapiącą mnie troskę, takim otom sposób , spośród wszystkich najprostszy i najskuteczniejszy wymyślił, żem jął zabawiać się spisywaniem pewnej historii”. Co to była za historia nie wiem, ale powyższe zdania mogą też być usprawiedliwieniem dla rozpoczęcia "zapisków starego sceptyka”, prawda?
Zaglądam do Jarosława Iwaszkiewicza "Dzienników" (1965-1968), oto fragment: Stawisko 5 XI 67. "Znowu poczucie samotności. Że nikomu nie jestem potrzebny, tak mało serdeczności. W ataku smutku poszedłem na górę do Szymona i nie przyjął mnie, bo już się kładli spać. Hania zajęta wnukami – a ja tak potrzebuję paru słów.”
Jak tłumaczyć ten zapis? Patrzę za okno. Listopad jak u niego, tyle że nie na Stawisku, lecz u mnie, w blokowisku, więc jeszcze trudniejszy miesiąc do zniesienia. I ta samotność, poeta ma wtedy 73 lata, więc kto jak nie ja zrozumie jego lęki i depresje. Poczucie osamotnienia i zbyteczności opisane jest jeszcze na wielu stronach dziennika autora "Sławy i chwały”, także w listach, a staje się dominujące w ostatnich latach jego życia. Ale przecież wiem również o tym, że dziennik był nie tylko sposobem na rozmowę z sobą. Znajduję tam rejestr spotkań z ludźmi, zdarzeń w których uczestniczył, opisów miejsc, wystaw, koncertów... Jemu było to potrzebne, zapiski często przeradzały się w opowiadania, oglądane pejzaże były tłem wydarzeń i prozatorskich realizacji.
Taki ton mają zapiski Jarosława Iwaszkiewicza przez następne miesiące roku 1967 i 1968. Zadziwiające. Był przecież wtedy "marzec 68” z "Dziadami” wystawionymi przez Dejmka, był kryzys związany z wejściem wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji - wydawałoby się, że te tematy powinny w zapiskach dominować. A on pisze: "30 września (1968). Odczytywałem niedawno fragmenty tego dziennika i trochę byłem rozczarowany. W sumie to jest nudnawe. Ciągłe narzekania na samotność i opuszczenie, "opisy przyrody” – i tak mało rzeczy konkretnych, których się poszukuje w takich właśnie pracach. Na przykład teraz, kiedy dzieją się rzeczy tak ważne i zadziwiające, po prostu nie mogę się zdobyć na to, aby skupić moją uwagę na nich. (...) W tej chwili Polska huczy od ech listów otwartych Mrożka i Andrzejewskiego. A ja po prostu nie śmiem napisać, co o tym myślę. Andrzejewskiego zawsze uważałem za ścierwo, a on wyrósł na bohatera narodowego, wobec którego nie wolno nic powiedzieć. I nawet przed własną żoną muszę ukrywać prawdziwe o nim myśli”.
To jest sygnał dla mnie – i dla kształtu moich "zapisków”. Wolałbym nie żyć w czasach, które będą tak dramatyczne jak tamte, o których nie chciał pisać Iwaszkiewicz. Ale czy zmiany, jakie następują teraz w Polsce, nie mogą okazać się w przyszłości równie brzemienne w skutkach? A może posłuchać rady Em, która pisze: "Zajrzeć do środka, do bebechów, jak chirurg badać precyzyjnie kawałek po kawałku, przekroić, sprawdzić, co tam jest w środku”. No dobrze, a jak tam jest n i c?

