Archiwum

Wojciech Kawiński - Początek zimowej elegii

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Spis treści

Głos ulicy
zobojętnia cię na czas;
śpiew kobiety kaleczy
każdy szczegół
sekundy


Co wybrzmiało
z północnego krańca kontynentu
teraz rodzi się
na południu;
jak promień bezdźwięczny

Piszczałki pustyń
grube dźwięki
dolin
tworzą blizny
na skorupie wieku

Choroba dżuma naszych dni
rozwija się milcząco;
w każdym oddechu
odlatującym ptasio
za widnokres

Widzisz to
co słyszycie nigdy nie będzie
po drugiej stronie liścia;
na wodzie
wewnątrz śniegu       





Próby


staliśmy wsłuchani w białość swych oddechów

 

jak dzieci

S. P.

 

Proste chociaż nie-
przewidywalne. Zabrudzone
pejzażem z mgły i deszczu:

Urodzić się nad Wisłą, a płynąć
przez ocean – ku wiecznemu słońcu.

Żyć pod Wawelem, umierać nad ranem
mając w sobie zapach i smak Lwowa

Miasteczkiem być ponurym, z Pod-
karpacia, nie wiedząc że tak już
zostanie. Mimo przenosin w głąb kraju.

Słuchać pomysłów muzycznych dość za-
pomnianego twórcy, oddać się myślom
o zaniechaniu i braku ambicji.

Raz jeszcze przeczytać fantazje Leśmiana
(niepowtarzalne) buntując się przeciwko
rymom. Wszelkim.

Telewizor wyłączyć. Listów nie pisać.
Zbilansować plusy i minusy. A nawet

Oddać sprawiedliwość niesprawiedliwym.
Prywatnością zaludnić myśli, czyny, słowa.

Jeśli to możliwe za-
trzymać przy sobie to, co
nie daje się pominąć, zapomnieć, sprzedać.                      




 



* * *
Nigdy nie wyobrażałem sobie
kształtu choroby, tego
widma naszych ciał

To ona nas szuka,
znajduje, przemieszcza się
w tkankach, limfach i komórkach

Jest rzeźbiarką
z której palców nie-
łatwo się wymknąć

Ona znajduje, ty doznajesz,
jej gniazdo pustoszeje
gdy dusza odzyskuje wolność

W bezcielesnych przestrzeniach,
pośród anonimowych imion
i jawy ze snu          





 

Z cyklu Haiku

 

* * *
Na krzyżu człowiek
Pod krzyżem wiatr milczenia
I szept kamienia

* * *
Morze jest martwe
Na świętej ziemi leży
W żywym słońcu

* * *
Ryby i ptaki
Są braćmi choć ich dzieli
Przestrzeń a nie świat

* * *
Dźwięki budują
Wnętrze świata i próbę
Jego harmonii

* * *
Sójka przez morze
Przeleci człowiek płynie
Do światła śmierci

* * *
Umysł pracuje
Niczym ptak
Zmierza do kresu

* * *
Dziecko nie boi
Się nicości żyje jak
Pan Bóg przykazał






Zanurzenie

Żywy czas, żywy
bo potrafi zabijać
Wszyscy moi bliscy
Za polami za domem

Poza czasem a przecież
w nim zadomowieni
Na zawsze na krótko,
rozległe niczym morze.

Gołębie niebo, gołębie
pióra jastrzębie odloty
Przemykający się wiatr
i gronostaj zaczajony

poza tobą we mnie
który tylko czekam
Aż śnieg rozwieje
odwilż, rozpuści w sobie.                       





Ojciec, ślad, zaledwie

Prawie go nie
znałem
A przecież był
moim rodzicielem
Za jego sprawą wyszedłem
z lędźwi nie-
starej wówczas kobiety
Stanowił opowieść
tyle że dość
tajemniczą
dla ciekawskiego dziecka

Roztapiał się
powoli a nieodwołalne
w moich oczach
Koniec wojny
jego milczenie potwierdził

Bardzo blisko
trzymał się ziemi
stał za ladą
apteki
w bieli
Dlatego
tak cicho go pamiętamy

Sami
z sobą, czyli
bez nikogo
cali
jeszcze zdrowi
mimo utajonych
gróźb, wieku        







To nie ten adres, tutaj

wyprosiłem wiele razy świt
nie był zbyt chory
by się ocknąć
z wilgotnej zgnilizny

stary film o niczym
został sprzedany na aukcji
gdzieś na pradawnym rodos
gdzie posągi sprzeciwiają się sztormom

brodaci wróżbici zostali
do nogi wybici
ale zaraz później najeźdźcy
ulegli szkorbutowi

atrament wysechł nastał internet
w którym mnóstwo wieści oraz naciągaczy
także mnie oskubali
do ostatniego po sprzeczce napisu       






Przez cały ten czas pamiętaj o Itace
Kawafis     
* * *

nic mnie nie boli
ale pozostało
to tylko
co choruje
rusza się skrzypi po-
wolnieje

czasem barwny obraz wy-
frunie
spod powiek
słuch wyłowi piosenkę
tak dziecinnie prostą
że gubi
dźwięki za-
kochuje się
w milczeniu przestrzeni

leżę nago bielejąc
w jamie nocy
nakarmiony
kroplami
leniwej nie-
przyszłości

otwarte okno
kobieta śpiewa w oddali
radość łzy frustracje
na drugim kontynencie
ktoś wspomina swą obecność
tutaj
gdzie krzątam się wokół
swego jutrzejszego
milczenia
ból nie ma
nic do rzeczy rzeczy są
coraz bardziej
znikliwe jak
ptasie odloty





Ars poetica

zimny
stan zapalny słów; nic
nie płonie

tylko w oku
tli się światełko po-
rozumienia lub spór

kolejna próba; byle twoje suknie
znaczyły więcej
niż mało  






Synteza najdalszej podróży

...musimy ponownie odnaleźć człowieka
O. Paz                         



Ktokolwiek jest, kimkolwiek
będzie
staro-nowy-nowo-stary
świat

pęknięty, po nadmiarze czegokolwiek
glob
ojciec wczorajszej ciemności
zorza

świecąca nad głowami, wielobarwna
wielość
w niej rozrastające się wspaniale jądro
zagrożenia

nie widać jego wnętrza, słychać
stukot dróg
nad którymi lecą sępy i przyszłowieczne
dymy

kimkolwiek będą, nie są tobą ani nami
wędrowcami
po elipsach planetarnej konieczności tam
czyli wszędzie     



























 

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.