Przed wielu laty, może na przełomie mileniów, sam Autor przysłał mi cenny i ciekawy prezencik, książkę poetycką pt. Sonety i poematy (Kielce 1999), dodatkowo z miłą dedykacją. Oczywiście, był to Stefan Pastuszewski, którego pisarstwo znałem już wcześniej i kojarzyłem wyłącznie z paradygmatem awangardowym. A tutaj sam tytuł zapowiadał coś innego, świetnie! Muszę szczerze przyznać, że cykl pt. Trzynaście sonetów (tamże) zrobił na mnie ogromne wrażenie, primo – przez zaskoczenie, secundo – przez klasyczną formę wierszy (wszak sama nazwa «sonet» jeszcze niczego nie gwarantowała w dobie tryumfu postmoderny!), tertio – przez aspekt treściowy, czyli zawartość wewnętrzną, tematykę miłosną. Dla przykładu zacytuję pierwszy wiersz cyklu:
Peró Laura… Ricordo questo momento
A jednak Laura… Pamiętam tę chwilę.
Drzwi się otwarły. Powiew wiatru. To ja.
Sznur opowieści… Mego wzroku sztylet
Topniał niczym lód w kotle słów: Jest moja.
Dziś patrzą na mnie i drzewa, i kwiaty.
Słońce najwyższe rozmawia, a rzeka
Dłońmi mnie pieści… Poprzestanę na tym,
Bo wiem, że Laura wszędzie na mnie czeka.
Tak jest, gdy człowiek nie czeka miłości,
Ale jest gotów z drugim świat podzielić –
Wtedy on wszędzie i wszystko w nim gości.
I pustą nocą, gdy aż głazem szelest
Najmniejszy powiew z księżycowej bieli
Koi: Invece peró L’aura que é…
Mamy tu wszystko, co trzeba: 11-zgłoskowiec, układ rymów abab etc., cezurę, podział na część opisową i część ogólną (filozoficzną), pointę, śmiałe metafory, romantyczny nastrój. A więc klasyka. Aha, arcyważny bonus: oryginalne cytaty ze sonetów mistrza Petrarki, jako tytuły kolejnych wierszy! Mało tego, za każdym razem pierwszy werset sonetu jest polskim tłumaczeniem tytułu – wspaniały, wyszukany koncept, jakoby rodem z poezji barokowej. Wówczas z czymś TAKIM zetknąłem się po raz pierwszy w życiu. Wszyscy inni nasi poeci na dorobku, wschodzące gwiazdy i czerwone karły, kopiowali Różewicza, Stachurę, O’harę czy Cummingsa, a tu jeden Pastuszewski z Bydgoszczy odważnie – a może wręcz prowokacyjnie? – zaoferował COŚ tak radykalnie odmiennego, wręcz staroświeckiego! (Prawda, inni też wtedy „pisali sonetem”, np. Rymkiewicz, Rudnicki czy Utkin, ale żaden nie zaproponował czegoś TAK tradycyjnego, a jednocześnie wyrafinowanego!).
Jak wspomniałem, pozwoliłem sobie przytoczyć tutaj pierwszy wiersz cyklu, ale zamiast niego mógłbym wybrać każdy inny z tego zestawu, gdyż wszystkie te sonety wyraźnie korespondują ze sobą, są świetne i spójne, a więc bliźniaczo podobne. Zatem czyżby moje wskazanie na cykl 13 sonetów nie było wykroczeniem poza konwencjonalne ramy tej rubryki? Z pewnością TAK, jednak merytorycznie TO nie ma znaczenia, w myśl zasady pars pro toto, choć przyznaję: trochę opacznie pojętej…
W koncepcie Pastuszewskiego zobaczyłem rzecz na wskroś oryginalną, która – paradoxalnie! – zgrabnie łączy w sobie stare i nowe, kunszt i prostotę, przeszłość i teraźniejszość. W tamtym czasie nie znałem jeszcze opinii poety i krytyka, Janusza Drzewuckiego, który kiedyś powiedział: „jesteś tak dobrym poetą, jak dobre są twoje sonety”. Właśnie!!! Oto więc Autor Listów do Pani zasłużył na chlubne miano – „bydgoski Petrarca”. Skądinąd udowodnił, że potrafi wdzięcznie opiewać zalety i walory swojej Laury, więc jakimś mizoginem czy antyfeministą nie jest, o co niektórzy wprost go posądzali. To odkrycie takoż mnie ucieszyło, ponieważ sympatyzowałem z jego jawnie krytyczną postawą wobec płci niewieściej.
Kiedyś kol. Sobek Odrowąż stwierdził: „W poezji Chyczyński jest chory na klasykę”. Podobno w każdej plotce jest pestka prawdy, ale tu muszę zdecydowanie zaprzeczyć: nigdy tak nie było! Proszę mnie nie mylić ze śp. Zbychem Szwają. Wiem tylko, że o wiele trudniej napisać wzorowy sonet niż wiersz awangardowy. (Pan Stefan, w skrytości ducha, chyba przyzna mi rację).
Być może rezonująca lektura Trzynastu sonetów zmotywowała mnie, już po latach, do skompletowania zbioru Sonety kalwaryjskie (Bydgoszcz 2010). Tego nie pamiętam, tego nie wiem, ale jedno jest pewne – mocno zmieniła moją optykę na całą twórczość poetycką Sekretarza „Akantu”. Et gloria Deo! Sic!

