Poniedziałek, 1 lutego / czwartek, 4 lutego 2016 r. Wyłączyłem radio, gdzie jakiś piosenkarz usiłował wykrzyczeć tekst bez rymu i bez sensu. Za to jego “protest – song” pełen był błędów logicznych, gramatycznych, nie brakowało natomiast przekleństw. Teraz tak jest, opanował nas wrzask, bo przez ogłuszający akompaniament prymitywizm jest mniej słyszalny, szczególnie gdy na widowni odbiorca posługuje się takim samym językiem. Sprzężenie zwrotne: zespół śpiewa w języku, jakim posługuje się widownia, słuchacze przejmują estetykę i styl swoich idoli. Aż dziw bierze, kiedy się pomyśli, że jednak jest dość duża grupa ludzi, którzy tworzą poezję, czytają wiersze i próbują przekonać innych do “poezji śpiewanej”. W rozwichrzonym świecie sztuki chcą zaprowadzić ład.
Oczywiście zdaję sobie sprawę ze zmian, jakie zaszły w mentalności pokoleń, którym uparcie towarzyszę. Kontekst historyczny sprawił, że różne ideologie, narodowe mity i toposy zbiorowości ostatniego półwiecza poszły w niepamięć. Liryka ma już dzisiaj inne cele, posługuje się innym językiem, i to jest naturalnym prawem kolejnych roczników literackich. Z ich ideologii, estetyki wynikają preferencje formalne, między innymi wybór gatunków literackich, użytecznych do wyrażania swoich racji. Małgorzata Baranowska we wstępie do “Księgi sonetów” (Kraków, 1997) napisała: “Gatunki literackie nie są czymś narzuconym albo pochodzącym nie z tego świata. Ściśle wiążą się z całym systemem języka, z estetyką właściwą dla danego okresu. W ich ewolucji odbijają się wyraźnie dwie stałe antynomiczne tendencje kultury: potrzeba utrzymania tradycji i potrzeba przekraczania tradycji”. Dlaczego akurat przytaczam ten cytat? Mam przed sobą egzemplarz “Ziarna płonące” Stefana Pastuszewskiego (Instytut Wydawniczy “Świadectwo”, Bydgoszcz 2015) i po ponownej lekturze tego zbioru sonetów chciałbym przyjrzeć się jak z problemem zasygnalizowanym wyżej uporał się autor. Przecież poprzedni tom wierszy Stefana Pastuszewskiego “Traktaty” pokazuje, że znakomicie radzi on sobie z wierszem sprozaizowanym, wolnym od rygorów wiersza tradycyjnego. Dlaczego więc teraz sonet? Małgorzata Baranowska pisze dalej: “Sonet okazał się jednym z nielicznych gatunków, zachowujących tak trwale swój wzór. Ma doniosłe znaczenie w utrzymaniu porządku kultury, w którym poezja zachowuje wysokie miejsce. Inna sprawa, że nie każda epoka jest w stanie wypowiedzieć się w sonecie.”
Aby przyznać rację wyżej sformułowanej tezie przypomnę słowa Andrzeja Sosnowskiego z wywiadu udzielonego 10 IX 2012 roku. Mówił on: “ Pomysł na wiersz zamknięty, który kuluminuje i kończy się jakimś nieodwołalnym przesłaniem, jest mi całkowicie obcy, ze względu na to, że wówczas zawsze parafraza i interpretacja zastępuje wiersz i wiersz staje się jeszcze bardziej niepotrzebny”. Tak, Andrzej Sosnowski, chociaż pewnie potrafi, nie zechce wypowiadać się w sonecie, jego rozumienie wiersza jest przeciwstawne. A jak to wygląda u Stefana Pastuszewskiego?
O! Come sarebbe bellissimo questo momento...
Ach, jaka byłaby to cudna chwila...
Nie chwila nawet, ale wieczność cała,
Gdybym miast złudy spotkał Ciebie, miła,
A z drugiej strony Ty byś mnie spotkała.
Słońce by trwało, ziemia zawsze w kwiatach,
Powietrze, woda znaczyłyby stałość.
My zawsze – wszędzie poprzez wszystkie lata
Trwale złączeni w jedną duszę – ciało.
Jest czas mniemany. Czas, który być może.
Zegar z tym czasem bije w innym raju.
Czemu nic o nim nie mówiłeś, Boże?
Ten trzeci kosmos z pragnień, wiary, woli
Będzie nagrodą dla tych, co kochają.
Bóg, co miłością, tam nam żyć pozwoli
Widać z lektury wiersza, że reguły gatunku są w całości zachowane. Utwór składa się z czternastu wersów, przydzielonych czterem zwrotkom: dwóm czterowersowym i dwóm trójwersowym. Tu, jak we wszystkich pozostałych sonetach zbioru, pierwsza i druga zwrotka to opis lub narracja, zaś trzecia i czwarta zawierają liryczny lub filozoficzny komentarz autora. Także tematyka tekstu żyje w zgodzie z wymaganiami gatunku: miłość jest głównym tematem początkowej narracji, zaś filozoficzno- religijne rozważania o “czasie mniemanym” w życiu po życiu, gdy Bóg połączy kochających na zawsze, zamykają utwór.
W “Akancie” (2016, nr 2) dwa omówienia zbioru sonetów Stefana Pastuszewskiego: Pawła Kuszczyńskiego rzetelne, z pełnym udokumentowaniem swoich sądów, oraz inne w zamierzeniu, swobodne dywagacje Elżbiety Stankiewicz – Daleszyńskiej, stawiającej obok siebie poetów tak różnych epok: Petrarkę i Pastuszewskiego. Zresztą sam autor “Ziaren płonących” w nocie odautorskiej także usadowił się obok twórcy “Sonetów do Laury”, wskazując na inspiracje, ale też na własne akcenty w tej ściśle określonej i utrwalonej przez wiele pokoleń twórców formie. Czym mógł podkreślić swą indywidualność, odrębność? Kasprowicz, Staff, Grochowiak, do nieśmiertelnych w sonetach tematów wierszy jakimi były: miłość, rozważania filozoficzne, wiara, śmierć, dodawali także pospolitość, zwyczajność, co przy szlachetnej postaci sonetu ową zwyczajność czyniło piękniejszą, wartą namysłu i uwagi. Stafan Pastuszewski takich prób nie podejmuje, tym samym nie wykorzystuje możliwości zmierzenia się ze skomplikowaną współczesnością, opisując ją w klasycznej formie. I jeszcze jedna uwaga “starego sceptyka”: język, jaki stworzył autor “Ziaren płonących”. Czy na pewno dzisiejszy czytelnik przyjmie za własne wersy:
“I widzę siebie jako próchno marne.” Albo taki “ I zapatrzony w jakiś brzeg ułudny, starczymi usty wypowiem bluźnierstwo...”
Chociaż rozumiem cel, to jednak wydaje się, że autor za daleko zabrnął w przeszłość, przesadnie eksponując swoje przywiązanie do tradycji. Co by to było, gdybym po spacerze w jesienny wieczór wrócił z ogrodu do pokoju i napisał językiem Pana Reja taki początek wiersza: “Azaliż nie rozkosz one śliweczki zebrane kosztować”... Nie, to brzmi śmiesznie, nie odważę się nigdy.

