Jest wigilijny wieczór z niewielkim mrozem, na zmierzwionej trawie widać ślady szronu. Powietrze jest zimne, rześkie, głośno, dźwięcznie oddaje kroki przechodniów. Na oszklonych drzwiach baru iskrzą się śnieżnobiałe plastikowe gwiazdki, a z jego wnętrza wydobywa się migocząca kolorowymi lampkami sztuczna choinka.
Ludzi jest tu niewielu, każdy z nich siedzi przy osobnym stoliku z żelaznymi nóżkami, je w milczeniu pochylony na swoim talerzem. Na szczebelkowych blatach z zaschłymi resztkami jedzenia, stoją tandetne podstawki z przyprawami w lepkich graniastych buteleczkach.
Przy stoliku obok okienka z brudnymi naczyniami, stoi pijana kobieta z butelką piwa, którą kupiła w sklepie spożywczo-monopolowym na rogu. Ta kobieta przed chwilą pojawiła się w barze i przysiadła do swego partnera, sporo od niej starszego, o zaoranej bruzdami twarzy, obojętnych sowich oczach, utkwionych w żeberka polane sosem. Pije piwo z butelki daleko odchylając głowę, w przerwach ociera usta wierzchem dłoni, i mówi na cały głos ze zjadliwą pretensją, gniewem do siedzącej przy oknie staruszki odzianej w brązowe przetarte na szwach i zgięciach karakułowe futro i malinowy kapelusik z pękiem niezapominajek na równo przyciętych siwych w losach. Staruszka ma wąską twarz i suche nieruchome oczy skierowane na pijaną. A ta rozzuchwalona jej milczeniem, rozdrażniona żałosną dystynkcją, nienaturalnie ożywiona, dobitnie, ostrym głosem monologuje:
- Nigdy mnie nie uważałaś, pomiatałaś jak psem. Jak można tak obchodzić się z własnym dzieckiem. A do szpitala to przyszłaś tylko raz, z jogurcikiem. A ja byłam już jedną nogą na tamtym świecie. Niedługo mnie pochowają, ale nie Ząbek, jakbyś chciała, lecz Falczak. Jeździsz do Niemiec. Zarabiasz hajc, ale żeby coś dać wnuczkom czy prawnuczkom – nigdy!
Nigdy nie dałaś żadnemu ani grosza. I to jest babcia? Nienawidzę cię!
Staruszka słucha w długim milczeniu, wreszcie wstaje i przeciskając się pomiędzy oparciami krzeseł, kładąc ostrożnie swą małą pomarszczoną dłoń, kieruje się ku wyjściu.
- A idź, idź – rzuca za nią szyderczo, piskliwie pijana – najlepiej do psychiatryka!
I odwracając się gwałtownie, pochyla nad mężczyzną, nad jego skudloną siwą głową, z uśmiechem, z radosna wesołością.
- No, poznałeś wreszcie moją matkę
W szybach, które zalepiono śnieżnobiałym sprayem, odbija się choinka przybrana różnokolorowymi światełkami i granatowymi bombkami. W rogu stoi szafa chłodnicza z napojami. Na kółku wiszą klucze do toalety, które poruszane są drganiami budynku - a na nich kołysze się brelok- czarny kot z różowymi uszami. Ludzi w barze ubyło. Ten świąteczny wieczór sprawia, że zastawiona w nieładzie stolikami obszerna sala baru wydaje się bardziej pusta niż zwykle, a ci samotni, którzy tu pozostali, są jeszcze bardziej samotni.
Przez uchylone drzwi z zaplecza płynie na fali melodii wysoki śpiewany głos: Pod papugami jest szeroki niklowany bar… Pijana kobieta podnosi się, z hałasem odsuwa krzesło pod ścianą i opuściwszy głowę pokrytą krótką sierścią czarnych wijących się włosów, i uniósł wszy wysoko ramiona zaczyna się kołysać.
Siny zmierzch z wzrastającym mrozem opada na to niewielkie prowincjonalne miasto, na strzępy gazet i liści na oszronionych skwerach. Na jego samotną wyludnioną pustkę brudnych ulic, śpiącego na parkowej ławce skulonego bezdomnego o obrzękłej twarzy, na kawki mknące czarną chmurą w ukośnym wietrze nad unoszonymi przez Asmodeusza ostrymi dachami domów, na Bramę Słupską, i fioletowy zygzak neonu nad udekorowanymi gwiazdkami drzwiami baru Pod papugami.