Archiwum

Barbara Kęcińska – Lempka - NIOSĄCY DRZEWCE

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Opowiadanie Marii K.


    Pociąg zahamował gwałtownie. Wyrwana z płytkiego snu spojrzałam na oświetloną nazwę stacji i nagle przypomniałam sobie Marię K. Tak, to właśnie w G., w czasie reporterskiej wizyty, wysłuchałam jej opowiadania. Był chyba 1993 rok. Drobna, szczupła kobieta nerwowo poruszała się po zagraconym mieszkaniu, rzucając na stół coraz to nowe gazety, wycinki i dokumenty.

Proszę, oto jeden z trzech dzienników, jakie od lat ukazują się w naszym mieście. Niech pani spojrzy to duże zdjęcie na pierwszej stronie i przeczyta podpis: „Nasz fotoreporter uchwycił aparatem fotograficznym, widoczny tu na zdjęciu, traktor z przyczepą, a w niej roześmianych braci zakonnych... Pytani dokąd jadą, odkrzyknęli, że na wykopki. On z kolei zawołał „Szczęść Boże!” Podpisane A.W.
Dziwi się pani zapewne co mnie tak w tym denerwuje. To wszystko przez tę cholerną pamięć i manię pisania. W tych grubych zeszytach znajdzie Pani wszystko: notatki z pierwszych dni pracy w redakcji, (tak, tak też pracowałam w tym samym miejscu co autor wzruszającego podpisu), ulotki ze stanu wojennego, wycinki z gazet, bon towarowy na cukier, a nawet opakowanie po czekoladzie, a właściwie po wyrobie czekoladopodobnym. Widzi pani jaka była wtedy propaganda i wiara w potęgę słowa. Na opakowaniu napisano „I W KRYZYSIE NIE DAMY SIĘ”
    Pomówmy jednak o moim bohaterze. Będzie nim, jak się już pewnie pani domyśla, autor zdjęcia i tej notatki. Teraz woła „Szczęść Boże”, a jeszcze niedawno alarmował przełożonych, że zatrudniona w redakcji plastyczka, w czasie służbowych podróży po regionie, samowolnie robi szkice starych kościołów.
-„Znów widziałem cię na ulicy z tym dysydentem. Masz szczęście, że pracujesz tylko w tej brukowej popołudniówce. Od nas dawno wyleciałabyś z roboty” – ostrzegał mnie lojalnie.
Wiem, wiem! Słyszy pani jad w moim głosie. Być może myśli pani, że swoim opowiadaniem chcę załatwić swoje prywatne porachunki. Boże broń! Nie chodzi mi o konkretną osobę, chcę pokazać postawę pewnej grupy ludzi. Mój bohater jest tylko tym przysłowiowym krzywym zwierciadłem, w którym niejeden może się przejrzeć.
Zna pani myśl Jerzego Leca? „Niósł drzewce sztandaru z takim zapałem, że wcale nie zauważał, że sztandar się zmienia”
„Teraz mówi tak, a jeszcze niedawno...” – często słyszę to w autobusie, sklepie, na korytarzach urzędów. Widocznie nie tylko ja mam tę cholerną pamięć.
    Czy ja panią czasami nie nudzę? Niestety, teraz muszę opowiedzieć trochę o sobie bo moje losy splatają się z losami bohatera.
    W latach siedemdziesiątych, za komuny, znudzona pracą w biurze, znalazłam zajęcie w korekcie jednej z trzech gazet, ukazujących się w naszym regionie. Chciałam pisać i sądziłam, że z korekty łatwiej będzie mi przejść na etat dziennikarza. Nic trudniejszego. Prasa była feudalnie zhierarchizowana. Z niższego stanu trudno było wedrzeć się w górę. Wkrótce zresztą zrezygnowałam ze swoich starań – polubiłam drukarnię z jej luzem, żartami i niefrasobliwością. W redakcji panowała atmosfera dziejowej misji, tu w drukarni żartowano ze wszystkiego. Chociaż i do nas wdzierała się czasami polityka. Pamiętam, że któregoś dnia, a był to przyjazd do naszego miasta Teodora Żiwkowa,  pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Bułgarii, wpadł naczelny porannego dziennika z awanturą: „Tyle daliście w gazecie nekrologów, i to właśnie dziś, kiedy witamy tak dostojnego gościa!”
    W drukarni wiele pracy mieli retuszerzy zdjęć (komputerów nie było). Często na fotografiach z obrad Komitetu Wojewódzkiego PZPR trzeba było pędzelkiem otwierać oczy drzemiącym członkom partii, to znów chować język towarzyszowi Gierkowi. Z takim zapałem dekorował lokalnego działacza, że nie bacząc na flesze, język wysunął. Czasem cenzura, a każdą stronę przed drukiem goniec zanosił do cenzora, czasem cenzura kazała wymazać komin z jakiegoś zdjęcia, by wrogie siły nie poznały naszej topografii. Na jubileusz gazety urządzono wystawę reprodukcji jej tytułowych stron z minionych lat. Na niektórych zdjęciach, obok redaktora naczelnego, (ciągle ten sam), widniał poprzedni, skompromitowany w grudniu 1970 roku, sekretarz partii. „Wymazać go, zamiast niego dać szare tło” – zadysponował redaktor naczelny. Jeszcze wtedy nie czytałam Orwella.
    Zdarzały się też WIELKIE WPADKI, o których nawet po latach opowiadano ze zgrozą. Przed laty wycofano z kiosków cały nakład z wielkim tytułem „ROCZNICA URODZIN WIELKIEGO LENIA”. Bielmo wszystkim padło na oczy i nikt nie zauważył jak i kiedy WIELKI LENIN zmienił się w WIELKIEGO LENIA. Ale była afera! Na szczęście zaczęła się chwilowa odwilż i nikt nie poszedł siedzieć. Cóż wobec tego znaczyły takie pomyłki jak ta w tytule cotygodniowego felietonu. Zamiast „Proszę o minutę” wydrukowano „Proszę o minetę”
    Drukarze skłonni byli do figlów. Jedna z gazet nad tytułem reprodukowała Order Sztandaru Pracy, którym była odznaczona. W stanie wojennym nieznany żartowniś lekko uszkodził ołowianą matrycę i trzymającemu sztandar mężczyźnie z orderu dorobił okazałego kutasa. Przez kilka dni, lejący na wszystko facet, ozdabiał tytułową stronę gazety zanim wszczęto alarm i śledztwo, które oczywiście niczego nie wykazało. Praktycznie każdy z drukarni miał dostęp do odlanej z ołowiu strony. Redaktor naczelny chodził jak struty z widmem więzienia w oczach.
    Na pewno się pani niecierpliwi. Gdzie nasz bohater? Chwileczkę. Już wkracza: z rozwichrzoną brodą, w aurze lekkiej pobłażliwości. („To trochę taki cygan, artysta”). Przychodził do drukarni, by zostawić recenzję z ostatniego teatralnego spektaklu. Egzystował na peryferiach polityki, choć niekiedy z dumą pisał o kulturze socjalistycznej, słusznej linii naszej Partii i wrogich siłach rewizjonizmu. „No wiesz, muszę się trochę wykazać, znów podpadłem” – mawiał, gdy już poznaliśmy się bliżej.
Był ostrożny. Starał się „nie podpaść”. Obruszył się, gdy poeta z którym przeprowadzał wywiad, zaproponował, by przy ustalaniu tytułu publikacji, wykorzystać tytuł jego ostatniego tomiku wierszy „Pomyśl, zanim spadnie gwiazda”. „Ależ, co pan mówi? To mogło by być odebrane jako aluzja polityczna!” – wystraszył się nasz bohater.
    Tajemnicą poliszynela był fakt, że wcielał się również w czytelników. Raz w tygodniu, gazeta, w specjalnej rubryce, drukowała opinie czytelników. Nieszczęsny redaktor dyżurny nie mógł przecież wydrukować anonimu typu „Dlaczego wy ch....e kłamiecie?”. Zdeterminowany sięgał po pióro i wcielał się na przykład w Zenona Kaczmarka, czy Ryszarda Jaskólskiego. Nasz bohater często pisywał jako emerytka Benona Marciniak. Utyskiwał na sąsiadów słuchających głośno „Wolnej Europy”, krytykował kościół, narzekał na wrogą propagandę, omawiał „ze swojego podwórka” najnowsze dyrektywy partii. Krążyły plotki, że za te listy redakcja płaciła wierszówki, ale tego na pewno nie wiem.
    Zbieg okoliczności sprawił, że przeszłam na etat dziennikarza popołudniówki. Wahałam się, przyzwyczajona do pracy w korekcie. „Jak ty się w ogóle możesz zastanawiać, to taki awans społeczny.” – przekonywał mnie nasz bohater. Miesiąc później spotkaliśmy się na otwarciu linii tramwajowej. Nie ukrywał swojego zaskoczenia: - „Tak krótko pracujesz i na takie odpowiedzialne zadanie ciebie wysłali?” „Jakie odpowiedzialne zadanie? Otwierają linię tramwajową, mam napisać krótką notatkę, co w tym trudnego?” pytałam zdziwiona.
-„Możesz przecież pomylić kolejność zaproszonych gości!” – stwierdził.
Pomylenie kolejności partyjnych dygnitarzy i notabli był to koszmar, który śnił się niejednemu dziennikarzowi.
    Latem 1980 roku wszyscy byli wystraszeni „przerwami w pracy”. Czekano na oficjalne dyrektywy, by coś napisać. Potem czytelnicy rzekomo spotkani na ulicach powtarzali na naszych łamach partyjne slogany. Jak w wierszu Barańczaka wyjmowaliśmy ludziom własny język, a wkładaliśmy cudzy.
    Nasz bohater najpierw się bał, a potem w miarę rozwoju sytuacji, zaczął mówić o błędach władzy. Najpierw nieśmiało, potem z dumą nosił książki Sołżenicyna, tomiki Barańczaka i Miłosza, przeprowadzał wywiady z poetą dysydentem, przed towarzystwem którego, jeszcze niedawno, mnie ostrzegał. „Wreszcie mogę pisać co chcę, byle tylko nie przegiąć pały i zachować umiar” – mówił. Gdy w oficjalnych wypowiedziach zaczęły się pojawiać takie słowa jak „anarchia”, czy „racja stanu” przycichł, nie dosiadał się do mnie w bufecie, potem przechodził na drugą stronę ulicy na mój widok. Działałam w zarządzie „Solidarności”. W stanie wojennym, podczas weryfikacji dziennikarzy oceniono mnie negatywnie i, jako niepewną ideologicznie, zwolniono z pracy. Bohater został. Bał się. Zmienił nawet pseudonim. Stopniowo pisywał coraz więcej. Jego nazwisko pojawiło się we władzach dzielnicowego PRON-u.
    „No wiesz! Lepsze to niż dopuszczenie do rozlewu krwi. Bądź trochę politykiem, skończ z tym panieńskim idealizmem” – tłumaczył się, gdy odcięłam mu drogę i dosłownie przyparłam do muru w staromiejskim zaułku.
Proszę się nie przerażać nie będę teraz pani nudzić kombatanckimi wspomnieniami i opowieściami z konspiracji. Wyszłam za mąż, urodziłam dzieci. A nasz bohater? Awansował, jest już w kolegium redakcyjnym (obok swoich dawnych kolegów). Relacjonuje obrady Sejmu, pisze o opłatku u arcybiskupa. Spotkałam go nawet parę dni temu. Był pełen entuzjazmu i zapału. Nie mogłam sobie odmówić złośliwości i przypomnienia mu co pisał jeszcze niedawno.
„Ty nic się nie zmieniłaś! Przecież wiesz, że musiałem. Przestałabyś grzebać się w przeszłości. Skończmy z tymi rozliczeniami. Marnujesz tylko czas. Lepiej napisałabyś coś do gazety. Może wydrukujemy. Zaprosiłbym cię na kawę, ale się spieszę. Jestem umówiony w kurii.”. Odszedł, a ja zastanawiałam się co jest przyczyną owego zapału z jakim i on i jemu podobni niosą to drzewce sztandaru. Strach? Krótka pamięć? Chęć maszerowania w pierwszym szeregu? Potrzeba podparcia własnego, chwiejnego kroku... Ja nie wiem.
A co pani o tym myśli?


*
Opowiadania Marii K. nie udało mi się opublikować. Po co wracać do przeszłości, kogo to obchodzi? Otwórzmy się na przyszłość – słyszałam najczęściej. Nigdy więcej nie spotkałam Marii K. Wiem tylko, że już nie wróciła do redakcji, podobnie jak około tysiąca wyrzuconych z pracy w stanie wojennym dziennikarzy. „Nasz bohater”  mimo, że odszedł na zasłużoną emeryturę, pisuje od czasu do czasu na łamach, ostatnio o pedofilii w Kościele. Niedawno wydał książkę o czym szumnie informowano w internecie i zamieszczono relację ze spotkania z czytelnikami, które zorganizowały redakcja i władze miasta.

W opowiadaniu zmieniono inicjały i niektóre  nazwiska  bohaterów, wszystkie inne opisane zdarzenia i fakty są prawdziwe. Barbara Kęcińska - Lempka

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok