Archiwum

Edmund Pietryk - Płomień

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Spis treści

Płomień


Gaśnie płomień duszy dlatego Boże
weź moje serce w swoje dłonie Niech
nie rani mnie sierp księżycowy i sny
które dna nie mają Gdzie są te
pozłacana modlitwy i tajemne szepty
Mnie już nie ma - szepczesz w noc
która nie ma końca ni początku
Klękam przed Tobą na Ustnym dywanie
oddal ode mnie ten kielich bólu najłaskawszy Panie

 


Rana


To jest rana po wydartym marzeniu
która każe umierać zwyczajnie powoli
i nawet do Boga każe mówić językiem
umarłych Ta rana jest jak gniazdo
ptaków żałobnych które jednak wciąż
śnią sen o życiu co dla Boga bywa
najtkliwszym obrazem Ta rana
szarpana przez sny niedośnione
zmierzchu się jawi zbyt żyznym zagonem
krwawi o północy tej godzinie duchów
gdy diabeł gra poloneza zwyczajnie ze słuchu
to są te wyznania najciekawsze najszczersze
by można mówić o nich zbyt kalekim wierszem


Wiersz


Wiersz to poraniona sarna
lub pogańskie święto
a może ślepe lustro
w którym można domyślać się twarzy
Wiersz to liść jesienny Znak listopadowy
podniebny lot jaskółki albo mądrość sowy
Poraniony i słaby jak lata dzień ostatni
i sam środek przypisanej ci na wieki matni
To odprysk gasnącego chłodnego już słońca
To krok do wyroku To początek końca

 


Ojczyzna


Poeta chadza po tych swoich bliznach
więzi go na zawsze szpitalna ojczyzna
Świt się przez niego przetacza najcięższym kamieniem
zastrzyki tramalu to jest jego mienie
Dzisiaj śniły mu się łubinowe pola
Ten poranek Boże to jest twoja wola
Liczy te blizny na swej chorej duszy
może jeden promień ten ból mu zagłuszy
Chce się jeszcze uwolnić ode swego cienia
Słowo ból on przez wszystkie przypadki odmienia
Chodzi więc po tych drogach - tu blizna tam blizna
dusi go za gardło szpitalna ojczyzna

 

 


Maria    


Maria rysuje niebo mgłami i chmurami
jak każda córa jesieni wyciska z nich
deszcz jak boże konfitury Czasem rzuca
pieśń zaprzyjaźnionym gołębiom jakby
im zachwalała życie które bywa cudem
Maria rysuje niebo księżycem i gwiazdami
cała jest z jedwabiu i lipcowych chabrów
Rozkazuje świecić Wielkiej Niedźwiedzicy
Bóg się uśmiecha na gwiezdny apetyt
Rano robi korale z szronowych kropelek
Bogu wyznaje swoją małą winę
a świat jej pachnie morwą i jaśminem

Człowiek jesieni


Być człowiekiem jesieni to szukać odbicia
w pomarszczonym stawie To pędzić
przed siebie zmęczone żurawie Cały jego majątek
to pełnia księżyca jak parasol w nocy i
błagalne echa żebrzące pomocy Gdy brzoza
gubi wszystkie swoje liście w listopadowym
świata surowym odbiciu Z chmur
opadają ciężkie krople rosy przez listopad
idzie Chrystus ubogi i bosy Los ci dany
na zawsze Nic tego nie zmieni gdy
On ciebie mianował człowiekiem jesieni

 

 


Orion


Nocą w swych snach rysuję na niebie
gwiazdozbiór Oriona który Bogu
wydaje się najpiękniejszym wierszem
To jest ozdoba najpiękniejsza z pięknych
Wtedy nie ma pór roku i nie ma cierpienia
a słowo ból znajome jest tylko z imienia
I tak buduję domy na gołębich nogach
kolcami usłana ta cierniowa droga
Tej nocy jest wielki urodzaj na gwiazdy
Ty już nie jesteś sobą Ty już jesteś każdy
Świt już się zbliża jak zawsze jednaki
Zaraz się zbudzą drapieżne jak to życie ptaki

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok