Poniedziałek, 23 listopada 2015. Wszystko zaczęło się od tego, że Janka K. w mailu napisała o mnie z przekąsem: "- Poeta, prozaik, eseista.” Ja sam, kiedy po raz pierwszy przy swoim nazwisku w lubelskim “Akcencie” zobaczyłem słowo “eseista”, żachnąłem się. Ale Waldemar Michalski ,ówczesny sekretarz redakcji tego kwartalnika wytłumaczył mi, że sam o sobie napisałem niewiele, więc on zmuszony do poszukiwań, znalazł esej mojego autorstwa “Ulica Nadbrzeżna”. Rzeczywiście, napisałem kiedyś taki tekst, opublikowany w broszurze polsko-niemieckiej “Spotkania na Nadbrzeżnej”, a w niej o moich spotkaniach – poprzez książki lub osobiście – z pisarzami, goszczącymi w Ustroniu Morskim. Potem ten tekst, w wersji skróconej, co mu tylko wyszło na dobre, wydrukował koszaliński "Miesięcznik”. No i taki ze mnie eseista. To zachęciło mnie jednak do przyjrzenia się bliżej tej formie wypowiedzi, bardzo przydatnej przy pisaniu choćby "dziennika”, gdy niektóre sprawy wymagają dłuższego przedstawienia czy argumentacji i nie wystarcza notatka, glosa, opis zdarzenia. Esej z natury daje dużą swobodę piszącemu i chociaż ma już za sobą dość spory rodowód, jego definicja nie jest ostatecznie ustalona. Co nie znaczy wcale, że zbiór wypisanych sentencji sławnych ludzi, jakiś rodzaj sztambucha, w którym pojawiają się wypisy sporządzone według własnego gustu, widzimisię , zyskują zaraz miano eseju. Ale te wypisy i cytaty, zmieszane z własnymi sądami i refleksjami , pokazujące osobowość piszącego, zbliżają tekst do wymogów omawianego gatunku. Odnajdują nieoczekiwane związki, połączenia i pokrewieństwa, których odnalezienie nie byłoby możliwe, gdyby przyjąć inną formę wypowiedzi. I jeszcze jedno – bez naukowych definicji i przypisów – daje możliwość przedstawienia swojego punktu widzenia, wynikającego z patrzenia na problem z boku, poprzez własne doświadczenia, wyznawaną estetykę, umysłową formację. Ale patrzenie poważne, z obawą, by tekst nie zamienił się w felieton.
Czytając raz jeszcze "Ulicę Nadbrzeżną” pomyślałem, że warto by przyjrzeć się gościom, którzy byli w moim ustrońskim ogrodzie po to, by na nowo odczytać ich twórczość: Mariana Grześczaka, wielkiego moralisty i słowiarza i Zbigniewa Bieńkowskiego, poety o szalonej wyobraźni. A przy nich Stefana Pastuszewskiego z jego ostatnim tomem sonetów, wierszy o tak zastygłej już dziś formie, a jednak u Pastuszewskiego niezwykłych przez swą szlachetność i staroświeckość. Może na następnych stronach "Dziennika“?... Kiedyś, ale w niezbyt odległym czasie, póki jeszcze wieczory są takie długie.
W tym roku w lipcu żona Stefana Pastuszewskiego p. Dorota przywiozła na urlop ze sobą psa. Ponieważ pokój, który zwykle zajmują, jest mały, na drugi rok zaproponuję im mrówkę, zajmuje mniej miejsca. Albo większy pokój. I porozmawiamy przy kawie o sonetach.

