Archiwum

Stefan Pastuszewski - Pamięci stanu wojennego i lat następnych

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Z końcem 1982 roku władze komunistyczne zaczęły odchodzić od twardej polityki stanu wojennego, skupiając się na ściganiu coraz mniej licznej opozycji. Był to bardzo skuteczny manewr podziału społeczeństwa na normalnych i wyklętych. Gdy nad wszystkimi niewolnikami wisi bat, to są solidarni między sobą i pomagają sobie nawzajem. Lecz gdy bat skupi się tylko na wybranych, to reszta odsuwa się od nich, aby snadź i jej nie dosięgły razy.

Od tego momentu z osób hołubionych (byli internowani) przez niektóre kręgi społeczne zeszliśmy do kategorii gości raczej niemile widzianych. Pamiętam takiego F.M., który do dziś paraduje  w glorii działacza związkowego,  jak w autobusie nr 53 jadącym na bydgoskie Wyżyny przesuwał się przez tłum, a ja za nim. Gdy dopadłem go i powiedziałem „Cześć” , to odburknął,  a jakże, lecz zaraz wysiadł na najbliższym przystanku, choć do domu miał jeszcze aż dwa.

Wprawdzie stan wojenny został zawieszony 1 stycznia 1983 roku, a zniesiony formalnie 22 lipca tegoż roku, to jednak wprowadzono tzw. szczególne regulacje prawne. Celem ich była głównie walka z opozycją.

W moim przypadku polegała ona na tym, że nie mogłem znaleźć pracy. Praca jeszcze wtedy była, gdyż komuniści ukrywali bezrobocie poprzez stwarzanie iluzorycznych stanowisk oraz traktowanie pracy jako obowiązku obywatelskiego, w spełnieniu którego ma pomóc państwo. Niemniej nie było jej dla mnie. Zanosiłem papiery do różnych instytucji, zgłaszałem się za kilka dni, aby dowiedzieć się, że stanowisko już zajęte i… odebrać papiery.

Ostatecznie, za sprawą Albina Zielińskiego, bardzo uczciwego i odważnego działacza NSZZ „Solidarność” w pionie nauczycielskim, 7 marca 1983 roku zatrudnił mnie dyrektor Zespołu Szkół Elektrycznych – Czesław Łopatka. Dostałem tylko 7 godzin tygodniowo wykładów i ćwiczeń z zakresu technologii budowy maszyn. Było to moje drugie, po pracy w Zakładach Celulozy i Papieru w Świeciu (1971-1972), stanowisko inżynierskie.

Pracowało mi się dobrze, choć musiałem intensywnie przygotowywać się do zajęć. Sprawa się rypła, gdy 30 kwietnia – w ramach ochrony Święta Klasy Robotniczej przed jej wrogami – zatrzymano mnie w areszcie na 48 godzin. Po rewizji w domu dokonano rewizji w szkole. Każdy nauczyciel miał w pokoju nauczycielskim przegródkę w szafie. I właśnie tę przegródkę – dokładnie przeszukano, czy nie ma tam jakichś ulotek.

O fakcie tym, w ramach przekazywania wszelkich danych o opozycji poinformowano wicewojewodę bydgoskiego Tomasza Gliwę. To prawdopodobnie on wymógł na kuratorze oświaty i wychowania – Stanisławie Staszyńskim zwolnienie mnie z pracy, które formalnie dokonano 5 maja. Nic o tym nie wiedząc, udałem się 6 maja na zajęcia i woźny przechwycił mnie przy wejściu, aby zaprowadzić do dyrektora. Był to jeden z najbardziej przykrych dni w moim życiu i to wcale nie ze względu na moje zwolnienie. Dyrektora Czesława Łopatkę odwołano bowiem ze stanowiska za przekraczanie swoich kompetencji, czyli zatrudnienie mnie bez wiedzy kuratorium, co oczywiście formalnie nie było wymagane. Ten szlachetny człowiek poniósł konsekwencje znacznie większe niż ja, bowiem był on na rok przed emeryturą. Patrzyłem w jego oczy jak zbity pies, a on mówił, że nie mam co się martwić, bo on wiedział, co zrobił i zdawał sobie sprawę z konsekwencji. Specjalnym pismem wystąpiłem kilka dni później w obronie C. Łopatki,  lecz kurator stwierdził cynicznie, iż „środek odwoławczy od tej decyzji przysługuje wyłącznie zainteresowanemu pracownikowi”. Na mój wniosek o ponowne zatrudnienie, tym razem w charakterze nauczyciela języka polskiego, kurator odpisał lapidarnie, iż nie przyjmuje mojej oferty.

Po kilku miesiącach znalazłem zatrudnienie jako robotnik w zakładzie rzemieślniczym Bronisława Kamzola. Dobry to był człowiek; wiedział, że mam białe dłonie bez odcisków (tak bolszewicy swego czasu klasyfikowali, najczęściej do odstrzału, inteligentów), ale postawił mnie przed prasą, którą wyrabiał pierścienie Zimeringa. Trzeba było kauczukowy proszek wsypać w okrągłą, podgrzewaną formę, w którą wcześniej należało włożyć sprężynkę w kształcie pierścienia i, wieszając się na dźwigni, pociągnąć ją na dół, przytrzymując minutkę, dwie. Gdy przytrzymywało się za długo, to zwulkanizowane pierścienie nie lśniły radośnie, tylko wyłaziły spod prasy zmatowiałe.

Po kilku godzinach trzeba było samemu te zmatowiałe z wykonanej partii usunąć. Było mi strasznie głupio, gdy braków znajdowało się więcej niż wyrobów dobrych.

Pan Bronisław tylko kiwał głową i… zapisywał na moje konto, bo przecież nawet rzemieślnik musi jakiś rachunek ekonomiczny prowadzić, całą partię. Trwało to kilka miesięcy, wypłata wystarczała na pokrycie niezbędnych wydatków.

Nie wiem, czy to za sprawą tego „rachunku ekonomicznego”, czy działań SB, zostałem pod koniec roku zwolniony ze stanowiska wulkanizatora. W każdym razie pan Bronisław mówił o jakiś „smutnych panach”.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok