Archiwum

Ludwik Filip Czech - Poeta z ubocza

Jacek Mroczek wydał swoją  pierwszą, poetycką książkę "Wszystkie rzeczy". Autor jest psychologiem, dziennikarzem, specjalistą od kontaktów z mediami. Publikował w prasie literackiej, pisywał dla dzieci. Jego najnowszą książkę otwiera wiersz poświęcony córce "Jeśli umrzesz". To świadectwo ojcowskiej miłości, która zawładnęła nie tylko sercem, ale i wyobraźnią. Hipotetyczna śmierć dziecka staje się tutaj pretekstem dla dramatycznych spekulacji, źródłem refleksji nad potęgą uczuć.

Ale stawia również wyraźny akcent nad pozostałymi utworami tego zbioru. Więzy rodzinne są w nich szczególnie wyróżnione, to synonimy mostów nad przepaściami, poręczy na stromych, górskich szlakach. Ich rola jest tym większa, im mniej przyjazna jest otaczająca je rzeczywistość. A tą "zalewa fala podłości" i ludzie z "kamieniami nieprawości" w życiorysach /"Musiałem polubić życie na uboczu"/. Bohater z niepokojem konstatuje dzisiejszość, śledzi ją z dystansu. Łypie nieufnym okiem na jej "mętne zakola". Nie znajdując z nią porozumienia, wybiera życie bez koneksji,  na uboczu. Jest współczesnym rozbitkiem, który z perspektywy swojej samotni patrzy na wzburzone morze ludzi i obyczajów. Bez nadziei na rychłą zmianę pogody. We wspomnianym wierszu czytamy:

musiałem polubić życie na uboczu
wykopać rów przepastny strach
narzucić
nowe koryto strumieniowi
odgrodzić nim było i jest
bez pomostu promu i wymiany myśli
/.../

gdy przyszła wiosna
siadałem na brzegu wodospadu życiorysów
patrząc na kamienie nieprawości
patykiem znaczyłem upływ czasu
/.../

jak daleko jak blisko
jest fala podłości
/.../

Ta ponura dzisiejszość wydaje się płynąc własnym korytem. Zawsze z dala od poety, zawsze w przeciwnym kierunku. Jej fetyszem jest wkraczająca w naszą prywatność komputeryzacja /"Fan pagina"/, poluzowany gorset obyczajowym norm /"Kobiety którym jedzie z japy"/, wreszcie wszechobecny świat polityki /"Gdyby tylko"/. Ten ostatni jest maszynką do mielenia wszelkich autorytetów, wylęgarnią papierowych tożsamości, areną jałowych sporów i potyczek. Tutaj prym wiodą "ludzie z pinesek i plakatów", moralni kastraci,  twórcy bezideowych partii i rządów. Te sztuczne formy ludzkiej egzystencji trudno poecie obejść, zignorować. Są bowiem częścią miejskiego tłumu, jego kołem zamachowym, żywą maszynerią. To forpoczta współczesnych mód i trendów, tym rychlejsza, im bardziej ponaglana kompleksami. W "Śniadaniu w Warszawie" mamy obraz polskiej metropolii, gdzie na tle taniego blichtru elektryczne drzwi "przelewają ludzką zupę". Konkluzja tego wiersza jest ironiczna i gorzka, ma jednak swój głębszy, dramatyczny wymiar. Przytoczę fragment:

jem
ociężałe olejem pankejki
kawa w styropianie

w tle muzyka pop
i mitsubishi
promuje nastoletnia kukiełka

dwa garnitury
dzwonią wytrwale
do potencjalnych klientów
/.../
elektrycznie sterowane drzwi
przelewają obok
ludzką zupę

jestem jednym z warzyw

Sztuka i jej okolice zdają się być naturalnym azylem dla skonfundowanego poety. Zwłaszcza dla takiego, który nad osiedlowy gwar przedkłada kameralność. Który wraca niechętnie z prowincji w betonowy szablon miasta /"Lipie"/. Osobność Mroczka jest jednak permanentna - nawet w gronie artystów czuje się obco. Wytyka im powierzchowność, snobizm, zabawną teatralność. Tutaj pierwsze skrzypce grają pozory, sztubacka pewność siebie, przekonanie o własnym prestiżu i ważności. To przekładaniec z megalomanii, fobii i kompleksów. Autor, o ile to możliwe, wycofuje się z tych relacji. Są bowiem pokłosiem tego świata, którego dyskretnie unika. Pozostaje mu więc trzeźwe spojrzenie, garść spisanych wierszem krytycznych ocen, wreszcie wiara w słuszność własnej postawy. Odmiennej od tej, zaprezentowanej w wierszu "Literaci współcześni":

Spotykają się w muzeach
poprzerabianych przez słowa
na zakurzone świątynie

Siadają w kręgu
wysyłają do siebie myśli
papierowe

Potem puchną
ich profile
na portalach
społecznościowych

Od nadmiernych wrzodów
obecności

W tomiku "Wszystkie rzeczy" nie zabrakło wierszy osobistych, pozbawionych społecznego tła. Autor zebrał się na odwagę i stanął przed czytelnikiem bez poetyckich rekwizytów. Wydobył na światło dzienne najistotniejsze dla siebie refleksje i emocje. Mam na myśli utwory - "jest jeszcze jedna nie załatwiona sprawa", "Dziś ma się odbyć koniec świata", "Krem z Andrzeja", "Nie szukaj mnie za dziesięć lat" i kilka innych. Te wiersze są po prostu dobre, mają jasny, wiarygodny przekaz. Czyta się je z przyjemnością, nie są wykalkulowane, powstały z potrzeby serca, nie dla poklasku. Są rodzajem intymnej spowiedzi, której nie dotyczy ani pokuta, ani rozgrzeszenie. Jak czytamy w biografii autora - "książka zawiera utwory, które powstawały w ciągu dwudziestu mniej więcej lat". Można tylko zgadywać, że te wymienione powstały stosunkowo niedawno. Ich stylistyczny umiar przywołuje w myślach artystę dojrzałego, który porzuciwszy fikołki i fajerwerki zmierza konsekwentnie ku sednu. Te wiersze są ozdobą "Wszystkich rzeczy". Przytoczę w całości "Nie szukaj mnie za dziesięć lat":

Nie szukaj mnie za dziesięć lat
Gdy
Będę już starym człowiekiem

Oczy krople wosku na twarzy
Zaschną
W kamienny postument zmęczenia

Za dziesięć lat
Moimi ruchami będą kierować
Polimery plastiki i żółte tabletki

Skrzypiąc
Przejdę do drugiego pokoju
Nazywając to podróżą Magellana


 


Jacek Mroczek, Wszystkie rzeczy, Fundacja Duży Format, Warszawa 2016, str. 64.

 

We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.