9 stycznia 2016 r, sobota. “Dyskusja ułatwia zbliżanie się do prawdy, ale dyskusja ustaje, jeżeli dozwolone jest głoszenie tezy, a zabronione głoszenie antytezy”. Słowa prof. Tadeusza Kotarbińskiego (“Drogi dociekań własnych”, PWN, Warszawa 1986) są dobrym wstępem do kilku uwag, które chcę tutaj zapisać. Chodzi mi o dyskusję, jaka odbywa się na spotkaniach autora z publicznością. Chociaż bywa czasem, że takiej dyskusji nie ma. Przypominam sobie sytuację opisaną w którymś piśmie, gdy po wystąpieniu francuskiego filozofa i pisarza J.P. Sartre’a w Warszawie na widowni zapanowała cisza jak makiem zasiał. Prowadzący spotkanie organizator zachęcał do zadawania pytań, ale cisza była coraz większa. Wreszcie wstał Sławomir Mrożek i powiedział: "Panie Sartr”e, co słychać?". Pewnie to tylko anegdota, ale czasem i takie sytuacje bywają.
Pierwszego mojego spotkania z literatem nie pamiętam zbyt dobrze. Było to w inowrocławskim Liceum Pedagogicznym im. Spasowskiego, jeszcze w latach pięćdziesiątych, a poetą który nas odwiedził był Zdzisław Polsakiewicz z Bydgoszczy. W auli zebrała się cała szkoła, autor mówił o bydgoskich twórcach i czytał – pamiętam jego szczupłą sylwetkę górującą nad salą – ale pytań nikt nie zadawał, może poza wyznaczonymi przez wychowawców prymuskami. Podobnie było na drugim spotkaniu – tym razem w sali Teatru Miejskiego w Inowrocławiu, wtedy zaproszonym gościem był organizator i pierwszy dowódca I Armii WP gen. Z. Berling. Było to już po Październiku 1956 roku, ale Generał szczegółowo opowiedział o tym, co działo się w ZSRR podczas organizacji armii, opisał jej szlak bojowy i ostatni rozkaz, jaki wydał: “Naprzód, za Wisłę!” Potem zszedł ze sceny, dyskusji więc nie było. Ale myśmy już wiedzieli, że został pozbawiony dowództwa, a żołnierzy zawrócono na pozycje wyjściowe. W tej samej sali byłem także na spotkaniu z Melchiorem Wańkowiczem ; ten natomiast mówił tak dużo, wyczerpująco i ciekawie, że wszyscy wyszli usatysfakcjonowani, mimo że nie mogli zadać żadnego pytania.
Takie spotkania z punktu widzenia słów prof. T. Kotarbińskiego nie mają wielkiego znaczenia. Stają się widowiskiem, lepiej lub gorzej wyreżyserowanym i od osobowości autora zależy, czy słuchacze wyniosą jakiekolwiek korzyści – poznawcze, estetyczne, emocjonalne.
Ciekawsze są spotkania kameralne, nawet gdy przyjdzie – jak w wierszu Wisławy Szymborskiej – tylko siedem osób. Czasem jest to “ miejscowa inteligencja,” młodzi adepci sztuki poetyckiej jeszcze nieśmiali, niepewni siebie, często bibliotekarki. Oni wiedzą po co przyszli. Znają już książki autora, ale pewne rzeczy są dla nich niejasne; znają także aktualne nurty i mody literackie, którymi młodzi są zainteresowani a starsi – zmęczeni. Tutaj dyskusji się nie uniknie, będzie gorąca, ale rzeczowa. Będą przedstawiać swoje racje i niecierpliwie, ale jednak, wysłuchają innych. Autor będzie także musiał zająć jednoznaczne stanowisko. Wszelkie uniki nie znajdą u nikogo uznania. A nieśmiałość u młodych adeptów wróci dopiero wtedy, gdy przyjdzie czas na prośby o autograf i nieśmiałe próby przekazania własnych wierszy w kopercie ze znaczkiem i adresem zwrotnym. Zabierający głos mówią językiem odbiegającym daleko od zachwytów zamieszczanych w internecie jak: “fajnie”, masakra”, czy wręcz “zajebiście”. Widać, że czytają recenzje, mówią o strukturze utworu, używają określeń wskazujących na pewien poziom kultury literackiej. Pamiętam takie spotkanie – Olga Tokarczuk promowała swoich “Biegunów” w Kołobrzegu i było właśnie tak, jak wyżej opisałem. Uczestników spotkania było jednak więcej niż siedmiu, dużo więcej.
Najgorzej wspominam wieczór literacki w kołobrzeskim “Adabarze”, lokalu w piwnicach ratusza. Przyjechał poeta Tomasz Jastrun, ale nie jego obarczam winą za nieudane spotkanie. To prowadząca chciała rozmawiać o jego felietonach, które pisywał w jakimś kolorowym pisemku, wciąż pytała o stosunek poety do feminizmu, walki płci i nie zwracała uwagi na jego prośby, aby mógł przeczytać swoje wiersze. Wreszcie wbrew organizatorce wstał i zaczął czytać utwory z tomu “Tylko czułość idzie do nieba”, co nagrodziliśmy brawami. Ale szybko się pożegnał i nie było już mowy o rozmowach ; był rozgoryczony, że musiał walczyć o dopuszczenie do głosu. I jeszcze inne spotkanie, gdzie autorka – czy to z tremy, czy z innych powodów – nie chciała nic mówić. Na każde pytanie odpowiadała, że wszystko co miała do powiedzenia zawarła w wierszach. A przecież publiczność wiersze przeczyta sobie w domu, tutaj chciała poznać ich autorkę! Pomagaliśmy jej, zadając długie pytania z ukrytą odpowiedzią, ale ona uparcie milczała, czasem łaskawie skinęła głową, mówiąc tak lub nie. Dziś wiem, że jeszcze wtedy nie była gotowa do rozmowy z publicznością. Poezja jest także propozycją intelektualną, wyborem jakiejś estetyki, przesłania, ale to trzeba rozumieć, aby swobodnie przedstawić swoje racje. Wtedy pokonanie tremy jest łatwiejsze.

