Nadmorskie letnisko, wczesne popołudnie słonecznego czerwcowego dnia. Wąska asfaltowa ulica napełniona niegłośnymi rozmowami, brzękiem talerzy, szczękaniem sztućców jedzących w restauracyjnych ogródkach. Młode kelnerki, trzymając w rękach ogromne półmiski, na których wśród stosu frytek i surówek leżą smażone ryby, nawołują głośno zamawiających. Dawne rybackie chałupy rozbudowane w brzydkie piętrowe wille z pokojem dla wczasowiczów. Cyklopowe fasady tych domów ozdobione powtykanymi tu i tam muszlami, błyszczącymi odłamkami szkła, odciosami marmuru, otoczakami straszą w klującym w oczy bezguściem. Pstrokacizna straganów z pamiątkami, z zabawkami, otwarte drzwi sklepów z widocznymi w głębi, w jasnym, przejrzystym cieniu szafami chłodniczymi. Przed wejściem stojaki z okularami przeciwsłonecznymi, masywne plastikowe konie, tygrysy, lwy, miniaturowe luksusowe kabriolety kołyszące się za dwa, za pięć złotych. Prawie nadzy, opaleni, obwieszeni nadmuchanymi kołami, materacami, orkami plażowicze leniwie drepczą pomiędzy pomalowanymi na brązowo drewnianymi płotkami, niewysokimi cyprysami iglaków. Zaglądają sennie w talerze jedzących, spoglądają na ich pokryte kroplami potu nachylone twarze. Dzieci w większości nie chcą jeść, grymaszą, wiercą się na ławkach, dokazują beztrosko, a niektóre biegają między stolikami, pokrzykując bawią się w berka. Bursztynowowłosa czterolatka śpi złożywszy główkę obok tabletu na podsuniętym frotowym ręczniku, ze spoconej rączki wysunęła się różowa arielka.
Morze huczy za wydmą, za czerwcowym sosnowym lasem. Nad ulicą z przytłumionym terkotem przelatuje pomarańczowa awionetka, pozdrawia machaniem skrzydeł tych na dole i znika za dachem najbliższego domu.
Obok płotka na skraju wąskiego chodnika prowadzącego do białej ściany lodziarni pod osypującą się wonnie akacją cygański, może siedmioletni chłopiec. Siedzi na taborecie i rozciąga opartą na gołych kolanach małą inkrustowaną szylkretem guzikówkę, poocieraną i postrzępioną. Między jego stopami w podartych adidasach plastikowa miseczka z kilkoma dwudziestogroszówkami. Akordeonik płacze w zachwyceniu, nawołuje perliście, zalewa się tęskną, poruszającą serce melodią. Cyganek to odchyla, to pochyla tułów z złotym T-shircie, jego bezbrzeżnie smutna twarz, jego lśniące czarne oczy wbite nieruchomo w ziemię niczym burzowa chmura kładą się cieniem na tym szczęśliwym, sytym świecie dokoła.
Młody brodaty inteligent z kilkuletnim synkiem zatrzymał się nieopodal zdumiony kunsztem harmonisty, oczarowany jego muzyką. Popycha lekko synka, który z wahaniem, niepewnie, prawie cofając się – wszak pierwszy raz w swoim krótkim życiu ma wręczyć datek – pochodzi i wrzuca monetę do miseczki. Cyganek nie patrzy na chłopca, nie dziękuje, kieruje spojrzenie w przestrzeń, na południe, tam, gdzie leży jego bezdomna, daleka ojczyzna.
Co za rozdzierająca rozkosz jest w śpiewie akordeonu, w jego tęsknym, urzekającym zawodzeniu.
- Janusz Gryz
- "Akant" 2012, nr 12

