Ominął mnie pierwszy dzień festiwalu, bo już było późno. Położyłem się bardzo zmęczony, ale następnego dnia rano od razu wyruszyłem do Saalbau Essen, gdzie mieli koncertować moi znajomi Franz Josef Degenhardt i Dieter Süverkrüp.
Z nowych ciekawych osób pojawili się: angielski muzyk bluesowy i rockowy Alexis Corner i Julie Driscoll – aktorka i wokalistka rockowa, również z Wielkiej Brytanii, a po południu zespół Tangerine Dream, niemiecki zespół rockowy grający muzykę elektroniczną, założony w 1967 roku przez Edgara Froesego. Była to już inna muzyka niż bardowie z Burg Waldeck, nowocześniejsza. Dieter Süverkrüp opowiedział mi, że Edgar Froese przyjechał do Berlina Zachodniego w połowie lat sześćdziesiątych, by studiować sztukę. Wśród wielu zajęć rzeźbił inspirowany sztuką Salvadora Dalego. W miarę, jak przez zespół przewijali się kolejni członkowie, w tym Klaus Schulze, jego muzyka zdradzała coraz wyraźniejsze wpływy surrealizmu, a zespół przybrał ostatecznie surrealistyczną nazwę Tangerine Dream, Mandarynkowy Sen.
– A Julie Driscoll – opowiadał Dieter – kojarzona jest z subkulturą modsów.
– Co to takiego? – zapytałem zdziwiony.
– Coś pośredniego między rock and rollem, rhythm and bluesem, modern jazzem, beatem, popem, jazzem a hard rockiem.
– O rany, to już nie dla mnie – westchnąłem.
Dieter roześmiał się. Chciał mnie jeszcze bardziej zadziwić. Dodał z humorem:
– A modsi wywodzą się głównie ze środowisk robotniczych, początki ruchu są z londyńskiego Soho. Charakteryzują się nienawiścią do edukacji, zainteresowaniem najnowszymi trendami mody oraz muzyką eksperymentalną. Często noszą bujne włosy. Lubią też szokować pełnym jaskrawych barw, krzykliwym i prowokującym wyglądem.
Obok nas pojawił się Franz Josef. Ucałował mnie serdecznie i przywitał się. Słyszał końcówkę naszej rozmowy. I dodał od siebie:
– A gdzieś tu krąży Frank Zappa ze Stanów, który jest w radzie doradczej festiwalu. Występuje ostatniego dnia, tak jak ty. To dopiero będzie, zobaczysz!
– Co takiego?
– Będzie śpiewał z amerykańskim zespołem rockowym z Kalifornii „Mothers of Invention”. To eksperymentalny styl muzyki rockowej, charakteryzujący się improwizacją, mocnymi, hipnotycznymi rytmami i eksperymentami dźwiękowymi – wyjaśnił Franz Josef.
Śmiali się z Dieterem, patrząc na moją stropioną minę. Dieter mnie pocieszył.
– Ale nie martw się. Będą jeszcze nasi starzy znajomi. Dzisiaj na przykład „Bracia Konrad” i bliźniacy Hein i Oss. Jutro Hannes Wader, w niedzielę Hanns Dieter Hüsch, czyli folk i protest-singerzy z klasycznymi gitarami, ich przecież znasz.
Odetchnąłem z ulgą.
– W niedzielę o dziesiątej rano również ja występuję. Przyjdźcie koniecznie – zaprosiłem ich.
– A widziałeś już swoją nową płytę? Tutaj ją można kupić – zainteresował się Franz Josef.
Ucieszyłem się bardzo, ciśnienie mi skoczyło.
– Gdzie…, gdzie jest?!
– Przed wejściem do każdej większej sali koncertowej. Klaus Preis też gdzieś tutaj krąży. Znajdziesz go. A teraz idziemy posłuchać „Tangerine Dream”. Musimy się przemieścić do Audytorium Uniwersytetu Pedagogicznego. Może tam go spotkasz. Każdy chce usłyszeć ten zespół – Franz Josef pospieszał nas.
I podwiózł swoim autem, choć nie było daleko. Sala wypełniona po brzegi, głównie młodymi ludźmi. Płyty były sprzedawane w holu przed wejściem. Obok do nabycia również fotografie Marksa, Engelsa i innych przywódców proletariackich, a także ku mojemu zdziwieniu fotki półnagich dziewczyn. Już musieliśmy wchodzić na koncert, nie było czasu szukać mojej płyty. W trakcie występu, przy niektórych utworach młodzi wstawali i zaczynali tańczyć. Zespoły też szalały, dosłownie stawały na głowach. Panował ogólny luz, podniecenie i radość. Po koncercie zatrzymałem się przy stoiskach z płytami i zaczynałem grzebać w stertach longplayów. Nie zapomnę chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłem swoją płytę. Zacząłem ją oglądać i czytać tekst umieszczony z tyłu okładki.
– Aleks! Mam dla ciebie kilka sztuk w podarunku, nie musisz kupować – usłyszałem za sobą znajomy głos.
– Klaus! Dobrze, że jesteś!
Doktor Preis wziął mnie ze sobą. Deszcz strasznie lał, więc przebiegliśmy szybko do jego samochodu, eleganckiego forda z przyczepą. I tam były miedzy innymi moje longplaye. Klaus okazał się bardzo porządnym człowiekiem i dał mi zaraz pięć płyt. Obok przechodził Carsten Linde ze swoją żoną i także wziął w podarunku kilka. W ten sposób go poznałem. Preis przedstawił nas i przypomniałem sobie, że to ten człowiek, który pisał o moich pieśniach w gazecie. Znajomość była owocna, po którejś rozmowie w trakcie festiwalu Carsten zaprosił mnie na występ w Karlsruhe w listopadzie, czyli za dwa miesiące. Miał to być mój godzinny recital z pieśniami obozowymi w jego klubie „Werkstadt 68”. Poprosił tylko o szybkie przesłanie mu materiałów, bo planuje wydrukować broszurę z programem i informacjami o moim artystycznym życiu i przeszłości obozowej.
Następnego dnia na koncertach znowu były tłumy. Jak się później dowiedziałem, w ciągu pięciu dni aż czterdzieści tysięcy widzów obejrzało czterdzieści trzy pozycje programowe. Był to największy europejski festiwal muzyczny tych lat. Miał tu nawet wystąpić zespół „Pink Floyd”, ale odwołał swój występ w ostatniej chwili, choć wymieniony był już w programie. Festiwal w Essen odbył się 15 miesięcy po festiwalu Monterey Pop w USA, ale był trochę inny. Przede wszystkim otwierał publiczność na różne rodzaje muzyki, nie tylko pop, ale i pieśni folkowe, pieśni protestu, underground, ambitny rock. O tym festiwalu często się mówi jako o miejscu narodzin Kraut Rocka. To nie tylko koncerty, ale też wykłady, seminaria i dyskusje. Temat główny to: „Piosenka jako forma wyrazu naszych czasów”. Na przykład dzisiaj dyskutowano o pieśni jako odzwierciedleniu sytuacji społecznej i politycznej. Spotkałem też Gertrude Degenhardt, która nie tylko towarzyszyła Martinowi jako organizatorowi i redaktorowi pisma, które wychodziło w trakcie festiwalu, ale także robiła projekt i ilustracje do tego mini-magazynu. Wszystko: festiwal i czasopismo sponsorował Urząd ds. Opieki nad Młodzieżą Miasta Essen. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak ważne to wydarzenie. Przybył nawet do nas burmistrz Essen, ale zbuntowana młodzież tylko się z nim kłóciła, choć on przecież sponsorował to wydarzenie. Był niezwykle pozytywnie nastawiony i odpowiadał na wszystko, że sam fakt, że się tak wspólnie dyskutuje i to również z nim, to już nowy poziom wolności słowa i twórczości. Rolf-Ulrich Kaiser, jeden z głównych organizatorów, napisał w czasopiśmie festiwalowym, że jest to wydarzenie muzyczne poszerzające świadomość, psychodeliczne, otwierające na inne sposoby przeżywania i tym samym emocjonalnie kwestionujące to, co zostało nabyte i do czego jesteśmy przyzwyczajeni.
Tego dnia na widowni dostrzegłem dużo przyjaciół nie-muzyków, ludzi których poznałem już wcześniej na występach w Niemczech. Brigitte Hege ze swoim chłopakiem Francuzem przywitali się ze mną ciepło. Dziewczyna mogła być na koncercie jeszcze przez godzinę, a później jechała do rodziców do Kolonii, ale jej narzeczony obiecał zostać aż do mojego koncertu w niedzielę. Znajoma fanka muzyki, Astrid z Essen uściskała mnie przyjacielsko i zaprosiła do siebie na obiad. Dzięki niej wpadłem na pomysł następnej płyty. Kazała mi śpiewać polskie pieśni ludowe. Podobały jej się bardzo. W Niemczech znajdowałem dla nich większe zrozumienie niż w Polsce. Powstała we mnie myśl, żeby zaproponować doktorowi Preisowi nagranie płyty „Polnische Volkslieder”. Opowiedziałem mu wstępnie o pomyśle i stwierdziłem, że najlepiej nagrać od razu, póki jestem w Niemczech. Zgodził się, zachęcony doświadczeniem z poprzednią płytą i powiedział, że zaraz po festiwalu zabiera mnie na dwa dni do siebie do Heidelbergu i będziemy nagrywać. Miałem mu podać adres mojego hotelu i w niedzielę chciał mnie spod niego zabrać. Wszystkie pieśni znałem oczywiście na pamięć, więc nie było problemu.
Spotkałem też Georga Büdgensa, który często gościł na takich wydarzeniach. Zostawał do niedzieli, do mojego koncertu. Rozmawialiśmy o muzyce. Opowiedziałem mu, że bardzo podobał mi się też występ Bernda Witthüsera, który był niemieckim muzykiem folkowym. Zaczynał jako śpiewak protestacyjny i uliczny muzyk. Jego teksty kwestionowały system, były krytyczne społecznie i skupiały się szczególnie na sytuacji w Zagłębiu Ruhry oraz na obawach ludzi tam mieszkających i pracujących. Został dyrektorem zarządzającym naszego festiwalu w Essen. Był też koordynatorem i menedżerem w Podium-Club w tym mieście, angażował i opiekował się występującymi tu artystami. Zaprosił mnie na niedzielny wieczór do tego klubu na występ po moim oficjalnym koncercie w Saalbau Essen, na szczęście to blisko, w centrum miasta. Georg Büdgens miał tam dotrzeć po moim występie na Essener Song-Tage. Nie mogłem przepuścić takiej okazji.
ROZDZIAŁ 38
W niedzielę rano dostałem osobną salę na mój występ. Hannes Wader, Hanns Dieter Hüsch i Bernd Witthüser koncertowali razem w głównej sali Saalbau Essen z innymi bardami. Ja byłem odrębny, widocznie ten rodzaj muzyki i przesłanie wymagało odróżnienia. Na widowni dostrzegłem najpierw Klausa Preisa, a później znajomego Francuza od Brigitte Hege, Astrid, Georga Büdgensa i innych znajomych. Ucieszyłem się, że przyszli moi znajomi bardowie: Franz Josef Degenhardt i Dieter Süverkrüp. Martin i Gertrude dotarli spóźnieni i usiedli w jednym z pierwszych rzędów. Oświetliły mnie reflektory. Menedżerka festiwalu panna Schadeln przeczytała mój biogram i zeszła ze sceny. Nie było prowadzącego, sam musiałem komentować wykonywane pieśni. To dawało mi wolność. Zapomniałem o publiczności. Myślami przeniosłem się do obozu. Tylko ja i mój ból, i miliony pomordowanych, którzy stoją za mną. Oni dodają mi siły. Na początku odśpiewałem jak zwykle „Żydowską pieśń śmierci”, dobitnie i szczerze. Zapomniałem o wszystkim i śpiewałem testament mojego przyjaciela. Jako drugą wykonałem słowacką pieśń „Powiedzcie mojej matce”. Potem „Kołysankę dla synka w krematorium”. „Ukrzyżowanego 1944” nie zaśpiewałem, nie chciałem przeciągać struny. „Pieśń miłosna” z Majdanka do słów Zofii Karpińskiej była następna, a potem w języku niemieckim „Żywe kamienie”. Utwory „Szymon Ohm” i słowacka melodia „Gdzie się podziały moje złote czasy” zostały przyjęte bardzo gorąco i serdecznie, co mnie trochę zdziwiło. Niemiecka telewizja nagrała część mojego koncertu, w drugim programie TV, który szedł na całe Niemcy. Dowiedziałem się później, że byli szczególnie zainteresowani, bo to ekipa lewicowa, a jeden z filmowców był w czasie wojny w Arbeitslagrze. Publiczność oklaskiwała mnie wstając z siedzeń, choć prosiłem, żeby obyło się bez oklasków. Po występie podeszło do mnie dużo ludzi, także licealiści, którzy chcieli moje teksty. A potem inni młodzi Niemcy. Grupa Belgów z naczelnym redaktorem pisma „Troubadour” otrzymała ode mnie moje fotografie i wydrukowane słowa pieśni. Do tego czasopisma pisywał Rolf-Ulrich Kaiser. Podobno wychwalano tam pod niebiosa Degenhardtów.
Po południu Belgowie, młodzi Niemcy i Georg Büdgens pojawili się w Podium-Club na moim następnym koncercie. Tam mogłem już sobie pozwolić na występ dwugodzinny, tym bardziej, że publiczność nie chciała mnie wypuścić ze sceny. Potem przenieśliśmy się na dyskusje przy klubowych stolikach. Młodzi ludzie byli za mną. Na długo zapamiętałem słowa studenta Andreasa:
– Pan nie wie, jaki pan jest dla nas niezwykły. Nam tu niby niczego nie brakuje. Nasze rodziny są bogate, mamy piękne auta, a pan tu przyjeżdża, taki zwykły człowiek, niezbyt majętny. Ale to pan właśnie pokazuje nam, że nasi rodzice mają ręce splamione krwią.
A jego dziewczyna Britta dodała:
– Pan pokazuje nam, że przeszłość jest jak zmurszały ząb, który trzeba wyrwać.
– Pan żąda: ludzie nie pozwólcie, by znowu to wszystko się powtórzyło! – z przejęciem odezwał się Andreas.
– Mam wrażenie, że dla starszego pokolenia Niemców pieniądz jest jak tratwa ratunkowa, żeby nie pamiętać o przeszłości. Skupiamy się na zarabianiu, a ich wydawanie ma przynosić szczęście – zauważył Georg.
– Myślę, że jest gorzej – zauważyła Britta. – Tutaj już pieniądz zaczyna być ważniejszy niż ludzkie życie i przeciw temu się buntujemy, sprzeciwia się nasze pokolenie, ale nie tylko.
– Słyszałem o buncie młodzieży na zachodzie, ale do nas, do peerelowskiej Polski niewiele dociera – byłem zaciekawiony.
– A o Rudim Dutschke pan słyszał?
– Nie, ostatnio byłem w Niemczech w marcu, nic do mnie nie dotarło.
– W Wielki Czwartek, który wypadł wtedy jedenastego kwietnia, w Berlinie został postrzelony w głowę przez robotnika Josefa Bachmanna. Na szczęście przeżył, ale był poważnie ranny. Wcześniej było coś, co mogło zainspirować tę zbrodnię. Przed zamachem pojawiło się kilka artykułów w prasie Springera. Polemizowano w nich ze zbuntowanymi studentami, a szczególnie z Dutschke – mówiła przejęta Britta.
Jej chłopak dodał zaaferowany:
– W kieszeni Bachmanna znaleziono artykuł z nagłówkiem: „Zatrzymajcie natychmiast czerwonego Rudiego”. Rozgniewani studenci zrobili potem demonstracje. Doszło do bitew ulicznych, jakich dawno nie było w Niemczech i to w kolejne dni wielkanocne. Znowu były ofiary, nawet śmiertelne, jak dziennikarz Klaus Frings, czy student Rüdiger Schreck.
– O tym nic nie wiedziałem – wyjąkałem przejęty.
– Czternastu lewicowych intelektualistów pod przewodnictwem Theodora Adorno wydało oświadczenie przeciw podżeganiu przez koncern prasowy Springera – dodała Britta.
– Protestujecie też przeciw wojnie w Wietnamie?
– Przeciw wojnie w ogóle. I możliwości odrodzenia faszyzmu, dlatego pan jest dla nas tak ważny. Przeciw próbom pomniejszenia zbrodni, a także aprobacie, jaką w części społeczeństwa mogą znaleźć neofaszyści – Britta była niezwykle mądrą dziewczyną, jak większość jej rówieśników.
Przejęty chłopak drapał się po głowie.
– I jeszcze jest coś ważnego – dodał. – Demonstracje pokojowe i pieśni pacyfistyczne mają uświadomić następne potencjalne zagrożenie. Bronią atomową. Tego boją się wszyscy. Ostrzegamy przed zagładą nuklearną, która może zagrozić ziemi.
Zacząłem wszystko rozumieć i doceniać pieśni protestu i festiwale, jakie organizowali młodzi. W jednej chwili otwarły mi się oczy. I jakby na ironię elegancka kelnerka przyniosła nam deser: wiśnie na śmietanie.
– Znacie pieśń „Kirchen auf Sahne”[1] Dietera Süverkrüpa?
– Nie, tego akurat nie.
– W małej kawiarence spotykają się ludzie z dwóch pokoleń. Jedno z nich uosabia para młodych zakochanych, tak jak wy – tu Andreas i Britta popatrzyli na siebie. – Drugie natomiast były więzień obozu koncentracyjnego, taki jak ja. Trzęsący się człowiek, ciągle wspominający przeszłość. „Sitzt der zittrige Mann/ Mit der Narbe am Auge/”[2]. W tekście Dietera jeszcze ze szramą na oku.
– I takie same wiśnie jak tutaj? Coś takiego…
– Na śmietanie, takie same. Tylko, że starszy człowiek widzi w nich ślady krwi na śniegu – „Blutspur im Schnee”.
– Niesamowite…
– Dieter jest bardzo utalentowany. A zakończenie takie: „Leben ist Leben /Wer hat das nicht?/ Zehntausend Tote/”, „Życie jest życiem./ któż go nie ma?/ dziesięć tysięcy zabitych/.” Przecież każdy ma życie, to niby banalne, ale nie każdy, ci zabici już nie.
– Wstrząsające!
Myślę, ze ci młodzi będą pamiętać ten wieczór tak długo, jak ja.
Przegadaliśmy dużo czasu. Zrobiło się późno. Nagle zobaczyliśmy poruszenie przy drzwiach i grupę naszych przyjaciół, z którymi był Klaus Preis.
– Przyszliśmy się z tobą pożegnać, Aleks i pogratulować koncertu – zawołała Gertrude. Był z nią Martin i Franz Josef.
– A ja zdecydowałem, że pojedziemy jutro rano, będzie bezpieczniej, bo teraz wszyscy bardzo zmęczeni i lepiej się wyspać. Przyjadę po ciebie, Aleks, jutro do hotelu. A jak chcesz, to teraz cię tam odwiozę.
Pożegnałem się ze swoimi młodymi przyjaciółmi i z Georgiem, podziękowałem im za rozmowę, oni mi za koncert. Wyściskałem się z Degenhardtami i położyłem spać w hotelu przejęty. Chciałem przetrawić w nocy nowe fakty, o których się dowiedziałem. Rano wstałem oczywiście niewyspany, ale pod hotelem czekał już w samochodzie Klaus, więc pozbierałem się szybko.
– I jak festiwal. Aleks? Jak ci się podobał?
– Teraz chyba dopiero doceniłem w pełni te wasze pomysły i projekty. Po rozmowie z tymi młodymi.
– A kto cię zachwycił najbardziej?
– Raczej bez nowych odkryć. Mam tradycyjny gust, najbardziej cenię dobre teksty protest-songów, więc ci twórcy, co zawsze. Chyba jeszcze Bernd Witthüser. A ty Klaus?
– Ja odkryłem dla siebie Paco de Lucia, hiszpańskiego gitarzystę flamenco, który występował razem z bratem Ramónem de Algeciras.
– To on tam był, w Essen?
– Może przegapiłeś, bo wiele koncertów odbywało się równolegle, w dwóch salach naraz. Ja też mam tradycyjny gust, to przecież nie Krautrock – Klaus zaczął się śmiać.
W południe byliśmy już w jego domu w Neckargemünd koło Heidelbergu.
Małgorzata Kulisiewicz – fragment powieści BARD, która zostanie opublikowana w wydawnictwie „Austeria”
Krótko o powieści „Bard”
Aleksander Kulisiewicz był niezwykłą postacią dla polskiej historii i muzyki. Dziennikarz, śpiewak, więzień polityczny w obozie w Sachsenhausen, wykonawca i kolekcjoner materiałów muzycznych i poetyckich z obozów koncentracyjnych. Stworzył unikalne archiwum pieśni i innych materiałów obozowych, dostępne obecnie w United States Holocaust Memorial Museum. Przed wojną studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego szkolnym kolegą był Stanisław Hadyna. Już wtedy występował jako śpiewak w kabarecie w teatrze „Bagatela” i obracał się w artystycznych środowiskach Krakowa. Dzięki znajomościom ze studiów zagrał w belgijskim filmie „La noir desire”. W kabaretach wiedeńskich śpiewał niemieckie piosenki, znał świetnie ten język oraz występował z gwizdem artystycznym. Na scenie używał pseudonimu „Alex Alikuli”. Antynazistowski artykuł jego autorstwa dotarł do gestapo i Kulisiewicz został aresztowany. Siedział w więzieniu w Cieszynie w zimie 1939 – 40. W kwietniu 1940 roku został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen w pobliżu Berlina. Był więźniem z numerem 25149. Tam zapamiętywał wiersze i pieśni więźniów, zrobił w swoim mózgu archiwum, gdyż miał niezwykłą pamięć. Występował też na nielegalnych wieczorkach obozowych z pieśniami, które komponował i tekstami obozowymi do znanych melodii. W obozie przebywał do końca wojny. Powieść oparta jest na faktach, stworzyłam tylko dwie postacie inspirowane prawdziwymi osobami. Piszę o tym w posłowiu. Stworzył wielkie archiwum, które gromadził przez całe swoje powojenne życie. Materiały dostawał od byłych więźniów: Polaków, Czechów i Niemców z NRD. Koncertował po wojnie w Niemczech Zachodnich kilkanaście razy, w NRD kilka razy, w Anglii i Szkocji, w Luksemburgu i Francji, w ZSRR, USA, Czechosłowacji i w Polsce. Na festiwalach dla protest-singerów, w Klubach Młodzieżowych, prestiżowych teatrach, scenach na otwartym powietrzu. Śpiewał z gitarą, angażując emocje i pięknie modulując swój silny głos. Już po jego śmierci powstało o nim w Europie i USA dużo artykułów, programów telewizyjnych i radiowych. W Polsce jest jeszcze mało znany.
[1] „Wiśnie na śmietanie”
[2] / Siedzi trzęsący się człowiek/ Z blizną na oku/.

