Głos ulicy
zobojętnia cię na czas;
śpiew kobiety kaleczy
każdy szczegół
sekundy
Co wybrzmiało
z północnego krańca kontynentu
teraz rodzi się
na południu;
jak promień bezdźwięczny
Piszczałki pustyń
grube dźwięki
dolin
tworzą blizny
na skorupie wieku
Choroba dżuma naszych dni
rozwija się milcząco;
w każdym oddechu
odlatującym ptasio
za widnokres
Widzisz to
co słyszycie nigdy nie będzie
po drugiej stronie liścia;
na wodzie
wewnątrz śniegu
Próby
staliśmy wsłuchani w białość swych oddechów
jak dzieci
S. P.
Proste chociaż nie-
przewidywalne. Zabrudzone
pejzażem z mgły i deszczu:
Urodzić się nad Wisłą, a płynąć
przez ocean – ku wiecznemu słońcu.
Żyć pod Wawelem, umierać nad ranem
mając w sobie zapach i smak Lwowa
Miasteczkiem być ponurym, z Pod-
karpacia, nie wiedząc że tak już
zostanie. Mimo przenosin w głąb kraju.
Słuchać pomysłów muzycznych dość za-
pomnianego twórcy, oddać się myślom
o zaniechaniu i braku ambicji.
Raz jeszcze przeczytać fantazje Leśmiana
(niepowtarzalne) buntując się przeciwko
rymom. Wszelkim.
Telewizor wyłączyć. Listów nie pisać.
Zbilansować plusy i minusy. A nawet
Oddać sprawiedliwość niesprawiedliwym.
Prywatnością zaludnić myśli, czyny, słowa.
Jeśli to możliwe za-
trzymać przy sobie to, co
nie daje się pominąć, zapomnieć, sprzedać.
* * *
Nigdy nie wyobrażałem sobie
kształtu choroby, tego
widma naszych ciał
To ona nas szuka,
znajduje, przemieszcza się
w tkankach, limfach i komórkach
Jest rzeźbiarką
z której palców nie-
łatwo się wymknąć
Ona znajduje, ty doznajesz,
jej gniazdo pustoszeje
gdy dusza odzyskuje wolność
W bezcielesnych przestrzeniach,
pośród anonimowych imion
i jawy ze snu
Z cyklu Haiku
* * *
Na krzyżu człowiek
Pod krzyżem wiatr milczenia
I szept kamienia
* * *
Morze jest martwe
Na świętej ziemi leży
W żywym słońcu
* * *
Ryby i ptaki
Są braćmi choć ich dzieli
Przestrzeń a nie świat
* * *
Dźwięki budują
Wnętrze świata i próbę
Jego harmonii
* * *
Sójka przez morze
Przeleci człowiek płynie
Do światła śmierci
* * *
Umysł pracuje
Niczym ptak
Zmierza do kresu
* * *
Dziecko nie boi
Się nicości żyje jak
Pan Bóg przykazał
Zanurzenie
Żywy czas, żywy
bo potrafi zabijać
Wszyscy moi bliscy
Za polami za domem
Poza czasem a przecież
w nim zadomowieni
Na zawsze na krótko,
rozległe niczym morze.
Gołębie niebo, gołębie
pióra jastrzębie odloty
Przemykający się wiatr
i gronostaj zaczajony
poza tobą we mnie
który tylko czekam
Aż śnieg rozwieje
odwilż, rozpuści w sobie.
Ojciec, ślad, zaledwie
Prawie go nie
znałem
A przecież był
moim rodzicielem
Za jego sprawą wyszedłem
z lędźwi nie-
starej wówczas kobiety
Stanowił opowieść
tyle że dość
tajemniczą
dla ciekawskiego dziecka
Roztapiał się
powoli a nieodwołalne
w moich oczach
Koniec wojny
jego milczenie potwierdził
Bardzo blisko
trzymał się ziemi
stał za ladą
apteki
w bieli
Dlatego
tak cicho go pamiętamy
Sami
z sobą, czyli
bez nikogo
cali
jeszcze zdrowi
mimo utajonych
gróźb, wieku
To nie ten adres, tutaj
wyprosiłem wiele razy świt
nie był zbyt chory
by się ocknąć
z wilgotnej zgnilizny
stary film o niczym
został sprzedany na aukcji
gdzieś na pradawnym rodos
gdzie posągi sprzeciwiają się sztormom
brodaci wróżbici zostali
do nogi wybici
ale zaraz później najeźdźcy
ulegli szkorbutowi
atrament wysechł nastał internet
w którym mnóstwo wieści oraz naciągaczy
także mnie oskubali
do ostatniego po sprzeczce napisu
Przez cały ten czas pamiętaj o Itace
Kawafis
* * *
nic mnie nie boli
ale pozostało
to tylko
co choruje
rusza się skrzypi po-
wolnieje
czasem barwny obraz wy-
frunie
spod powiek
słuch wyłowi piosenkę
tak dziecinnie prostą
że gubi
dźwięki za-
kochuje się
w milczeniu przestrzeni
leżę nago bielejąc
w jamie nocy
nakarmiony
kroplami
leniwej nie-
przyszłości
otwarte okno
kobieta śpiewa w oddali
radość łzy frustracje
na drugim kontynencie
ktoś wspomina swą obecność
tutaj
gdzie krzątam się wokół
swego jutrzejszego
milczenia
ból nie ma
nic do rzeczy rzeczy są
coraz bardziej
znikliwe jak
ptasie odloty
Ars poetica
zimny
stan zapalny słów; nic
nie płonie
tylko w oku
tli się światełko po-
rozumienia lub spór
kolejna próba; byle twoje suknie
znaczyły więcej
niż mało
Synteza najdalszej podróży
...musimy ponownie odnaleźć człowieka
O. Paz
Ktokolwiek jest, kimkolwiek
będzie
staro-nowy-nowo-stary
świat
pęknięty, po nadmiarze czegokolwiek
glob
ojciec wczorajszej ciemności
zorza
świecąca nad głowami, wielobarwna
wielość
w niej rozrastające się wspaniale jądro
zagrożenia
nie widać jego wnętrza, słychać
stukot dróg
nad którymi lecą sępy i przyszłowieczne
dymy
kimkolwiek będą, nie są tobą ani nami
wędrowcami
po elipsach planetarnej konieczności tam
czyli wszędzie

