Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

W zbiorze rozpraw Słowiańskie wyspy językowe i kulturowe pod redakcją Michała Głuszkowskiego i Ewy Nowickiej znalazło się aż pięć rozpraw dotyczących staroobrzędowców na ziemiach polskich. Dowodzi to żywotności tego tematu, coraz bardziej już paleograficznego i archeograficznego z racji stopniowego zanikania tego fenomenu etnoreligijnego na ziemiach polskich (około 1000 wyznawców). Zbiór ów powstał w wyniku współpracy językoznawców, antropologów społecznych, socjologów i historyków, których połączyły wspólne zainteresowania badawcze słowiańskimi społecznościami, pozostającymi oderwaniu od macierzy, funkcjonującymi w obcym otoczeniu. Ich sytuację ujmuje metaforyczne pojęcie wyspy, po raz pierwszy użyte w języku niemieckim w 1847 roku jako Sprachinsel w celu opisania słowiańskich społeczności otoczonych ludnością niemieckojęzyczną w okolicach Królewca. Według Clausa Jürgena Huttera (1982) wyspy te są wewnętrznie ustrukturowane, mają ograniczone terytorium i znajdują się w otoczeniu innojęzycznej większości. Wyspy powstają w efekcie: dobrowolnych migracji, przymusowych przesiedleń (deportacji), migracji z powodu prześladowań politycznych, religijnych i etnicznych, ekspansji politycznej i terytorialnej państw i ludności etnicznej głównej w ekspandującym organizmie politycznym, powolnego mieszania się w długich okresach historycznych różnych etnicznych zbiorowości, repatriacji i ekspatriacji. Wyspy nie są trwałe, często z racji ruchliwości jej członków przechodzą w stan diaspory, lecz spoiwo ich jest na tyle silne, że nawet w rozproszeniu członkowie ich utrzymują ze sobą w miarę intensywne kontakty. Taki proces nastąpił od połowy XX wieku w przypadku polskich starowierców. Jedyną, choć nie izolowaną wyspą jest obszar zwartego ich przebywania w dwóch, prawie, że połączonych ze sobą wsiach Gabowe Grądy – Bór w powiecie augustowskim.

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Z okazji przypadającej na 11 marca 2010  dwudziestej rocznicy odzyskania przez Litwę niepodległości władze znanego w tym kraju polakożerczego stowarzyszenia „Vilnija"                 ( „Wileńszczyzna") przekazaůy na rćce przewodniczŕcej Sejmu Ireny Degutienë apel dotyczŕcy przyspieszenia procesów lituanizacji Wileńszczyzny. Sygnatariusze apelu pisali  : „Proponujemy stworzyć dla emigrantów[ litewskich z Zachodu – J.S.]warunki do powrotu do ojczyzny poprzez tworzenie miejsc pracy i umożliwienie im dzierżawienia ziemi na Wileńszczyźnie(…) Uchwalić narodowy program integracji okupowanej w ciągu 20 lat Litwy Wschodniej [ przez Polskę w okresie międzywojennym – J.S.] oraz podpisać porozumienie partii parlamentarnych w sprawie realizacji tego programu".

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Nie omyli się, kto powie, że bóstwo
                               jest w ikonie...  choć nie jest w niej
                                                      przez zjednoczenie fizyczne.
                            
                                                                  Teodor ze Studion

                    W świecie bez prawdy wolność traci swój sens

                                              Jan Paweł II

               Przytoczę zbawczą oczywistość: - Święty Jan Ewangelista przekazuje słowa Jezusa z mów pożegnalnych: Ja jestem drogą, prawdą i życiem. W trakcie rozprawy przed rzymskim prokuratorem Mesjasz mówi: Tak jestem królem. Po to się narodziłem i po to przyszedłem na świat, aby świadczyć o prawdzie. Każdy, kto opowiada się za prawdą, słucha mojego głosu. Czyli prawda, w Objawieniu Chrystusa, ale i w holistycznym postrzeganiu istoty świata ( zauważam pleonazm swej retorycznej formuły), nie jest sądem odpowiadającym jakieś rzeczywistości: - wyraża i zawiera samą najbardziej realną rzeczywistość.

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Krótki  rys  historyczny
   Historia miasta jest pełna wzlotów i upadków.
Pierwotna nazwa –KOENIGSBERG,  paradoksalnie, pojawiła się w związku z uhonorowaniem króla czeskiego Ottokara II za pomoc udzieloną Zakonowi Krzyżackiemu w walce z miejscowymi plemionami Prusów w 1255r w Sambii. W ciągu następnych stuleci  miasto rozrastało się powoli pod władzą Krzyżaków, szczególnie gdy po wybuchu wojny trzynastoletniej/1454–1466/, Wielki Mistrz przeniósł tu swoją siedzibę. W latach 1457–1618 prowincja, zwana wówczas Prusami Książęcymi, a  stolica KRÓLEWCEM, była formalnie lennem Królestwa Polskiego, czego wyrazem był hołd pruski, złożony w Krakowie przez Albrechta Hohenzollerna w 1525r. W dziedzinach handlu i kultury , związki z Polską były dość silne, ale stopniowo umacniał się luteranizm, język niemiecki i coraz ściślejsze powiązania z Brandenburgią. Najazdy szwedzkie i wojny z Rosją spowodowały odłączenie się Prus od Polski.
   Od początku XVIII wieku, gdy Prusy Książęce zmieniły nazwę na Prusy Wschodnie, zaczęły rosnąć w siłę militarną i odgrywać dominującą rolę w Królestwie Pruskim I Rzeszy. Wtedy też – w 1724r, KOENIGSBERG uzyskał współczesny kształt terytorialny, z połączenia 3 sąsiednich miast. W czasie wojen napoleońskich, miasto zostało zajęte przejściowo przez wojska francuskie, które wprowadziły wiele postępowych reform społecznych. Apogeum świetności, Koenigsberg przeżywał  do czasów I wojny światowej. W okresie międzywojennym Prusy utraciły swą szczególną odrębność. Nastąpiła też stagnacja gospodarcza i znaczny odpływ ludności do III Rzeszy. Nie mniej, na początku II wojny światowej region był zamieszkały przez 1.200.000 mieszkańców /obecnie ok. 1 mln/.

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

W Kwitajnach strach mieszał się z chaosem. Marion Dönhof wspomina:
 „Ci uciekinierzy z Gołdapi spędzili więc u nas zimę, mocno nadwerężając nasze zapasy żywnościowe. Mnie to nie przerażało, gdyż wiedziałam, że i tak nie będziemy mogli ich zużyć. Zdawało się to jednak nie-pokoić kierownictwo partyjne i jeden z tych mądrych głupców wpadł na pomysł, akurat w początkach stycznia — dochodziło już do nas dud-nienie armat — wysłania mężczyzn z końmi do odległej o 250 km Goł-dapi, w celu zabrania pozostałej tam paszy. Tak więc zostaliśmy z gru-pą 380 kobiet i dzieci, załadowując od nowa wozy, które nie mogły ru-szyć z miejsca, jako że mężczyźni odesłani z końmi prawdopodobnie już dawno temu zostali zmiażdżeni przez front rosyjski. Chcąc zapobiec sytuacji, która nieuchronnie musiała nastąpić, dwa dni wcześniej zaproponowałam burmistrzom okolicznych miast, abyśmy oddali do dyspozycji gołdapianom nasze ciągniki, żeby mogli doczepić do nich własne wozy i wreszcie jak najszybciej udać się w drogę, nie stając nam już na przeszkodzie. Ale burmistrzowie mieli tysiące wątpliwości — będziemy przecież, argumentowali, potrzebo-wali traktorzystów do wiosennych prac polowych, a kto wie, czy wró-cą zgodnie z zarządzeniami... Tak więc i ten plan został poniechany.

Oto teraz stał przed nami Ortsgruppenleiter i udzielał nam wskazówek, byśmy zatroszczyli się o uciekinierów i zabrali ich ze so-bą, co było oczywiście całkowicie wykluczone. Powiedział, że odej-dziemy stąd tylko po jego trupie. Nadinspektor Klatt, wysoki, bar-czysty mężczyzna o rudych bokobrodach i jasnych włosach z prze-działkiem pośrodku, w całej okolicy uchodził za znakomitego fachowca (…). Teraz wstał, funkcjonariusza, będącego w cywilu naszym karczmarzem, obrzucił zabójczym spojrzeniem i nie raczył z nim więcej rozmawiać.

Później zaś biegaliśmy po pogrążonej w mroku nocy wsi i na zmia-nę zaklinaliśmy ludzi, aby wzięli ze sobą tylko to, co najbardziej nie-zbędne. Nasze rady i wskazówki rozpływały się jednak w ogólnym chaosie, którego ofiarą padły także wszystkie moje przygotowania. W moim biurku od miesięcy leżał swego rodzaju „plan mobilizacyj-ny". Było w nim dokładne wyszczególnienie, kto z pozostałych jeszcze mężczyzn i w którym majątku będzie powozić danym wozem. Co bę-dzie wolno maksymalnie wziąć każdej rodzinie, a co wydawało się ko-niecznym minimum. Nakazałam w tajemnicy powielenie map geode-zyjnych z oznaczonymi wszystkimi drogami lądowymi i promami przez Nogat i Wisłę. Każdy majątek miał dostać kilka takich map na drogę, albowiem pokonanie rzek, na których prawdopodobnie mosty już dawno temu zostały zniszczone przez jedną lub drugą stro-nę frontu, wydawało się rzeczą trudną.

Wszystkie te przygotowania nie zdały się teraz na nic. W tym cha-osie, by całkowicie nie stracić głowy i nie pogrążyć w rozpaczy, uzna-liśmy za bezsensowne powoływanie się w ogóle na te plany. Niemoż-liwe stało się także nawiązanie łączności z innymi majątkami, aby — jak to było przewidziane — wspólnie sformować kolumnę. Czy spot-kamy innych po drodze? Czy dane nam będzie kiedykolwiek zobaczyć jeszcze kogoś? Muszę jeszcze raz — po raz ostatni — zapisać tu nazwy dworów, wszystkie te piękne nazwy, których nikt już nie wymienia, by przynajmniej gdzieś zostały utrwalone: Quittainen, Comthurhof, Pergusen, Weinings, Hartwigs, Mäken, Skollmen, Lägs, Amalienhof, Schönau, Gr. Thierbach, Kl. Thierbach, Nauten, Canditten, Einhöfen .

W tych czasach człowiek tak był przyzwyczajony do obcowania z wojną i szaleństwami hitlerowców, że myślał i działał, sam tego nie dostrzegając, na dwóch różnych płaszczyznach (…)

Mimo przekonania o bezsensow-ności i o braku perspektyw tych poczynań, traktowało się rzeczywis-tość tak samo poważnie jak przedtem. Można było wyjść z siebie z po-wodu niecelowej budowy, niepoprawnego rozliczenia, źle uprawione-go pola. Od miesięcy wiedzieliśmy, że wkrótce nastąpi ostateczne po-żegnanie. Ale gdy na trzy dni przed odjazdem przyjechała z sąsiedz-twa na krótki urlop do domu moja siostra z mężem i zięciem, to za-przężono sanie i pojechaliśmy na polowanie. Przez całe popołudnie sunęliśmy bezszelestnie przez zasypany świeżym śniegiem las, czuliś-my ponad sobą młodnik, jechaliśmy przez wysoki drzewostan z jed-nego rewiru do drugiego. Wszędzie świeże ślady: danieli, zajęcy, po-tężnego odyńca. Tylko o tego odyńca chodziło owego popołudnia, jak-by to było polowanie jak dawniej. Gdy wreszcie zwierzę zostało po-strzelone, zarządzono regularne, wielogodzinne poszukiwanie. W tym samym czasie dziesiątki tysięcy żołnierzy niemieckich i rosyj-skich wykrwawiło się w śniegu tej bezlitosnej zimy (…).

Wróćmy jednak do naszej ucieczki. Także i ja zapakowałam szybko do plecaka to, co wydawało się najniezbędniejsze: trochę odzieży, pa-rę fotografii i dokumenty. Torba u siodła ze środkami do mycia, opa-trunkami i moim starym krucyfiksem hiszpańskim była zresztą już spakowana i stale gotowa do wzięcia. Trudchen, moja kucharka, prędko przyrządziła jeszcze kolację, którą spożyłyśmy wspólnie z dwiema sekretarkami. Panna Markowski, ta starsza, bardzo porządna, była za-gorzałą wielbicielką Hitlera. Przez całe lata entuzjazmowała się każ-dym meldunkiem specjalnym, a teraz nic nie mówiła, ale jestem prze-konana, że zadawała sobie pytanie, czy to jednak nie niedowiarkowie i „zdrajcy" winni są tej klęski. Dla panny Markowski pytanie to praw-dopodobnie na zawsze pozostało bez odpowiedzi, jako że ta biedna osoba przedostała się do Gdańska, wsiadła na „Gustloffa", który zo-stał storpedowany 30 stycznia na wysokości Słupska przez rosyjskie łodzie podwodne i poszedł na dno z sześcioma tysiącami uciekinierów na pokładzie" (Nazwy. . .,  s. 16-21) .

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Emigracja stała się teraz czymś naturalnym, czymś modnym. Jak wiele ludzi wyjechało, zostawiając swoje rodziny i najbliższych? Wyjechało do nowego, obcego im świata w poszukiwaniu szczęścia, pieniędzy czy też lepszego jutra. Każdy doskonale wie, jakim stereotypem obarczono nas-Polaków. Tytuł oraz fragment wiersza pt. Emigracje pokazuje, jak wielkie jest zaangażowanie ROMUALDA MIECZKOWSKIEGO w sprawy polskie za granicą. Jest to wyjątkowa osoba dbająca o rozpowszechnianie polskiej kultury oraz pokazywanie nam, Polakom, jak żyje się na Wschodzie. Jak sam powiedział, o swojej książce: Starałem się odpowiedzieć na pytanie: co dziś oznacza pisać po polsku na Litwie i gdziekolwiek bądź poza Polską. Autor na pierwszy plan wysuwa kwestie tożsamości, szukania swego miejsca na ziemi.

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Monografię jednej księgi (Wojnowskogo Sinodika) w oparciu o metodę lingwokulturologiczną wydała w 2012 roku Joanna Orzechowska. Lingwokulturologia orientuje się na kulturowe czynniki w języku i wpływ języka na codzienność. Wynika z antropocentrycznego paradygmatu nauki o człowieku, istotą której jest kultura. Rekonstruuje językowy obraz świata, na który składają się między innymi nieekwiwalentana funkcja języka, mity, rytuały, legendy, obyczaje, symbole, wzorce, stereotypy, obrazy, a także relacje między religią a językiem.

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Urodziłeś się na Kresowej ziemi ze swoją
przepowiednią Zatruty oparami polskich
rojstów Po to by pełzać czasem podnosząc
czoło by zbierać nowe słowa i nowe rany
Byłeś ofiarą swego rytuału i pilnym
uczniem z pokorą długiego umierania
Spłodziłeś syna Napisałeś księgę a nawet
zasadziłeś bezlistne drzewo Idzie za
tobą zapach morwowego sadu z twego
dzieciństwa i piołunowe smaki
z wielkopolskiej równiny jak pokuta
za swoje i nieswoje winy Jeszcze
dostałeś w darze barwy jesiennego
nieba i przepowiednię z morwowym
początkiem i cierniowym końcem

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

prababka Anna żyła
z piętnem mezaliansu
mezalians był gajowym
w rodowym majątku
a Jan mu ze chrztu było

Jan chodził po lasach
zwierza, drzew doglądał
ale dojrzał Annę
zakradł się w rabaty
wywiódł pannę w pole

z romansów w czastuszki
z rosarium w kartoflisko
z atłasu w zapaski

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

W oczach większości Polaków Litwa to ojczyzna Mickiewicza, kolebka Jagiellonów, ziemia rodzinna wspaniałych braci Budrysów. Dominują pozytywne skojarzenia.
A jak wyglądają Polacy w oczach Litwinów ? Prezentujemy poniżej wypowiedzi litewskich internautów na portalu „Kuriera Wileńskiego", zamieszczone wyłącznie w kilku ostatnich miesiącach. Zachowujemy oryginalne słownictwo i stylistykę wypowiedzi, dodając jedynie polskie znaki diakrytyczne.  Podajemy nicki autorów, daty i dokładny czas umieszczenia poszczególnych postów na forum.

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Wieś Wierzba leży nad jeziorem Bełdany na szlaku Ruciane Nida - Mikołajki. Część tego szlaku trzeba przebyć promem. Gdy promu akurat nie było, to trzeba było uderzać w gong i krzyczeć.
Jeździłem wraz z ojcem na wakacje do Wierzby w latach 1949-1957. Gospodarze, którzy nas gościli to byli starowierzy.
Najbliższy wiekiem tacie był Joachim, chłopak około dwudziestoletni, który z mamą mówił albo po niemiecku albo po polsku. Wydaje się jednak, że niemiecki był mu bliższy, prawdopodobnie po tacie, który był rdzennym Niemcem, a jako żołnierz Wehrmachtu zginął na wschodnim froncie.

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Do Wilna Jadwiga Rożkow wraz z dwiema córkami przyjechała najprawdopodobniej w 1924 roku. Tutaj, u boku swego brata podjęły próbę ułożenia swojego życia na nowo. Dla matki Roszkówny był to powrót do znanego sobie świata, po latach doświadczania wielkie miłości, jak i ogromnego cierpienia, dla obu jej córek - przyjazd nieznanego im bliżej kraju, o odmiennej kulturze, tradycji, religii i języku. Z pewnością była to jednak zmiana konieczna, bo rokują perspektywę przeżycia i bezpiecznego rozwoju dla całej trójki.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok