Archiwum

Eugeniusz Koźminski - Zapiski starego sceptyka (dziennik) (3)

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Spis treści

10 lutego 2016 r. wtorek. W starym, dziewczęcym pamiętniku Ireny, który  pamięta  jej licealne lata, znalazłem przepisane wiersze Tadeusza  Kubiaka z tomu „Fantasmagorie”. Jeden z wierszy (raczej jego początek), zdarza mi się cytować na
spotkaniach z publicznością. Brzmi on tak:

Poezja jest to ptak domowy.
Ot – czasem kura, czasem kogut.
Bo czasem znosi złote jajka
a czasem pieje Panu Bogu.
Gdy pieje – jako kogut pstry -
milczący Bóg  owinięty chmurą.
Zaś ludzie mają ostre noże
i podrzynają gardła kurom....

Ten wiersz jest dobrym początkiem do żartobliwej rozmowy z publicznością o poezji – jej różnorodności, odbiorze przez czytelników, profitów i strat jakie mają z pisania wierszy poeci...Ale też pokazuje, jak różne są sposoby uprawiania poezji i jaki jest stosunek poetów do swej twórczości. Chociażby na przykładzie naszej grupy. Jest w niej dwóch autorów, którzy trzy miesiące temu zostali przyjęci do Związku Literatów Polskich: Wojciech Czaplewski i Piotr Piątek. Jak bardzo różna jest ich twórczość!

Wojtek jest z wykształcenia polonistą, studia na UMK w Toruniu pozwoliły mu na gruntowną znajomość tradycji i współczesności polskiej poezji, a poetyckie próby wykształciły jego osobisty ton. W wierszu „Próba powrotu” prezentuje rzadkie dziś zainteresowanie społeczną tematyką, wyrażone prostym, ale szlachetnym w swej prostocie językiem. Oto zakończenie wiersza:

i czemu już nie można na bosaka lecieć na Doły kąpać
się w zakazanej cegielni czemu w czterdziestym piątym
ludzie po dwóch trzech leżeli na drodze przysypywał
ich śnieg i nie tajał to mama na szczęście pamięta nie ja
teraz na naszym polu Niemcy stawiają fabrykę aut.

Drugi – Piotr Piątek jest z wykształcenia lekarzem, autorem trzech zbiorów wierszy. Jest poetą tworzącym zdania pełne frazeologicznej brawury, gęste, z ukrytymi sensami. Tu cytuję początek wiersza „Wszystko na wyciągnięcie martwego palca”, który pozwoli na poznanie rozumienia poezji przez autora:

czuję, że nie jestem prawdziwy, na zdjęciach wychodzę jak
biała smuga co dzieli przestrzeń, wygina powietrze, tworzy powiewy wiatru, zakochuje się w kimś, patrzę na swoje dłonie, na miejsca gdzie spotykam się ze
światem, gdzie jestem najbardziej bezbronny.

Jeszcze poetka przed debiutem książkowym, ale już pewna swoich umiejętności i drogi, którą chce podążać. Wybrana droga  może z niej uczynić liderkę wśród najmłodszego pokolenia poetów, których celem jest szukanie sensu poza granicą użytych słów, przy jednoczesnej delikatności i liryzmie. Oto wiersz Emanueli Czeladki pod tytułem „Napływ”:

„ludzie w tłumie byli w kolorze wybroczyn  przełazili przez siebie pociągając się za
skórę która napięta natychmiast dopasowywała swój kształt do ich wyobrażeń
podparta łokciami patrzyłam na nich z góry włosy wystawały poza parapet a może
cała byłam już prawie na zewnątrz w oczy piekło słońce zmuszało do zamknięcia powiek trzymałam w dłoniach rzęsy by
nie wychodziły mi garściami życie układało się na płytach chodników co i rusz tężało
wycinając mnie z fragmentu tła pod nogami topiony asfalt stawiałam stopy na
kostkach leciutko delikatnie jak na puentach a każdy skok w górę pozbawiał mnie
kawałka ciała byłam tłumem”.

Trzech poetów, trzy różne osobowości i różne poetyki. Szkoda, że tylko czytelnicy tego zapisu mogą – chociaż w małym fragmencie – ich poznać.
Ale 21 marca, w Światowym Dniu Poezji, który w Kołobrzegu obchodzimy hucznie, mieszkańcy miasta będą mogli poznać ich lepiej. Jak co roku na ulice wyjedzie „Autobus Poezji Pełen”. Do zobaczenia!


11 lutego 2016 r. Środa, drobny deszcz i ciepło. Podobno zima, ale czy możemy być tego pewni? Niewiele jest rzeczy, które są tym, czym są i niczego nie udają. Tak jak ten dziennik. Na początku miał być zbiorem prywatnych zapisków, nie przeznaczonych do druku a  tworzenie ich było sposobem na pokonanie niemożności dokończenia „Ballady o ludziach z wydm” i stworzenia nowych wierszy. I tak było przez kilka pierwszych tygodni. Kiedy jednak Stefan Pastuszewski zgodził się drukować zapiski w „Akancie”, trzeba było dokonać zmian: usunąć fragmenty zbyt osobiste, inne wygładzić, żeby były czytelne i staranne, ale jednak uważać, żeby dziennik zachował swój charakter. Ze smutkiem jednak obserwuję, że nie bardzo się to udaje.

Brakuje szczerości, zdecydowanych ocen, kolejne strony  nie są notatkami, które mogą stanowić materiał do większej całości, zapiskami utrwalającymi w pamięci zdarzenia, którym z jakiegoś powodu nadaję specjalną wartość. Po co więc ciągnąć to dalej? Choćby po to, by zastąpić pisaniem to, czego już nie mogę robić: żyć jak dawniej. Może wspominać, notować pomysły na to, co w przyszłości może jeszcze się narodzi?  Może, może...

W dziennikach znanych pisarzy (Maria Dąbrowska, Zofia Nałkowska) aż roi się od nazwisk przyjaciół, znanych ludzi, z którymi się spotykali. Przypisy do owych zapisków są równie ciekawe, jak same wpisy. U Iwaszkiewicza na Stawisku gościła królowa, niektórzy z nazwisk przyjaciół i... wrogów ułożyli cały alfabet  (Urban, Kisiel). A ja? No cóż, paru „wielkich” także miałem okazję poznać, niektórych nawet gościć. Oto wspomnienie o jednym z nich. Cała historia brzmi jak anegdota, ale przysięgam, tak było naprawdę.

W latach siedemdziesiątych pracowałem w sanatorium górników w Kołobrzegu – Podczelu, dużym obiekcie i jak na tamte czasy dość ekskluzywnym. Zdarzyło się, że jak co roku, 18 marca nasze miasto odwiedzili oficjele, świętujący kolejną rocznicę wyzwolenia grodu. Tym razem przyjechał ówczesny premier, honorowy obywatel Kołobrzegu Piotr Jaroszewicz i stu osobowa Rada Naczelna ZBOWiD, pełna generałów. U nas mieli wszyscy zjeść obiad. Urwanie głowy, bo przecież w sanatorium czterystu górników, BOR, lekarz rządowy, miejscowe władze – jednym słowem młyn. Otrzymuję telefon, że goście jadą – limuzyny rządowe, autokary, syreny... Wychodzimy przed gmach, żeby powitać przyjezdnych, kiedy nagle na parking podjeżdża samochód osobowy marki  peugeot. Ki diabeł? Posyłam więc portiera Mariana F. żeby polecił kierowcy opuścić plac i zatrzymać się za budynkami, w części gospodarczej sanatorium. Samochód odjeżdża, portier wraca, a ja pytam  na wszelki wypadek: - Panie Marianie, kto to był?

Na co on:

- Mówi, że przyjechała tu, bo ma się spotkać z mężem, jakaś Cyrankiewiczowa czy jakoś tak...

Oczywiście podszedłem już sam, żeby poprosić, by poczekała w sanatoryjnej kawiarni, zresztą okazała się bardzo sympatyczną lekarką, mieliśmy okazję później chwilę porozmawiać. Ale po co to wspomnienie?

Józef Cyrankiewicz był najdłużej nam panującym premierem, wtedy niedawno właśnie odszedł z urzędu, a mój portier już nie wie, kto zacz!
A dziś, po tylu latach, bez przypisu przy jego nazwisku na pewno nie obyłoby się. Tak nam mijają „wielkości”, których czasem  nie warto wspominać.

W telewizji informacje o śmierci Andrzeja Żuławskiego, reżysera filmowego, który większość filmów zrealizował za granicą.  Jeden z wielu zasłużonych dla kultury polskiej i europejskiej członków rodziny - pisarzy, malarzy, kompozytorów, alpinistów i taterników, związanych z Polską, ale też z Francją i Wielką  Brytanią.

Rozpoczynając pisanie dziennika wspominałem zapiski Andrzeja Żuławskiego, zatytułowane „Nocnik”; tytuł nawiązujący do pory dnia,  kiedy był pisany, ale też przypadkiem nawiązywał do nieczystości, które w swej treści zawierał. Dziś tej strony nie będę zmarłemu wypominał : pamiętam jego powieść „Lity bór” i  erudycję, a także wielką znajomość kultury europejskiej (w tym francuskiej), która się wykazał w pamiętniku. Czekam na polską premierę jego najnowszego filmu „Kosmos”, opartego podobno na tekście Witolda Gombrowicza. Ciekawe będzie zderzenie dwóch tak różnych osobowości.

Odnotowałem w „Zapiskach” śmierć Andrzeja Żuławskiego także z sentymentu do całej rodziny Żuławskich. Mam np. katalog wystawy Marka Żuławskiego, malarza, który do Londynu wyjechał w 1935 roku i tam już pozostał do śmierci. Wstęp do katalogu napisał mój syn, też obecnie londyńczyk, na prośbę Marylki, ostatniej żony malarza.

Swego czasu czytałem  o Wawrzyńcu, protoplaście  rodu i jego zasługach dla polskiego taternictwa i Zakopanego. Ciekawa i zasłużona dla Polski rodzina.

Tego samego dnia,  w południe  w szpitalu, w sali doraźnej pomocy medycznej. Tam trzy osoby, każda podłączona przewodami, na których spoczywa odpowiedzialność za  czyjeś życie. Pielęgniarka, sunąca od jednej do drugiej ofiary wypadku. Lekarze wchodzą i wychodzą. Cisza, napięcie. Jeden z leżących szeptem usiłuje coś powiedzieć, podchodzi siostra, pochyla się, nic nie słyszy, zwilża choremu usta, odchodzi. Tamten znowu szepce. Słucham. Zdaje się, że pyta o godzinę. Mówię mu: - Jest trzynasta, południe.  Siostra na to:

- Nie, już trzynasta osiem.  

Ja:

- Możliwe, ale dziś nastawiałem, jest trzynasta, zaraz będzie trzynasta jeden.

Siostra:

- Proszę pana, jest już trzynasta osiem i pół, słyszy mnie pan? Pochyla się nad chorym i spostrzega, że jemu chyba jest już wszystko jedno.
- Panie doktorze – woła w stronę korytarza, biegnie, a my z I. już spakowani, wychodzimy pospiesznie do domu.


Sobota, 20 lutego 2016 r. Od rana informacje o śmierci włoskiego pisarza, filozofa i myśliciela Umberto Eco. Miał 84 lata. Z jego nazwiskiem spotkałem się późno, dopiero po wydaniu w Polsce  powieści „ Imię róży”, która okazała się światowym bestsellerem. Pamiętam, że zacząłem czytanie niechętnie, ale potem z coraz większym zainteresowaniem i ciekawością. Świat przedstawiony w książce, tak inny i odległy, okazał się nadzwyczaj intrygujący. Następnych powieści już nie czytałem, ale „Zapiski na pudełku od zapałek” (pierwsze i drugie), które zakupiła biblioteka w Ustroniu Morskim, brałem do ręki wielokrotnie. Nawet kilka cytatów mam na fiszkach. Oto jeden z nich: „Książki to ubezpieczenie na życie, maleńka antycypacja  nieśmiertelności. Raczej wsteczna (niestety!), niż spoglądająca w przyszłość. Ale nie można mieć wszystkiego i to od razu”.

W autobusie, których teraz pełno na trasie Kołobrzeg – Ustronie Morskie słyszę głos namiętnego użytkownika telefonów komórkowych:

- Halo.. To ja...no jadę, gdzie jestem? Nie widać, okna zamalowane reklamami. A co u ciebie, robisz obiad? A co będzie... No dobrze, już się wyłączam (!), jeszcze ci się coś przypali... To za chwilę będę, do zobaczyska...   W felietonie „Jak nie korzystać z telefonu komórkowego” Umberto Eco  wyróżnia pięć kategorii posiadaczy tej zmory naszych czasów. Ten gość za mną, który właśnie zakończył rozmowę i szuka następnej ofiary, należy do grupy, o której pisarz włoski napisał, że nie potrafią ruszyć się na krok, jeśli nie mają możliwości, by plotkować o błahych sprawach z przyjaciółmi i krewnymi, z którymi dopiero co się rozstali. „Bardzo trudno jest wyjaśnić im, dlaczego nie powinny tego robić. Skoro nie potrafią opanować pędu do kontaktu z innymi ani cieszyć się chwilami samotności, smakować oddalenia po okresie smakowania bliskości, skoro nie potrafią ukryć swojej wewnętrznej pustki, a nawet czynią z niej symbol i sztandar, no cóż, sprawa podpada pod kompetencje psychologa... (...) Uznaj ich za swoich bliźnich i nastaw drugie ucho”.  Trudno, jakoś to wytrzymam, to tylko parę minut jazdy.


21 lutego 2016 r. Niedziela przed południem słoneczna, więc z Ireną wybraliśmy się na krótki spacer. W Kołobrzegu zima i wiosna przychodzą kiedy im się podoba. Tak jest i w tym roku; w lutym, kiedy według przysłowia trzeba obuć ciepłe buty, u nas pokazują się przebiśniegi, magnolie lada dzień... nie, jeszcze chyba nie, jeszcze mogą być dni z deszczem i śniegiem. Ale nie dziś. W centrum miasta, obok parku założonego przez Henryka Martensa pod koniec XIX wieku,  jest tzw. Skwer Pionierów. Kiedyś, do 1945 roku, było to miejsce gęsto zabudowane, teraz, po zniszczeniach wojennych, powstał teren zielony, z fontanną w kształcie nenufaru, zwanej „szczękami naczelnika”. Tutaj porządku pilnuje rzeźba Marszałka. Józef Piłsudski, oparty o ogromne szablisko, patrzy na wszystkich wchodzących i wychodzących. Szkoda tylko, że musi czynić to samotnie. Wprawdzie od 1897 roku niedaleko stał pomnik żołnierzy niemieckich, poległych w walkach w obronie miasta,  a było ich dwóch, ze sztandarem w ręku, lecz w 1945 roku pomnik rozebrano i na pozostawionym cokole pojawił się orzeł i tablica pomięci żołnierzy polskich, poległych w boju o miasto w II wojnie światowej. Ale pomnik Marszałka piękny; kołobrzeski rzeźbiarz Romuald Wiśniewski ma talent do figur monumentalnych. Przystanęliśmy na chwilę, bo zawsze jest przyjemnie spotkać porządnego człowieka, chociaż na postumencie.

W śródmieściu jest jeszcze jedna rzeźba pokaźnych rozmiarów: oto przed kołobrzeską bazyliką mniejszą stoi pomnik, który trudno tu będzie opisać, z tak wielu elementów się bowiem składa. Jest tam król Bolesław Chrobry i cesarz Otton III, jest Jan Paweł II i Benedykt XVI, wycięci w żelazie i opisani dokładnie. Spodziewaliśmy się jeszcze Tuska i Merkel, ale widać skończyła się kasa, bo i fundatorzy – a było nazwisk sporo – odpadli z cokołu, klej pewnie był kiepski. Autorem rzeźby jest Wiktor Szostało, artysta awangardowy, który oprócz tego wzbogacił miasto zbiorem żelaznych krzeseł i instrumentów ustawionych na skraju parku zdrojowego.  O ile scena zbiorowa, mająca prezentować próbę polsko – niemieckiego pojednania jest symbolem złego smaku, to krzesła i instrumenty strunowe przynależą do nurtu, który potocznie zwie się antysztuką. W takim rozumieniu twórczości mieszczą się wytwory ruchu dadaistycznego, stąd czerpią
inspiracje artyści związani z pop – artem, sztuką instalacji. Początki tego eksperymentu sięgają końca  XIX w i były nieśmiałe: martwa natura na płótnie, z wklejonym biletem tramwajowym czy kawałkiem gazety, ale też pisuar wystawiony w salonie, który był wprawdzie przedmiotem użytkowym, jednak w miejscu przeznaczonym dla dzieł sztuki zawłaszczał splendory przynależne dziełom dla siebie. I tak  powoli doszliśmy do  „rowerów przytwierdzonych łańcuchami do sufitu”, instalacji z zardzewiałego żelastwa, które nie stwarzają okazji do przeżycia estetycznego. A skutek? Zdarzyło się ponoć, że ktoś zdezorientowany przywiózł zbędne w domu stare tapczany i zardzewiałe wiadra  żeby zostawić je na wysypisku, ale mu wyjaśniono, że to pomyłka. Był oburzony, bo jego rupiecie były w lepszym stanie niż krzesła i instrumenty ustawione przez artystę w parku obok Regionalnego Centrum Kultury.  Takie są skutki braku plastyki w szkołach po reformie!

Aleśmy się publiczności dochowali...


Piątek, 26 lutego 2016 r. W Regionalnym Centrum Kultury doroczna gala, na której Prezydent Miasta wręcza  nagrody – statuetki zwane Kołobrzeskie Koniki. Za sukcesy gospodarcze w tym roku nagrodę otrzymał przedsiębiorca wind i innych urządzeń dźwigowych  p. Pilawa (nawiasem mówiąc przed laty mieszkał w naszej klatce schodowej), który stworzył poważną firmę, zatrudniającą kilkaset osób. Natomiast w dziedzinie kultury – tu kapitułę tworzyli dziennikarze – nagrodzono malarza Dariusza Kaletę. Należało to zrobić już dawniej, ale wyroki różnych gremiów są niezbadane... Prace Kalety wyróżniają się mistrzostwem warsztatu, ale przede wszystkim obrazy wzbogacone są cytatami ze znanych symbolistów, podejmują także tematykę współczesną. Daje to niezwykłą wizję dzisiejszej rzeczywistości. Kaleta jest twórcą bardzo czynnym, chętnie zapraszany  do udziału w liczących się galeriach krajowych, także wystawia za granicą. W rankingu twórców ogłaszanych corocznie przez „Rzeczpospolitą” w oparciu o opinie krytyków, wyników sprzedaży i aktywności wystawienniczej znalazł się wśród najlepszych. Jest także świetnym portrecistą.

A na deser wystąpiła Grupa Mo Carta. Bardzo smakowity deser.


Niedziela, 6 marca 2016 r. W Europie, a więc w Polsce pojawił się problem uchodźców. To samo u nas, w Ustroniu Morskim.

Wprawdzie już dawno wszyscy uznali, że obcy nie są nam potrzebni, - no, chyba że na wczasy, przyjadą, zapłacą i pojadą - ale i tak świat, a z nim wszelkie zło, poczęły się wciskać do miasteczka różnymi drogami, właziły do domów szparami pod każdą postacią i to tak natrętnie, że wygnane drzwiami wracały oknem, wypędzone w dzień – wpychały się o zmroku. Śniły się, przylegały do człowieka, oswajały go, żeby nareszcie pokazać kły i pazury. Odkąd nastały czasy, że ludzie mogą mieszkać wszędzie: w różnych miastach i krajach, raz tu, a raz tam, gdy zdarza się, że jeden człowiek posiada kilka paszportów na różne imiona i
nazwiska, a co najgorsze, że obcy też mogą wejść do naszego kościoła – czego już zupełnie nie mogliśmy zrozumieć – żeby się modlić do nie swojego Boga, bycie stąd stało się sprawą najwyższej wagi. Wprawdzie na początku my wszyscy w czasach, które dziś są już historią, też byliśmy przybyszami, lecz przez lata życia na tym skrawku ziemi między niebem a morzem i wśród rzeczy – najpierw cudzych, potem swoich, teraz już tylko swoich – nauczyliśmy się żyć ze sobą. W zgodzie. Heniek, rybak z sąsiedztwa, mówi:

- Jestem stąd. Łowię ryby, póki mi zdrowie pozwala. Znam wszystkie narowy morza, jego skłonności i fanaberie. Szanuję je i ono mnie szanuje. Każdej nocy woda odwiedza mój dom. Podchodzi pod próg tak blisko, że rano pozostaje po niej wilgoć, resztki śniętych ryb, krople soli na szybach i pościeli. Ale w dzień ona jest u siebie i ja jestem u siebie. I tak to jest.

Ale właściwie kto teraz jest tu obcy, a kto swój? Być tutejszym to znaczy tu się urodzić, a potem być: mieć zdjęcia golutkiego, wrzeszczącego, czerwonego z wysiłku grzdyla,  potem fotkę z chrztu w tej parafii, lekarza, który cię zna od małego. Jeszcze zdjęcia z „pasowania na pierwszoklasistę”, na innych z gromnicą w ręku do pierwszej komunii, wlepiać wystraszone gały do aparatu na WF-ie, żeby ojciec mógł pokazać je kolegom i powiedzieć:

- Ten gamoń w za długich gaciach to mój syn. A nie wszyscy tak mogą. Dziadek Heńka długo przechowywał w stodole pamiątkę po czerwonoarmiejcach, na której była strzałka i napis: Na Berlin.

Dziadek schował ją, ale przedtem na odwrocie napisał kredą: Baranowicze – 100 000 kilometrów. Kiedy Heniu poszedł do piątej klasy wytłumaczył staremu, że to się nie zgadza z mapą, ale dziadek odburknął, ze teraz jest jeszcze dalej. Teraz dziadek już nie żyje, Heniek dał pod cmentarz kawałek swego pola, żeby dziadek leżał na swoim, a nie na poniemieckim. A na bramie wywiesił tablicę: Obcym Wstęp Wzbroniony.

W dodatku „Głos Kołobrzegu”, który ukazuje się jako wkładka do dziennika „Głos Koszaliński” rozmowa red. Iwony Marciniak z prokuratorem Ziemowitem Książkiem. Właśnie rozpoczął dochodzenie z art. 257 KK („Kto publicznie znieważa grupę ludności albo osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech). Chodzi o naruszające prawo wpisy w internecie pod zdjęciem kobiety, kąpiącej się w basenie w muzułmańskim stroju, tzw. burkini. Tak: Obcym Wstęp Wzbroniony, także do kąpieliska.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.