Archiwum

Eugeniusz Koźmiński - Zapiski starego sceptyka (dziennik) (1) - Wtorek, 1 grudnia 2015.

Spis treści

Wtorek, 1 grudnia 2015. Przeczytałem właśnie książkę Anny Król "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie". Jest to jedna z wielu publikacji o Iwaszkiewiczu, które znalazły się na regałach z książkami w moim domu. Czemu  akurat  on? Fascynacja tym autorem zaczęła się dawno, jeszcze w latach sześćdziesiątych, od fascynacji jego prozą. Do dziś trzy grube tomy opowiadań stoją na poczesnym miejscu. Nie wiersze, one zawsze były jakby “nie z tej epoki”; przeestetyzowane  "Oktostychy”,  klasycyzujące wiersze z lat trzydziestych nie znalazły mojego uznania. Dopiero “Mapa pogody” dogoniła swój czas. Ale prócz twórczości interesował mnie człowiek, niezwykła osobowość, wyrastająca ponad przeciętność jaka panowała wśród literatów tamtych  lat. A może innych nie znałem tak dobrze, może inni też byli interesujący? Ale kto miał lepszą prozę niż jego "Brzezina”, "Panny z Wilka” czy późniejsze opowiadania ?  Czyje listy, dzienniki były bardziej pasjonujące, mądrzejsze?

Książka Anny Król ma bardzo dobre recenzje (chociaż dzisiaj recenzje pisze się na zamówienie, więc pozytywnie ), ale wszyscy wskazują na inny niż spotykany dotąd sposób pisania o Iwaszkiewiczu, przybliżania pisarza czytelnikowi. Chodzi o tytułowe "rzeczy” – krawaty, notesy i kalendarzyki, guziki i podobne drobiazgi. One stają się pretekstem do rozmowy o pisarzu, opowieści o jakimś okresie jego życia, z którym związany jest ów przedmiot. Tak, to jest jakaś inność, pozwalająca nowemu czytelnikowi na odnalezienie nowego autora, który już dość długo był nieobecny w publicznym obiegu. Więc jako książka popularyzatorska spełnia postawiony cel. Natomiast nie odkrywa nic nowego z biografii pisarza, nie proponuje innego spojrzenia na jego twórczość, nie znajduję w niej pogłębionej analizy dzieł poety. A ciekawostki z prywatnego życia Jarosława Iwaszkiewicza znałem już wcześniej z dzienników, listów poety i jego biografów oraz krytyków, w tym koszalińskiego pisarza  Andrzeja  Turczyńskiego,  który swego czasu w "Twórczości” wiele tekstów poświęcił  na refleksje po lekturze prozy Jarosława Iwaszkiewicza.   Ale młodym czytelnikom polecam książkę, dobrze się czyta.

Zastanawiam się, co sprawia, że jedna książka ma swoich czytelników, a inna nie? Dlaczego grono wyznawców jednego autora jest liczne, a inny ma niewielu wiernych? Jaka jest zasada szukania sobie odbiorcy? Ponoć karierę zrobił swego czasu wiersz moralizatorski, zaliczany do gatunku "literatura kramarska”, (arkusz – 16 stron), którego strona tytułowa brzmiała:” Cud rzadki w świecie/ że pijak przecie statkuje; / Już żyć zaczyna, wódkę przeklina, żałuje. / Majster chulacki, cechmistrz pijacki nie pije/ Brodowicz Michał, co od niej zdychał już żyje/ Michał Brodowicz, bywszy kilka lat cechmistrzem pijackim, gdy jednej zimy z tej przyczyny wielka bieda zajrzała mu w oczy, wystąpił z cechu pijackiego i porzucił na zawsze najulubieńszą  przyjaciółkę swoję, gorzałkę, tak się z nią rozprawiwszy”.

Z tej inwokacji już wynika, jak dalej wyglądać będzie owo dzieło. A jednak w pierwszym dziesięcioleciu XIX wieku było  wznawiane i przedrukowywane dwudziestokrotnie ! A i potem także druku podejmowały się oficyny Krakowa, Wrocławia, Warszawy, Bochni, Królewca i innych, o czym przypomina Julian Tuwim w "Polskim Słowniku Pijackim”. Zdaje się, że wydawcy, mimo pozornego moralizowania, starali się nie narazić  potencjalnemu klientowi, a raczej przypodobać się. Widać z takiej działalności można było żyć. Ilu dzisiaj pisarzy czyni podobnie?  Tu nie mogę – dla równowagi – odmówić sobie zacytowania fragmentu powieści "Pustelnik” autorstwa Heleny Mnikszkówny, która jeszcze w czasie mojego dzieciństwa była chętnie czytana przez czytelników, a "Trędowata” należała do kanonu lektur w wielu domach i środowiskach:

Księżna drgnęła; szybkim półobrotem twarzy, w stronę wchodzącego spojrzawszy, skamieniała znowu w swej nieruchomości. On z po za fali jej włosów dojrzał w ślicznym skrócie twarz i zauważył niechęć ruchu. Niezrażony śmiało podszedł, stanął za taburetem, pochylił się i ogarniając ją ramionami, dotknął delikatnem muśnięciem palców jej obnażonych wyżej łokcia, rzeźbionych rąk... Otworzyła oczy, była gniewna. – Książę sobie życzy?...- Ciebie! – Och !!!”

Był czas, że powieści Mniszkówny były przedmiotem kabaretowych żartów,  miarą czytelniczego gustu – oczywiście dość niskiego lotu. Dlaczego? Przecież miały swoich czytelników, zaspokajały ich potrzeby: piękna, niespełnionych marzeń, szukania rzeczywistości lepszej niż codzienność. To bardzo dużo. A że czytelnik się zmienił, także jego estetyczne upodobania, to nie powód by kpić z gustów przeszłości. Ja nie mam pewności czy w następnym stuleciu nie będą żartować publicyści i krytycy- żurnaliści z książek nagradzanych w prestiżowych konkursach literackich przełomu naszych wieków. Chociaż drwić z dwukrotnego laureata nagrody "Nike” Wiesława Myśliwskiego już dziś nie pozwalam.