Archiwum

Eugeniusz Koźmiński - Zapiski starego sceptyka (dziennik) (1) - Sobota, 14 listopada 2015.

Spis treści

Sobota, 14 listopada 2015.  Mam jeszcze w uszach głos kobiety, którą spotkałem w bibliotece w Ustroniu Morskim. Weszła  oto jakaś postać objuczona torbami i zaczęła na biurko, przy którym siedziała dyrektorka placówki Jolanta S. wykładać książki. Książek było kilkadziesiąt, aż się zdziwiłem, że taka niepokaźna figura mogła je udźwignąć.

Jakimś chropawym, ale pewnym głosem komentowała wartość wykładanych dzieł, aż doszła do jednego z ostatnich egzemplarzy i wtedy usłyszałem: "- A tej, pani, to miałam nie czytać, miała taką dziecinną okładkę, ale nie, zaczęłam  czytać, to jak mnie wciągła, pani, jak mnie wciągła, to aż zapomniałam o wszystkim i wieczorem nie poszłam nic sobie do sklepu kupić, i rano śniadanie jadłam na sucho, tak mnie wciągła.  A Hera tylko na mnie patrzała, bo to miał być  niby pies i dałam mu Heraklit na imię, ale się pokazało , że suka , więc została się Hera , widziała pani na zdjęciu, jak siedzi i pilnuje mi książek?”.

Słuchałem najpierw z rozbawieniem, a potem z żalem, że nie moja książka tak ją "wciągła”.

Wciąż myślę o ostatnich spotkaniach naszej grupy, oficjalnie nazwanej Stowarzyszeniem Kołobrzeskich Poetów. Nawiasem mówiąc nazwa bardzo pretensjonalna, bo kto z nas jest pewien, że możemy o sobie mówić: poeci? Ale stało się: przy rejestracji trzeba było do Statutu wpisać nazwę, Piotr B. zaproponował właśnie taką i mimo moich późniejszych prób zmian, pozostała ta pierwsza. A przecież  grzeszymy nadmiarem pychy, mówiąc sami o sobie, że jesteśmy poetami. Kto dał nam  do tego prawo? Czytelnicy?

Od pewnego czasu następują duże zmiany osobowe w Stowarzyszeniu. "Nowi” chcą od "starych” dowiedzieć się, jak pisać, żeby wiersz był dobry. Co im radzić? Wiersz nie może być dobry, musi być bardzo dobry. Każdy człowiek oczytany, o pewnej kulturze literackiej, może napisać jakiś wiersz. Ale jeżeli po przeczytaniu kilku tekstów nic nie zostaje mi w pamięci, to znaczy że miałem do czynienia z poezją złą, bo przeciętną, czyli poezją, której nie ma wcale. Przez kilkadziesiąt lat czytania, a potem także pisania obserwowałem, jak wszyscy twórcy starali się zbadać, co jeszcze można zmienić, co jeszcze jest w poezji dopuszczalne : w treści, języku, sposobach obrazowania, w całej materii wiersza, decydującej o jego formie. W rezultacie dzisiaj nie ma obowiązującego wzorca, kanonu, nie ma ośrodka (grupy krytyków, pism centralnych ) który by organizował piśmiennictwo i stał na straży  obowiązujących reguł. Stąd dzisiejsza poezja to istna Wieża Babel, wolna amerykanka. Bezhołowie. Prof. Henryk Markiewicz powiada: "Co można odszukać w tekście, którego reguły komunikacyjne (...) są niewykrywalne?”  Są tacy, którzy mówią: wolność. Kto ma rację?

Na studiach  pisałem pracę, w której badałem stosunek grup literackich dwudziestolecia międzywojennego do różnych wówczas problemów cywilizacyjnych. Znam więc nurty i prądy z tamtych lat, ich programy estetyczne i społeczne.

Ale i po wojnie mieliśmy socrealizm i Nową Falę, całe pokolenie Orientacji Poetyckiej Hybrydy i późniejszej Nowej Prywatności. Grupowali się oni wokół pism , mieli swoich krytyków. Dzisiaj dominuje indywidualizm, za wszelką cenę trzeba być innym, osobnym.

Kto dziś korzysta ze Słownika terminów literackich pod redakcją J. Sławińskiego, gdy takie pojęcia jak gatunek literacki, wersyfikacja, stopy akcentowe są potrzebne tylko studentom filologii? Mistrz felietonu Antoni Słonimski jeszcze przed wojną stawał w obronie rytmu i rymu w wierszu. Niestety, bezskutecznie, wiersz "sprozaizowany”, wolny stał się najpopularniejszym sposobem poetyckiej wypowiedzi. Ale – żeby była jasność -  nowa "dykcja poetycka” także daje wielkie możliwości poecie, o czym świadczą zastępy młodych twórców i ich literackie sukcesy. Tylko czytelnicy, wychowani na literaturze klasycznej z  podręczników szkolnych, z coraz większym trudem odnajdują swój głos w najnowszej poezji.

Czy te "zastępy młodych” poetów będą kiedyś  "arystokracją ducha,” przewodnikami swej epoki?

Witold Gombrowicz: Dziennik 1953-1956. XI czwartek. "Zaszedłem do kawiarni, gdzie co tydzień zbierają się młodzi poeci grupy Concreto – Inwencion ( ale może grupa Madi ). Przy stoliku z dziesięciu poetów rozkrzyczanych w namiętnej dyskusji. Ale ta kawiarnia ma fatalną akustykę i o tej godzinie pełno ludzi – nic nie słychać. Więc powiedziałem: - Czyby nie należało przenieść się do innej kawiarni?... ale te słowa utonęły w powszechnym łoskocie. Wykrzyczałem więc je, raz i drugi, i dalej krzyczałem je do ucha sąsiadom, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że oni zapewne krzyczą to samo – ale jeden drugiego nie słyszy. Dziwny naród ci poeci. Zbierać się co tydzień w jednym lokalu po to aby nie móc porozumieć się w sprawie przeniesienia się do innego lokalu...”.

Zupełnie jakbym był na naszym czwartkowym spotkaniu w "Pożegnaniu z Afryką”.