Justyna Kubiak wkroczyła z cichym impetem w bieżący świat literatury profesjonalnej, bo tak nazywam to, co pojawia się dziś i w niedalekim wczoraj na łamach – nielicznych już – czasopism literackich i tomików wydawanych przez nieliczne poważne wydawnictwa i przepatrzonych przez nielicznych już krytyków albo otwartych na czyjąś poezję doświadczonych poetów.
Impet ten to precyzyjnie skrojone wiersze, bez nadmiaru środków retorycznych i artystycznych – tyle słów ile trzeba, tyle obrazów, bo jest to poezja malarska, żeby było widać, a nie tylko wirować w obłędnym tańcu słów, wystrzeliwanych niczym piłki na strzelnicy wesołego miasteczka. Nie są to jednak tylko wiersze obrazowo-opisowe, ale także zamyślone, filozofujące. Niemal w każdym z nich jest jakaś nieoczekiwana prawda, nie przedstawiona wprost, tylko wywołana w umyśle czytelnika. A to już jest wyższa szkoła poetyckiej jazdy.
Dojrzała poezja sporządza też definicje zjawisk, które nas otaczają, przede wszystkim tajemniczych. Zmierza się z otchłanią sekretu istoty tego świata. Wciąż nie mogę wybić ze swej pamięci definicyjnego wiersza Macierzyństwo i to nie tylko dlatego, że mnie zawsze ten stan zazdrośnie frapował.
Macierzyństwo
Stan, znany z obrazu Wyspiańskiego
stał się moim udziałem.
Przytulone do piersi, aksamitne
dziecięce dłonie chwytały ślepą miłość,
której istnienia wcześniej nawet nie przeczuwałam.
Ufne zawierzenie w czystość pokarmu,
który zaspokaja wszelki głód.
Rzadko istnieje się tak realnie,
uczestnicząc bezwarunkowo
w kacie stworzenia.
Ale jeszcze celniejsza jest definicja relacji człowieka z Bogiem, a raczej Boga z człowiekiem. Jest to definicja w literackim sosie, bowiem dotyczy słów – czy to utrwalonych, czy przelotnych – jak to ma miejsce w Rozmowie:
On, który
nie zostawił żadnego listu, ani traktatu,
tylko raz
schyliwszy się, pisał palcem po ziemi,
najbardziej potrzebuje rozmowy
z Tobą.
(Ciemna Zieleń, s. 33-34)
W zasadzie należałoby po takim wierszu zamilknąć i kontemplować, kontemplować w zachwyceniu. No i polecić księżom rzymskokatolickim, którzy z lęku przed oskarżeniem o uprawianie polityki nie głoszą już kazań, tylko dukają homilie, czyli objaśnienia tekstów biblijnych, zazwyczaj będąc w Biblię niewystarczająco wczytani. Ot, po prostu wyrywają z Tekstu jakiś wyimek i nad nim przez dziesięć, piętnaście minut się pastwią.
Tak, powinienem już – jako się rzekło – kończyć i nadal nad tym wierszem myśleć, ale dla porządku recenzenckiego podam, że główną tematyką subtelnej liryki Justyny Kubiak jest przeszłość w przestrzeni miejsko-przyrodniczej, przeszłość, która nadal w nostalgii naszej ukrytej żyje. No i czas, ten wyimaginowany, bo przecież w istocie go nie ma, wskaźnik przemijania, rozkładu i rodzenia się na nowo. Każdy z nas ma takie Okno:
Okno
Otwierało przestrzeń,
krajobraz domknięty
widokiem lasu.
Wydawało mi się,
jak każdemu dziecku,
że ten obraz jest wieczny.
Trzeba jeszcze koniecznie dodać, że oknami na poetycki świat J. Kubiak są też jej starannie wykonane i dobrane fotografie przedmiotów i krajobrazów.

