Archiwum

Eugeniusz Koźmiński - Zapiski starego sceptyka (dziennik) (2)

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Spis treści

22-26  grudnia, ostatnie dni 2015 roku. Pamięć jest naszym drugim życiem, chociaż niewidocznym. Wbrew temu, co się mówi potocznie, fotografia wcale nie zatrzymuje dla nas rzeczywistości – wręcz przeciwnie: zabija ją. Czasem patrzę na fotografie gromadzone staroświeckim zwyczajem  w albumach, przyglądam się twarzom ludzi, którzy byli i odeszli:  ich oczy niewidzące, wpatrzone bezdusznie w obiektyw, martwe. Dopiero pamięć dopowiada: to było latem, nad wydmą wisiały chmury a niebo opierało się dłonią o horyzont; jeszcze słychać było krzyk ptaków, czego już nie uchwycił  obiektyw, a ja oglądałem się, bo na przystani ktoś przeklinał soczyście... Tamto jest zrobione na spotkaniu w Ośrodku Kultury, to znów w domu malarki D... Jeszcze obrazki nie pożółkły, jeszcze twarze rozpoznaję, ale nazwiska i imiona zapisałem dla pamięci na odwrocie. Jak mawiał Stanisław Stempowski (wspomina Maria Dąbrowska w książce “Myśli o sprawach i ludziach”): “Żyjemy po śmierci tak długo, póki nie umrze ostatni człowiek, co nas żywymi pamiętał. I tyle naszej nieśmiertelności.”

 Fotografie, dowód przemijania. Podobizny tych, którzy już pomarli, albo są tak odlegli, jak gdyby nie żyli od dawna. Czasem ich głosy słyszę ze ścian, budzą mnie po nocy; wzywają swoje dzieci, wspominają dawne lata, a głos ich tak suchy jak skrzypienie piasku. Ich skargi nie mają końca. Dopiero nad ranem milkną, a wtedy ściana wraca do swojej roli – znowu jest “galerią portretów”. To ranne milczenie twarzy, ich nieczułość i obojętność wloką się za mną przez cały dzień. Podobną role odgrywały też obrazy siedemnastowiecznych malarzy niderlandzkich, owe martwe natury, tak urzekające znakomitym rzemiosłem, mistrzowskim oddaniem charakteru materii: szkła, tkaniny, owoców. Mam przed sobą reprodukcję obrazu z 1631 roku którą Willem  Claesz Heda zatytułował: “Śniadanie z jeżynowym plackiem”. Kielich wina napełniony do połowy, drugi już prawie pusty i przewrócony, jeszcze niedojedzony, zeschnięty placek na tacy... Typowa kompozycja, która we wnętrzu mieszczańskiego domu miała je zdobić, ale także przypominać, że piękno świata, tak kuszące i atrakcyjne, jest ulotne, przemija i ginie, jak owoce pokrywające się pleśnią, jak rozbite szkło.

Pamiętam, było wtedy lato, lipiec 1999 roku. Na werandzie eksplozje czerwonych pelargonii, na ścieżkach szalejące kosy, buszujące w poszukiwaniu owadów; nie uznając żadnego z praw grawitacji – co raz beztrosko wzbijały się w górę. Inaczej jabłonie: te, gdy owoce dojrzeją, posłusznie zrzucają je na ziemię, wprost – zdaje się – na głowę śpiącego w ich cieniu  Newtona, odkrywcy prawa powszechnego ciążenia.

W taki lipcowy dzień poznałem Mariana Grześczaka. Dotąd znałem jego wiersze- z publikacji prasowych debiutanckie “Lumpenezje”, potem “Wyjście z pozorów” (1961) - tom,  który zapoczątkował zbiory autora w mojej bibliotece. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie utwory zebrane w “Kwartale wierszy” (1980). Teraz miałem przed sobą poetę. Twarz poważna, surowa, jakby zmęczona. Żywe oczy, czasem ciekawe człowieka, czasem patrzące w głąb,  nieprzywykłe do pozowania przed obiektywem aparatu fotograficznego. On sam lekko pochylony, rozpięta letnia, biała marynarka. Stary poeta, z dużym dorobkiem literackim i doświadczeniem życiowym; czuło się, że jest wielki mimo swej skromności i cichego, nieco zachrypniętego głosu. Wiedziałem, że wydał akurat  “Niebo jaskółek”  (Liryki wybrane – Nagroda Ministra Kultury za całokształt), ale  w swoim dorobku miał już – poza wymienionymi wyżej - zbiory: “Pożegnanie  Norymbergii” (1965), “Gęste światło” (1965), “Naczynie poważne” (1967), “Sierpień, tętnienie” (1975) i “Kwartał wierszy”(1980), także powieści, eseje, dramaty i przekłady.

Rozmawialiśmy początkowo - jak to bywa między ludźmi, którzy widzą się  dopiero po raz drugi w życiu -  o podróży, pogodzie, mieszkaniu, które zajmował na czas pobytu w Ustroniu Morskim tuż przy wydmie. Ale potem okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów i rozmowa potoczyła się  przyjaźnie, jakbyśmy znali się od lat. Nie notowałem jego słów, zachwycony śmiałością  myśli i prostotą języka. Zapisałem sobie natomiast zdania, które wypowiedział w wywiadzie dla “Literatury”, bo właśnie one były  obecne w naszej rozmowie:

“Jeśli ja odczuwam potrzebę napisania wiersza, to mam tę potrzebę wobec siebie. I czytelnik, odbiorca jest wtórnikiem tej potrzeby. On może to przeczytać lub nie. Wiersz muszę napisać, bo taki jest wymóg mojej duszy, mojego ciała i mojego mózgu. Jeśli tego nie zrobię, to po prostu moje ciało, moja dusza i mój mózg będą cierpieć. Tak jest jeśli idzie o poezję. Proza, pisanie prozy – tak ja to rozumiem – to już jest inny warunek. To jest warunek dania świadectwa swojemu i cudzemu doświadczeniu, włożonemu w usta bohaterów tej narracji”. Te słowa odnoszę przede wszystkim do mojego olśnienia, jakim był “Kwartał wierszy” czytany wielokrotnie. Wiele z utworów w nim zawartych znalazło się oczywiście w wyborze “ Niebo jaskółek”, który dostałem później.

Konieczność stworzenia utworów właśnie takich, jak te które znalazły się w “Kwartale wierszy”,  była  u poety tak wielka, że zrodziła poezję przejmującą, świadomą smutku, a jednocześnie czystą, bo zawierającą najpiękniejszą myśl o zgodzie  na konieczność trwania w świecie, chociaż trwanie to  tak bardzo boli.

“La lumiere  morte”,  cykl utworów który miał swój początek właśnie  w przywołanym wyżej zbiorze, rozpoczynają takie oto frazy:

Uchylasz z lękiem drzwi Prowansji
I nagle w głębi pól widzisz starego van Gogha
Stoi twarzą do światła maluje mozolnie
Smutek domu obłąkanych w Saint – Remy
jakby odwijał bandaż z okaleczonej głowy

Czy można się dziwić, że wiersze całego zbioru, a wśród nich cytowany wyżej wstęp do strof poświęconych Krystynie, zmarłej żonie Mariana Grześczaka, malarce, nasycone są światłem, kolorem, a patronuje temu van Gogh, malujący w pejzażu słonecznej Prowansji? Jego sztuka, mimo “eksplozji kolorów” była zmaganiem się z otaczającym światem, wizją zbliżającej się śmierci, szaleństwem. Szczególnie portrety, których namalował kilkadziesiąt, w tym wiele  autoportretów dokumentujących los samego malarza i jego osamotnienie. O  obrazie - autoportrecie dedykowanemu a mom ami  Paul Gaugin  napisze: Obraz “wygląda jak malowany popiołem, na tle zieleni Veronesa. (...) Głowa, namalowana szeroko w prostych jasnych kolorach, występuje obok tła jasnego, niemal bez cieni. Oczy osadziłem nieco skośnie, jak u Japończyków”.

Artysta Vincent van Gogh i pejzaż, którym zdawał się być wypełniony aż po brzegi – łany zbóż na wzniesieniach, zieleń drzew i błękit nieba – i on, który mówi o sobie: “Moje życie zostało podcięte od korzeni, moje kroki są słabe i chwiejne”. To wszystko na kilka dni przed  samobójczą śmiercią. A w tym samym krajobrazie poeta Marian Grześczak i strofy równie przejmujące, zawarte w dystychach, choćby w tym, dziewiętnastym:

19.
Pierwszy mur i zaraz śmierć, słychać kroki
Wstań Krysiu patrz prowansalskie obłoki.

Drugi mur i zaraz śmierć, martwa woda
Siwieje Tadeuszu nasza pogoda.

Trzeci mur i zaraz śmierć, uśmiechnięta
Z jakiej łąki skubią trawę twe koźlęta.

Czwarty mur, słoneczny mur Krysi
A wieża nad nim jak tępy ból wisi.

Piąty mur i zaraz śmierć, kopytkiem grzebie
Patrz jednorożec leci po prowansalskim niebie.

Strofy poety nie starają się niczego zatrzymać, pochwycić. Są tylko odsłanianiem bezradności. Podmiot liryczny tego i innych utworów stale coś traci – ktoś bliski odchodzi, umiera.

“Śmierć nie wybiera umarłych ona szuka żywych
Jak dziewczynka co w szafie z sukniami
Przebiera za najlepszą dla siebie urodą”

Nie ma więc nic trwałego i każdy – z każdą chwilą – coraz to zbliża się do przejścia na drugą stronę. Co pozostaje po tych, którzy odeszli? Pustka. Nic. Ale Nicość – co w swoich rozważaniach filozoficznych  odkrywa J.P. Sartre – dzięki wyobraźni potrafi być zaludniona wyimaginowanymi bytami, bytami których faktycznie nie ma i boleśnie odczuwamy ich nieobecność. Stąd logiczny paradoks: widzenie czyjeś nieobecności  jako unikalna właściwość człowieka. To właśnie spotkało Mariana Grześczaka:

“Nic jest ogromne,
Wchodzi, przepływa, uśmiechnięte
Odpowiada samo sobie, jego zapach
Szary, jego smak przejrzysty trwają w powietrzu
(...........................................................................)
Patrzy na nas łagodnie,
Ale spróbujcie przed nim uciec
Pobiegnie i ono i jego braterska
Dłoń na moim ramieniu
Jest niewidzialna, ale stanowcza.
(Niewidzialna obecność)

Wiersz, którego fragmenty powyżej, nie znalazł się – jak inne utwory z “Kwartału wierszy” – w wyborze “Niebo jaskółek”. Być może Grześczak  nie chciał wracać do tamtych dni, pełnych bólu i cierpienia, chwil zwątpień i rozpaczy. Był już wtedy “starym poetą”, doświadczonym życiowo ale  wciąż pełnym nadziei, podejmującym nowe wyzwania artystyczne, ale też i te, który przynosi ludzka egzystencja.

Bogata i różnorodna twórczość Mariana Grześczaka znalazła wielu komentatorów. Jedną z nich jest Ariana  Nagórska (“Twórczość”, wrzesień 1999), recenzująca przywoływany przeze mnie wybór wierszy “Niebo jaskółek”. O debiutanckich “Lumpenezjach” wyrażali się pochlebnie tacy krytycy i poeci jak Z. Bieńkowski, J. Iwaszkiewicz, J. Przyboś. W latach późniejszych każda książka Grześczaka była odnotowywana, wielokrotnie był nagradzany. Jednak nie sposób  w krótkim, dziennikowym szkicu  spojrzeć na całość tej twórczości. Może tylko trzeba wyrazić żal, że nie docenia się dziś tych kierunków poszukiwań poety, które dały początek współczesnym nurtom. Mnie pozostały książki i listy, choćby kartki z życzeniami świątecznymi, opatrzonymi datą zapisaną jak ułamek piętrowy, charakterystyczny dla Niego. I mój późniejszy dopisek: Zmarł 27 stycznia 2010 roku w Warszawie.


1 stycznia 2016 roku, piątek. Media od kilku dni żyją podsumowywaniem wydarzeń minionego roku, ludzie podejmują różne noworoczne postanowienia, a ja się zastanawiam, skąd się to wszystko bierze i jaki ma sens? Postanawia coś się wtedy, gdy jest taka potrzeba, a nie w dniu, który wyznacza kalendarz. Podsumowuje się wykonanie jakieś pracy wtedy, gdy została ona zakończona, a nie wtedy, gdy zbiorowa histeria zabiera się do oceny zdarzeń.  Zresztą: co to za oceny! Oszaleć można od tzw. zbiorowej mądrości. Jedni twierdzą, że jesteśmy zieloną wyspą i “tak trzymać”, drudzy że “Polska jest w ruinie” i potrzeba “dobrej zmiany”. Z lepszego na jeszcze lepsze. A ja życzę sobie i wszystkim moim Najbliższym dużo dobrego namysłu. Z niego biorą się mądre decyzje, roztropne działania. Z tego nasza pomyślność, czego wszystkim i sobie życzę.


9 stycznia 2016 r, sobota. “Dyskusja ułatwia zbliżanie się do prawdy, ale dyskusja ustaje, jeżeli dozwolone jest głoszenie tezy, a zabronione głoszenie antytezy”.  Słowa  prof. Tadeusza Kotarbińskiego (“Drogi dociekań własnych”, PWN, Warszawa 1986) są dobrym wstępem do kilku uwag, które chcę tutaj zapisać.  Chodzi mi o dyskusję, jaka odbywa się na spotkaniach autora z publicznością.  Chociaż bywa czasem, że takiej dyskusji nie ma. Przypominam sobie sytuację opisaną w którymś piśmie, gdy po wystąpieniu francuskiego filozofa i pisarza J.P. Sartre’a  w Warszawie na widowni zapanowała cisza jak makiem zasiał. Prowadzący spotkanie organizator zachęcał do zadawania pytań, ale cisza była coraz większa. Wreszcie wstał Sławomir Mrożek i powiedział: "Panie Sartr”e, co słychać?".  Pewnie to tylko anegdota, ale czasem i takie sytuacje bywają. 

Pierwszego mojego spotkania z literatem nie pamiętam zbyt dobrze. Było to w inowrocławskim Liceum Pedagogicznym im. Spasowskiego, jeszcze w latach pięćdziesiątych, a poetą który nas odwiedził był Zdzisław Polsakiewicz z Bydgoszczy. W auli zebrała się cała szkoła, autor mówił o bydgoskich twórcach i czytał  – pamiętam jego szczupłą sylwetkę górującą nad salą – ale pytań nikt nie zadawał, może poza wyznaczonymi przez wychowawców prymuskami. Podobnie było  na drugim spotkaniu – tym razem w sali Teatru Miejskiego w Inowrocławiu, wtedy zaproszonym gościem był organizator i pierwszy dowódca I Armii WP gen. Z. Berling. Było to już po Październiku 1956 roku, ale Generał szczegółowo opowiedział o tym, co działo się w ZSRR podczas organizacji armii, opisał jej szlak bojowy i ostatni rozkaz, jaki wydał: “Naprzód, za Wisłę!” Potem zszedł ze sceny, dyskusji więc nie było. Ale myśmy już wiedzieli, że został pozbawiony dowództwa, a żołnierzy zawrócono na pozycje wyjściowe. W tej samej sali byłem także na spotkaniu z Melchiorem Wańkowiczem ; ten natomiast mówił tak dużo, wyczerpująco i ciekawie, że wszyscy wyszli usatysfakcjonowani, mimo że nie mogli zadać żadnego pytania.

Takie spotkania z punktu widzenia słów prof. T. Kotarbińskiego nie mają wielkiego znaczenia. Stają się widowiskiem, lepiej lub gorzej wyreżyserowanym i od osobowości autora zależy, czy słuchacze wyniosą  jakiekolwiek korzyści – poznawcze, estetyczne, emocjonalne. 

Ciekawsze są spotkania kameralne, nawet gdy przyjdzie – jak w wierszu Wisławy  Szymborskiej – tylko siedem osób. Czasem jest to “ miejscowa inteligencja,” młodzi adepci sztuki poetyckiej jeszcze nieśmiali, niepewni siebie, często bibliotekarki. Oni wiedzą po co przyszli. Znają już książki autora, ale pewne rzeczy są dla nich niejasne; znają także aktualne nurty i mody literackie, którymi młodzi są zainteresowani a starsi – zmęczeni. Tutaj dyskusji się nie uniknie, będzie gorąca, ale rzeczowa. Będą przedstawiać swoje racje i niecierpliwie, ale jednak, wysłuchają innych. Autor będzie także musiał zająć jednoznaczne stanowisko. Wszelkie uniki nie znajdą u nikogo uznania. A  nieśmiałość u młodych adeptów wróci  dopiero wtedy, gdy przyjdzie czas na prośby o autograf i nieśmiałe próby przekazania  własnych wierszy w kopercie ze znaczkiem i adresem zwrotnym. Zabierający głos mówią językiem odbiegającym daleko od zachwytów zamieszczanych w internecie jak: “fajnie”, masakra”, czy wręcz “zajebiście”. Widać, że czytają recenzje, mówią o strukturze utworu, używają określeń  wskazujących na pewien poziom kultury literackiej. Pamiętam takie spotkanie – Olga Tokarczuk promowała swoich “Biegunów” w Kołobrzegu i było właśnie tak, jak wyżej opisałem. Uczestników spotkania było jednak więcej niż siedmiu, dużo więcej.

Najgorzej wspominam wieczór literacki w kołobrzeskim “Adabarze”, lokalu w piwnicach ratusza. Przyjechał poeta Tomasz Jastrun, ale nie jego obarczam winą za nieudane spotkanie. To prowadząca  chciała rozmawiać o jego felietonach, które pisywał w jakimś kolorowym pisemku, wciąż pytała o stosunek poety do feminizmu, walki płci i nie zwracała uwagi na jego prośby, aby mógł przeczytać swoje wiersze. Wreszcie wbrew organizatorce wstał i zaczął czytać utwory z tomu “Tylko czułość idzie do nieba”, co nagrodziliśmy brawami. Ale szybko się pożegnał i nie było już mowy o rozmowach ; był rozgoryczony, że  musiał walczyć o dopuszczenie  do głosu. I jeszcze inne spotkanie, gdzie autorka – czy to z tremy, czy z innych powodów – nie chciała nic mówić. Na każde pytanie odpowiadała, że wszystko co miała do powiedzenia zawarła w wierszach. A przecież publiczność wiersze przeczyta sobie w domu, tutaj chciała poznać ich autorkę! Pomagaliśmy jej, zadając długie pytania z ukrytą odpowiedzią, ale ona uparcie milczała, czasem łaskawie skinęła głową, mówiąc tak lub nie. Dziś wiem, że jeszcze wtedy nie była gotowa do rozmowy z publicznością. Poezja jest także propozycją intelektualną, wyborem jakiejś estetyki, przesłania, ale to trzeba rozumieć, aby swobodnie przedstawić swoje racje. Wtedy pokonanie tremy jest łatwiejsze.  


10 stycznia, niedziela. W nocy sny – jak zwykle; gdzieś się spieszyłem, nie mogłem znaleźć potrzebnych rzeczy. Po przebudzeniu obawa, że czegoś nie zrobiłem, ale nie- jest niedziela, pora na kawę i śniadanie. Takie sny powtarzają się często.  Z “Twórczości” fragmenty dziennika  Jerzego Stajudy (1988-1991), a w nim o snach autora.

Pod datą: piątek, 8 IX zapis o wizycie u p. Nowosielskich w Krakowie “P. Jerzy aimable Sny “ nie schodzę poniżej arcybiskupa, archijereja” Gdy mu powiedziałem o swoim śnie z zejściem p. Jezusa “widzę, że pan też ambitny” Jego sen – spał z N. Krupską, a w sąsiednim łóżku Lenin ze Stalinem”. I to są sny! Nie jak moje – małe kłopoty, małe zmartwienia. A tam przywódcy połowy świata, to nic, że z  zszarganą opinią.

Sanczo Pansa do Don Kichota: “Błogosławiony, który sen wynalazł, ten płaszcz, który okrywa wszystkie myśli ludzkie, pożywienie, które uśmierza głód, wodę, która gasi pragnienie, ogień, który w zimie zagrzewa, chłód, który łagodzi upał, i na ostatek pieniądz obiegowy, za który wszystko kupić można, wagę i ciężarki, które równoważą pasterza i króla, prostaka i mędrca.” Więc sen jako lek na życiowe porażki, gdy zdaje się, że jesteśmy na krawędzi, by rano, pokrzepieni, mieć odwagę  zwątpieniu mówić: nie?

Nie sposób jednak przespać całego życia, trzeba czasem przyjrzeć się tzw. rzeczywistości, ba, uczestniczyć w niej. Czynię to jednak z coraz większą przykrością. Po okresie względnego spokoju i nieznośnej czasem gnuśności nastał czas zmian, nerwowych, nieprzemyślanych. Jakbyśmy nagle zerwali się do biegu, nie wiadomo w którą stronę i po co, zamiast pomyśleć i potem biec we właściwym kierunku. Krzysztof Teodor Toeplitz we wstępie do zbioru felietonów nazwał owo zjawisko “berkiem kucanym”. Tylko że to jest zabawa dla dzieci, nie dla dorosłych. I nie na podwórku, gdzie zderzenie biegnących może zakończyć się najwyżej rozbitym kolanem. W wielomilionowym państwie rany mogą być poważniejsze, historia dostarcza tu wielu przykładów. Czyżby nadal “Polak mądry po szkodzie”?


Sobota, 16 stycznia, rano. Za oknem mglisto, lekki mróz. O tej porze Kołobrzeg “dostaje się w okowy mrozu”. Tak, po Gwiazdce, a już na pewno po Nowym Roku najczęściej u nas zaczyna się zima. Może trwać ona nawet dwa tygodnie (!), temperatura 2-3 stopnie poniżej zera, trochę śniegu. Jeżeli jest zimniej, a śnieg powoduje zaspy, mówimy: zima stulecia. Patrzę na miasto przez okno: na samej górze płachta zamglonego, sinego nieba. Nad dachami biaława mgła, za nią bardzo niewidoczne, nadciągające chmury niczym chłopskie furmanki zjeżdżające z pola, wypełnione po brzegi  snopami. Niżej czerń, szarość, mokre kolory elewacji i głuche okna, już pozbawione światła żarówek. Jeszcze czerń asfaltu i brudna żółć posypanych piaskiem chodników. Bardzo smutna paleta barw.

Następnego dnia, niedziela (zamiast audycji przedpołudniowej w programie II PR o malarstwie włoskim), czytanie: Goethe. Podróż włoska. PIW, W-a 1980. W czasie drugiego pobytu rzymskiego Goethe zapisał: “Rzym, 24 listopada [ 1787 ]. Pytasz w ostatnim liście o koloryt tutejszego krajobrazu. Tyle tylko ci powiem, że w dni pogodne, szczególnie jesienią, jest tak b a r w n y, że każde jego naśladowanie musi wydać się p u s t e.
 (...) Czyste, niebieskie cienie prześlicznie odcinają się od wszystkich żółtości, zieleni, czerwieni i brązów, po czym stapiają się z niebieskawą mgiełką w oddali. Tego blasku i stonowanej zarazem harmonii nie można sobie na Północy nawet wyobrazić.” 

Drogi Mistrzu! A czy stał Pan na molo w Kołobrzegu w czasie, gdy mgła stapiała w jedno niebo, ląd i morze? A czy wyciągnął Pan w górę ramiona, by podtrzymać obłoki? Czy poczuł się Pan, chociaż przez chwilę, cząstką Wszechświata? Można mieszkać wszędzie:  w Rzymie i Weimarze, Paryżu i Nowym Jorku, ale kocha się tylko Kołobrzeg i Ustronie Morskie (no, może poza dwoma miesiącami: lipcem i sierpniem).  


Środa, 20 stycznia 2016 roku.  W książce – zbiorze wierszy Zbigniewa Jankowskiego “Morze przybywa z daleka“ (Instytut Wydawniczy PAX W-wa 1997) na pierwszej stronie napotykam taką oto dedykację:  “Kochanym (bo bliskim mi twórczym sercem!) Irenie i Eugeniuszowi Koźmińskim poświęcam tę książkę z radością i życzeniem samych zielonych świateł w życiu i twórczości – Zbigniew Jankowski. Ustronie Morskie, 19 IV 1999“.  Dedykacja (łac. dedication) wskazuje, że książka była nam ofiarowana przez autora, a nie kupiona w księgarni czy otrzymana w prezencie od osoby trzeciej. Ten dzień był dniem promocji mojego tomu wierszy “Wołanie mew” a Zbyszek Jankowski  o wierszach moich mówił na tym spotkaniu.. W innej książce “Żywioł wszelki”  (Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1978) wpis jest skromniejszy: ”Eugeniuszowi – bardzo przyjaźnie Zbigniew. ”Mam jeszcze kilka książek  tego autora, najnowsza w moich zbiorach to “Morza polskich poetów”; książka o długiej historii, którą znają miłośnicy literatury marynistycznej. A dedykacja w niej jest od ofiarodawcy, Emanueli C. Od kilku lat Zbigniew Jankowski już nie podróżuje, nawet do swego ulubionego przed laty miasta, jakim był Kołobrzeg. Ale książka to kawał jego życia i mojej przyjaźni z  nim.   

Z dedykacjami kojarzy mi się historia, która brzmi jak anegdota; niestety nią nie jest. Było to w roku 1961. Ponieważ nie czułem w sobie sympatii do wojskowego munduru, przed poborem – jak zresztą wielu innych – schroniłem się do kołobrzeskiego Studium Nauczycielskiego. W pokoju 112 mieszkał z nami chłopak o ksywie “Kobra” (bo w okularach). Kiedyś, z kilkoma promilami we krwi, podczas mojej nieobecności, dobrał się do moich książek i na pierwszych stronach wszędzie wpisał dedykacje. Pisał w imieniu Sławomira Mrożka, Stanisława Jerzego Leca  w zbiorze aforyzmów “Myśli nieuczesane”, gdzie nazwał mnie swoim najsympatyczniejszym czytelnikiem. Ba, nawet  Adam Mickiewicz  w wydaniu “lipskim” które kupiłem za grosze na starociach, był ze mną po imieniu. Nie byłem zachwycony taką dewastacją i kiedy w czasie przerwy świątecznej zginął mój niewielki wtedy księgozbiór, nie rozpaczałem nadmiernie.

Przeglądam książki z dedykacjami i widzę, że są one dwojakiego rodzaju: bardzo osobiste, gdy znam bliżej autora i jest między nami serdeczna więź, i druga grupa wpisów grzecznościowych, pisanych w pośpiechu, gdy długa jest kolejka oczekujących. Marek Wawrzkiewicz w książce “Każda rzeka nazywa się Styks” pisze: “Panu i zapewne niebawem koledze – Eugeniuszowi, serdecznie – Marek Wawrzkiewicz”.  Na tym wieczorze w Koszalinie dowiedziałem się, że Zarząd Główny ZLP podjął uchwałę o przyjęciu mnie do Związku. W wielkim natomiast pośpiechu i zdenerwowaniu Tomasz Jastrun napisał: “Panu Eugeniuszowi Koźmińskiemu – serdecznie” potem nieczytelny podpis. A Anatol Ulman, nieżyjący już koszaliński pisarz i oryginał, napisał:  “Eugeniuszowi, poecie niezwykłemu, z którym wspólnie przeżywać będę proces zapomnienia  – A.” Trudno, sustine et abstine, jak głosi dewiza stoików. 


Sobota, 23 stycznia 2016 r. Jak ten czas leci, ledwo początek roku, a już 23 dzień stycznia. Byłem dzisiaj na “Giełdzie Staroci”, która zimą odbywa się w Regionalnym Centrum Kultury, pod dachem. Latem rozwija swe skrzydła jako “Jarmark Solny”, ale przy tym traci swój charakter, przyjmując sprzedawców najróżniejszego brzydactwa do swego grona. Dzisiaj handlarze dżinsami, damską bielizną i kosmetykami podejrzanego pochodzenia nie mają do RCK wstępu. Na starociach szukam dzwonków, najchętniej dorożkarskich z wyżłobionym numerem i nazwą miasta, ale znaleźć taki rarytas to dopiero szczęście. Jeden z wystawiających obiecał w najbliższym czasie przywieźć coś interesującego, więc z giełdy wyniosłem chociaż nadzieję. Dłużej przystanąłem przy kolekcji zegarków. Była naprawdę imponująca! A już zegar gabinetowo- podróżniczy w kształcie szafki metalowej z warszawskiej  fabryki Ludwika Maurycego Lillpopa  z drugiej połowy XIX wieku był rarytasem, jakich nie spotyka się na jarmarkach. Są zbyt cenne. Chciałem bliżej mu się przyjrzeć, sprawdzić autentyczność grawerowanych napisów, ale właściciel niezbyt chętnie odpowiadał na pytania. Albo żal mu było rozstawać się z eksponatem, albo autentyczność zegara  dałoby się podważyć, a to wpływa na cenę, która była zawrotna. Odszedłem, nie kolekcjonuję zegarów.
    Wracając do domu natknąłem się na demonstrację organizowaną przez KOD – Komitet Obrony Demokracji. Wyglądała jak inne, telewizyjne: około dwustu – trzystu ludzi na placu, trochę policji, transparenty i flagi narodowe. Dużo kuracjuszy. Kilku chłopców ze “szkoły szyprów” w swych pięknych, marynarskich  mundurach. Mało przeciwników – jakaś babina z flagą, jakiś przebieraniec, którego wybuczano. Nie wygląda to na ruch, który się rodzi jako licząca się siła. A może się mylę? Czas pokaże. 


Środa, 27 stycznia 2016 roku. Ponowna lektura najnowszej powieści Olgi Tokarczuk “Księgi Jakubowe”.  Po raz pierwszy pożyczyłem ją z biblioteki w Ustroniu Morskim w ubiegłym roku, ale przy odbiorze usłyszałem prośbę o szybki zwrot, bo kolejka... Taką księgę trzeba jednak przeczytać uważnie i z namysłem. Albo wcale. Ponieważ ci, którzy chcieli ją przeczytać, już to zrobili, mogłem po raz drugi i na dłużej ją znowu  wypożyczyć.

Wielość wszystkiego: miejsc, postaci, spraw. Jakby cała “Trylogia” H. Sienkiewicza, tylko na odwrót. U Sienkiewicza  królowie, książęta, magnaci, rycerstwo herbowe  i w tle czerń – tatarska, polska, żydowska – cały ten tłum ludzi drugiego planu, “gorszego sortu “ jak mówi dzisiaj pewien polityk. U  Olgi Tokarczuk wszystko odwrócone:  na pierwszym planie prości ludzie, chłopi pańszczyźniani, biedota żydowska, wszyscy którzy tworzyli większość ludności zamieszkującej kresy, ówczesne  pogranicze Rzeczpospolitej, ale którzy nie mieli żadnego wpływu na jej losy. Ich nędza, ale ich kultura, obyczaje, wierzenia. Ich krzywda, która do dziś kładzie się cieniem na naszej historii, a której nie chcemy pamiętać.

Fascynująca postać jednej z narratorek powieści – starej kobiety Jenty. Żyje i nie żyje, przypatruje się światu z zaświatów. Pięknie ją sobie Olga Tokarczuk wymyśliła, ileż możliwości  daje taki bohater opowieści! Jeszcze Benedykt Chmielowski – ksiądz, który jest pewien, że wszystko jest już gdzieś opisane-opowiedziane i trzeba to tylko zgromadzić w jednej księdze, aby świat zrozumieć, może uporządkować. Więc czyni to stale i z uporem. O skutki nie pytajcie. No i jeszcze Jakub Frank i jego misja; sekta która wzięła  zasady z judaizmu, z chrześcijaństwa  kult Matki Bożej, ale jeszcze wiele elementów z innych religii i kultur. Herezja, która jest  głównym wątkiem powieści, obok kilkunastu innych.

A jeśli ktoś chce czytać o życiu, zwyczajach, ludziach i zwykłych (?) zdarzeniach Ukraińców, Żydów, Ormian, Turków, także Polaków, którzy stanowili mniejszość, to znajdzie wszystko to opisane ze smakiem na kilkuset stronach. Trzeba tylko cierpliwości, żeby po jakimś czasie rozsmakować się w poznaniu języka, sposobu prowadzeniu narracji, bogactwie wiedzy zgromadzonej na kartach księgi.


Poniedziałek, 1 lutego / czwartek, 4 lutego 2016 r. Wyłączyłem radio, gdzie jakiś piosenkarz usiłował wykrzyczeć tekst bez rymu i bez sensu. Za to jego “protest – song” pełen był błędów logicznych, gramatycznych, nie brakowało natomiast przekleństw. Teraz tak jest, opanował nas wrzask, bo przez ogłuszający akompaniament prymitywizm jest mniej  słyszalny, szczególnie gdy na widowni odbiorca posługuje się takim samym językiem. Sprzężenie zwrotne: zespół śpiewa w języku, jakim posługuje się widownia, słuchacze przejmują estetykę i styl swoich idoli. Aż dziw bierze, kiedy się pomyśli, że jednak jest dość duża grupa ludzi, którzy tworzą poezję, czytają wiersze i próbują przekonać innych do “poezji śpiewanej”. W rozwichrzonym świecie  sztuki chcą zaprowadzić ład. 

Oczywiście zdaję sobie sprawę ze zmian, jakie zaszły w mentalności pokoleń, którym uparcie towarzyszę. Kontekst historyczny sprawił,  że różne ideologie, narodowe mity i toposy zbiorowości ostatniego półwiecza poszły w niepamięć. Liryka  ma już dzisiaj inne cele, posługuje się innym językiem, i to jest naturalnym prawem  kolejnych roczników literackich. Z ich  ideologii,  estetyki wynikają preferencje formalne, między innymi wybór gatunków literackich, użytecznych do wyrażania swoich racji. Małgorzata Baranowska we wstępie do “Księgi sonetów” (Kraków, 1997)  napisała: “Gatunki literackie nie są czymś narzuconym albo pochodzącym nie z tego świata. Ściśle wiążą się z całym systemem języka, z estetyką właściwą dla danego okresu. W ich ewolucji odbijają się wyraźnie dwie stałe antynomiczne tendencje kultury: potrzeba utrzymania tradycji i potrzeba przekraczania tradycji”. Dlaczego akurat przytaczam ten cytat? Mam przed sobą egzemplarz “Ziarna płonące” Stefana Pastuszewskiego (Instytut Wydawniczy “Świadectwo”, Bydgoszcz 2015) i po ponownej lekturze tego zbioru sonetów chciałbym przyjrzeć się jak z problemem zasygnalizowanym wyżej uporał się autor.  Przecież poprzedni tom wierszy Stefana Pastuszewskiego “Traktaty” pokazuje, że znakomicie radzi on sobie z wierszem sprozaizowanym, wolnym od rygorów wiersza tradycyjnego. Dlaczego więc teraz sonet?  Małgorzata Baranowska pisze dalej: “Sonet okazał się jednym z nielicznych gatunków, zachowujących tak trwale swój wzór. Ma doniosłe znaczenie w utrzymaniu porządku kultury, w którym poezja zachowuje wysokie miejsce. Inna sprawa, że nie każda epoka jest w stanie wypowiedzieć się w sonecie.”  

Aby przyznać rację wyżej sformułowanej tezie  przypomnę słowa Andrzeja Sosnowskiego z wywiadu udzielonego 10 IX 2012 roku. Mówił on: “ Pomysł na wiersz zamknięty, który kuluminuje i kończy się jakimś nieodwołalnym przesłaniem, jest mi całkowicie obcy, ze względu na to, że wówczas zawsze parafraza i interpretacja zastępuje wiersz i wiersz staje się jeszcze bardziej niepotrzebny”. Tak, Andrzej Sosnowski, chociaż pewnie potrafi, nie zechce wypowiadać się w sonecie, jego rozumienie wiersza jest przeciwstawne. A jak to wygląda u Stefana Pastuszewskiego?

O! Come sarebbe bellissimo questo momento...

Ach, jaka byłaby to cudna chwila...
Nie chwila nawet, ale wieczność cała,
Gdybym miast złudy spotkał Ciebie, miła,
A z drugiej strony Ty byś mnie spotkała.

Słońce by trwało, ziemia zawsze w kwiatach,
Powietrze, woda znaczyłyby stałość.
My zawsze – wszędzie poprzez wszystkie lata
Trwale złączeni w jedną duszę – ciało.

Jest czas mniemany. Czas, który być może.
Zegar z tym czasem bije w innym raju.
Czemu nic o nim nie mówiłeś, Boże?

Ten trzeci kosmos z pragnień, wiary, woli
Będzie nagrodą dla tych, co kochają.
Bóg, co miłością, tam nam żyć pozwoli

Widać z lektury wiersza, że reguły gatunku są w całości zachowane. Utwór składa się z czternastu wersów, przydzielonych czterem zwrotkom: dwóm czterowersowym i dwóm  trójwersowym.  Tu, jak we wszystkich pozostałych sonetach zbioru, pierwsza i druga zwrotka to opis lub narracja, zaś trzecia i czwarta zawierają liryczny lub filozoficzny komentarz autora. Także tematyka tekstu żyje w zgodzie z wymaganiami gatunku: miłość jest głównym tematem początkowej narracji, zaś filozoficzno- religijne rozważania o “czasie mniemanym” w  życiu po życiu, gdy Bóg połączy kochających na zawsze, zamykają utwór. 

W “Akancie” (2016, nr 2) dwa omówienia zbioru sonetów Stefana Pastuszewskiego: Pawła Kuszczyńskiego rzetelne, z pełnym udokumentowaniem swoich sądów, oraz inne w zamierzeniu, swobodne dywagacje Elżbiety Stankiewicz – Daleszyńskiej, stawiającej obok siebie poetów tak różnych epok: Petrarkę i Pastuszewskiego. Zresztą sam autor “Ziaren płonących” w nocie odautorskiej także usadowił się obok  twórcy “Sonetów do Laury”, wskazując na inspiracje, ale też na własne akcenty w tej ściśle określonej i utrwalonej przez wiele pokoleń twórców formie. Czym mógł podkreślić swą indywidualność, odrębność? Kasprowicz, Staff, Grochowiak, do nieśmiertelnych w sonetach tematów wierszy jakimi były: miłość, rozważania filozoficzne, wiara, śmierć, dodawali także pospolitość, zwyczajność, co przy szlachetnej postaci sonetu ową zwyczajność czyniło piękniejszą, wartą namysłu i uwagi. Stafan Pastuszewski takich prób nie podejmuje, tym samym nie wykorzystuje możliwości zmierzenia się ze skomplikowaną współczesnością, opisując ją w klasycznej formie. I jeszcze jedna uwaga “starego sceptyka”: język, jaki stworzył autor “Ziaren płonących”. Czy na pewno dzisiejszy czytelnik przyjmie za własne wersy:

“I widzę siebie jako próchno marne.” Albo taki “ I zapatrzony w jakiś brzeg ułudny, starczymi usty wypowiem bluźnierstwo...”

Chociaż rozumiem cel, to jednak wydaje się, że autor za daleko zabrnął w przeszłość, przesadnie eksponując swoje przywiązanie do tradycji. Co by to było, gdybym po spacerze w jesienny wieczór wrócił z ogrodu do pokoju i napisał językiem Pana Reja taki początek wiersza: “Azaliż nie rozkosz one śliweczki zebrane kosztować”... Nie, to brzmi śmiesznie, nie odważę się nigdy.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.