W obiegu ogólnopolskim pojawiła się eseistyczna książka Michała Tabaczyńskiego Kieszonkowa metropolia. W rok dookoła Bydgoszczy. Bardzo potrzebna, bo to miasto, w końcu dziewiąte w Polsce pod względem liczby ludności, mało jest znane. Taka ulokowana w centrum kraju terra incognita. Pisarz, urodzony w Bydgoszczy i zapowiadający, że będzie w niej się starzeć (s. 9), zmierzył się przede wszystkim ze swoimi odczuciami w stosunku do tego miasta. Kiedyś widział wspaniałość, wyjątkowość, urodę, potem: mizerię, nijakość, brzydotę (s. 9), a teraz?
Pisze oględnie, że miasto wypiękniało, że jego uroda jest ewidentna dla każdego... Niemniej w swojej książce, która wcale nie jest zbiorem stwierdzeń po odkryciu, tylko odkrywaniem, zapisem bieżących wędrówek, głównie wśród papierów i w internetowej chmurze, cały czas jest na nie. Epatuje brzydotą, nijakością, złem nawet. Chyba w celu oczyszczenia. Przypomina rodziców dzieci z głęboką, nieuleczalną niepełnosprawnością, którzy z pasją, ale też z wcale niekrytą miłością, opowiadają o ułomnościach swoich pociech, pociech i udręk zarazem. Dla autora Widoków na ciemność Bydgoszcz jest taką radosną udręką.
Tabaczyński musiał tę książkę napisać. Jego analityczny, a więc krytyczny umysł, dążył do zdefiniowania tego, co ten umysł otacza. Zdefiniowania, a więc zatrzaśnięcia w słowach jak w kuferkach jakichś faktów i rzeczy. Jest to oczywiście niemożliwe i możliwe zarazem, bo rzeczywistości nie da się w rzeczywistości ani ogarnąć, ani zdefiniować, a już na pewno zatrzasnąć w kuferkach czy nalać do kokilek. Jeśli się tego dokonuje, to ma to charakter gwałtu. Definiowanie miasta urodzenia i przebywania, przymusowego z jakichś tam powodów przebywania, bo przecież jeśli się nie podoba, to można je rzucić w diabły i wyjechać, wiąże się w przypadkach definiowania z samookreśleniem i swego stosunku do przedmiotu definiowania, i samego siebie. Takie jest niezbywalne prawo pisarza. Jawi się więc z tej książki M. Tabaczyński jako... Nie, któż mi dał prawo do opisu drugiego człowieka, który to opis wiąże się niewątpliwie z oceną?! W każdym razie na pewno jest to rasowy pisarz, który musi (?) określić siebie w odniesieniu do otoczenia. A skoro jest pisarzem, to musi (?) sporządzić wytwór ciekawy, jako że przy okazji pisze się dla czytelnika i to nie byle jakiego, bowiem kolekcjonującego serię Sulina wydawnictwa Czarne z Wołowca, serię, która nakazuje prowadzenie literackich śledztw i odkrywanie przed czytelnikiem (sic!) nieznanych stron fenomenu zwanego Europą. Autor Widoków na ciemność znakomicie się z tego obowiązku wywiązał. Powyciągał więc z dziejów Bydgoszczy mało znane, ale też mało znaczące fakty, historyjki i opinie, i aby mu się ten groch z kapustą nie rozlał się, nanizał go na sznurek dorocznej pętli kalendarza. Nijak, oczywiście, paciorki tego różańca mają się do charakteru poszczególnych miesięcy, bowiem w genialnym Boskim stworzeniu każdy miesiąc jest inny, aby... cały rok się nie nudził. Autor też się nie nudził lepiąc te miesięczne paciorki, a poza tym kołobieg Boskiego stworzenia popędzał go, gdyż widać tu i ówdzie, że czasem pióro zaczyna zatracać się w jałowym piasku mielizn. W każdym razie autor Kieszonkowej metropolii chwalebnie dotarł do końca, rzetelnie wypełniając polecenia wydawcy, aby przedstawić „nieznane strony fenomenu”. I na zakończenie swojego procederu definiowania otoczenia i samego siebie w tym otoczeniu przedstawił nihilistyczne i kapitulanckie, także jeśli idzie o samego siebie, stwierdzenie: „Miasto niczyje, więc już niech będzie, że moje, nasze” (s. 97, 263). Efekciarsko, tylko efekciarsko to brzmi, a przecież poszczególne rozdziały-miesiące kwitował bardziej celnymi epitetami: miasto wybrakowane, miasto garnizonowe, miasto zabobonne, miasto pamiętliwe, które w znacznym stopniu przystają do rzeczywistości. A już sam tytuł książki Kieszonkowa metropolia jest wręcz genialny jeśli idzie o hasłowe ujęcie fenomenu miasta nad Brdą i Wisłą. Zbiega się on z moim określeniem, że Bydgoszcz jest wielkomiejska i kameralna zarazem, co świetnie opisał w swoim eseiku Zobaczyć Bydgoszcz i umrzeć szwedzki pisarz Jacques Werup („Akant” 1998, nr 4, s. 1 i 4). M. Tabaczyński – jak widać – tego entuzjastycznego i pozytywnego jeśli idzie o skwitowanie miasta utworu nie zna, albo po prostu założył plan pisania na be, co oczywiście jest dopuszczalne i kreatywne zarazem, ale ostatecznie jest wypaczeniem. Z przedstawionej bibliografii wynika zarówno chimeryczność, tendencyjność i powierzchowność poszukiwań faktów i ocen, jak i nieznajomość warsztatu historyka, a przecież M. Tabaczyński właśnie w historii się zagrzebał. Nazwał źródłami (s. 273) wybiórczo przez siebie zgromadzone opracowania, w tym wytwory publicystyczne, podczas gdy źródła są zawarte przede wszystkim w tych ośmieszanych przez niego, bo są „pełne kurzu”, archiwach i mózgach rozmówców (historia mówiona), których autor wcale nie szukał, poprzestając na wertowaniu zadrukowanych stron, z małymi wycieczkami na internetowe wysypisko. Tę metodologiczną niedoskonałość można jedynie wytłumaczyć innym rozumieniem pojęcia źródło. Rozumieniem literata, dla którego wszystko, co nie jego – jest źródłem.
Spośród 14 rozdziałów, obok będących cytatami Prologu i Epilogu, co jest charakterystyczne dla eseistycznego pisarstwa M. Tabaczyńskiego, zaciekawił rozdział marcowy pt. Miasto mściwe, bo opisanych w nim faktów zbyt dobrze nie znałem. Już sam tytuł, podobnie jak kilka innych (np. Miasto rzeźnickie) daleko odbiega od faktów, a już na pewno wpisuje się w sugerowaną przez wydawcę, dla celów komercyjnych oczywiście, sensacyjność dzieła. Przypisywanie społeczeństwu Bydgoszczy, które w istocie jest wyjątkowo tolerancyjne, co Polska zauważyła już w okresie międzywojennym, cech mściwości jest daleko idącym nadużyciem. Opisane w tym rozdziale obozy odwetowe – jak to autor je celnie nazywa, występujące pod hasłem obozów pracy czy obozów izolacyjnych zostały utworzone przez zainstalowaną przez ZSRR władzę ludową, a nie przez bydgoszczan jako takich. Autor ma tego pełną świadomość pisząc o ich głównym nadzorcy, czyli generale Aleksandrze Zawadzkim (s. 59) oraz o „przybyłej do Bydgoszczy administracji” (s. 67). Nie znaczy to wcale, że czarną robotę w obozach w Zimnych Wodach i w Potulicach nie wykonywali również bydgoszczanie i że zwalnia to całe lokalne społeczeństwo choćby z części odpowiedzialności moralnej. A w owych obozach odwetowych działy się rzeczy straszne, tym bardziej, że „dawni polscy więźniowie stali się strażnikami obozu dla Niemców i volksdeutschów” (s. 76), a więc o zemstę było bardzo łatwo. Na pewno byli wśród nich bydgoszczanie, ale raczej nie dominowali. W obozie potulickim zmarło 2915 albo 4495 osób (szacunki są rozbieżne; s. 69), a w Zimnych Wodach od lutego do kwietnia 1945 roku – 365 osób. Obóz ten istniał niecałe sześć miesięcy, więc trudno go na trwałe osadzić w historii miasta. M. Tabaczyński ma tego świadomość, więc perwersyjnie wyliczając okrucieństwa w obozach odwetowych, powołuje się – obok oczywiście Potulic – na Włocławek, Aleksandrów Kujawski, Chełmno (s. 84-86), a potem dodaje do tego śląskie Łambinowice (s. 86).
Pozostałe 13 rozdziałów, niczym mnie nie zaskoczyły, nawet te dotyczące epizodycznych pobytów nad Brdą i Wisłą pisarzy światowego rozgłosu: Heinricha Bölla i Jreome Salingera. Temu ostatniemu poświęcono październikowy rozdział pt. Miasto rzeźnickie, jako że przyszły pisarz pobywał w bydgoskiej fabryce Bacon Eksport należącej do jego ojca. Rzeźnia jednak nie była marką tego miasta, jak chce M. Tabaczyński. Raczej tartaki i cegielnie.
Zawiodłem się na rozdziale kwietniowym Miasto garnizonowe, jako że to właśnie wojsko, w tym pruskie, wywarło istotny wpływ na wizerunek miasta i mentalność jego mieszkańców. A tu M. Tabaczyński rozwodzi się aż na trzech stronach (s. 104-106) nad rosyjskim pociskiem Ch 55, który spadł koło podbydgoskiego Zamościa. Niczym ciekawy harcerzyk pojechał tam, aby zobaczyć dziurę w ziemi.
Pełne interesujących szczegółów są rozdziały poświęcone bydgoskiemu antysemityzmowi (Miasto nienawistne) i astrologom (Miasto zabobonne), ale trzeba mieć świadomość, iż były to marginesy międzywojennej Bydgoszczy. W opuszczonym po I wojnie światowej przez większość niemiecką (blisko 80 procent populacji), wygodnie urządzonym mieście, pojawiło się wielu dziwolągów, a II Rzeczypospolita była bardzo tolerancyjna jeśli idzie o publikacje i ruch stowarzyszeniowy. Warto zwrócić uwagę na fakt, że realnych pogromów żydowskich było nad Brdą bardzo mało. A to, że o Żydach mówiło się na każdym kroku wynikało z faktu, że antysemityzm był w okresie międzywojennym monetą obiegową; nawet Wincenty Witos pryszczył na Żydów.
Aby być sprawiedliwym muszę dodać, iż do cennych zaliczam też rozdział styczniowy Miasto wstydliwe, próbujący uchwycić tożsamość, w tym wizerunek estetyczny Bydgoszczy oraz grudniowy Miasto pamiętliwe, opisujący perypetie pomników na Starym Rynku. Pierwszy rozdział mnie zamyślił, drugi przyniósł wiele nieznanych mi informacji. Jest to jeden z nielicznych rozdziałów dotyczący Bydgoszczy powojennej, bowiem autor zatapia się przede wszystkim w lekturach, a nie w bezpośredniej obserwacji miasta, choć w tych lekturowych enuncjacjach dużo jest odniesień do współczesności. Jeśli idzie o relacje lekturowe, to odkrywcze są też zapiski na marginesie dziennika Zawał Mirona Białoszewskiego (s. 16-43) i powieści Mieczysława Piotrowskiego Cztery sekundy (s. 193-204). M. Tabaczyński oszołomiony lekturą tej powieści, a szczególnie jej wątków peryferyjnych, sporządził piękny i mądry podrozdział Dzielnica, poświęcony Szwederowu, uchwyconemu w momencie rozpadu pierwotnej wersji, czyli w drugiej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku. Dzielnica była już „królestwem triumfującej entropii, wielkim cesarstwem rozpadu, cywilizacją w epoce konania” (s. 205).
Opowieść eseistyczna Michała Tabaczyńskiego, świadomie niesprawiedliwa i nieobiektywna, nazwana podniośle „dziennikiem pokładowym mojej podróży w miejscu”, zawiera kilka nieścisłości, które autor z góry tłumaczy tym, że nie jest historykiem. Błędem, który jednak rzutuje na zapis wędrówek po mieście jest przekonanie, że dawna numeracja ulic „najpewniej zgadza się z dzisiejszą” (s. 194). Nieprawda! W 1932 roku dokonano rewolucyjnej zmiany numerów domów, zastępując pruskie numerowanie od początku ulicy do końca i z powrotem zasadą, że po lewej stronie ulicy są numery nieparzyste, a po prawej – parzyste.
Styl pisarstwa M. Tabaczyńskiego jest bardzo potoczysty, łańcuszkowy czy różańcowy, jakby to metaforycznie określić, czyli gdy pisarz raz już zacznie, to trudno mu skończyć. Wniosek za wnioskiem, dygresja za dygresją, wtręt za wtrętem, nawias za nawiasem, a w całości imponujący popis logicznego myślenia i bogactwa leksykalnego. Pisarza rozsadza ogromna erudycja i przemożne pragnienie publicznego wygłoszenia swoich racji. Autor z takim stylem może więc pisać o wszystkim, i to całkiem nieźle, i to całkiem długo, a czytelnik, jeśli się nie znuży i chce czytać, aby czytać, a nie aby czegoś się dowiedzieć, będzie usatysfakcjonowany.
Ta swobodna, czasem nonszalancka narracja, skłania do stwierdzenia, że wizerunek Bydgoszczy dokonany przez M. Tabaczyńskiego to „lekki portret plażowy”, choć niektórzy twierdzą, że to „ciężka karykatura”. Między jedną a drugą formą rysunku granica jest bardzo płynna. Pojedźmy tylko w sezonie nad morze, bo na bydgoskiej ulicy Mostowej rzadko pojawiają się rysownicy, choć kiedyś byli. Niektórzy mówią, że atmosfera w tym mieście jest dla nich, ale też dla sztuki jako takiej, za gęsta, za mało afirmatywna.
Tak się złożyło, że kilkanaście dni temu recenzowałem książkę z tej samej wołowieckiej serii Sulina. Była to saga Katarzyny Roman-Rawskiej Zaśniecie Anisy. Opowieść o polskich starowiercach. Też trzeźwa, ale afirmatywna wobec przedmiotu opisu. I też się ją dobrze czytało. A więc można inaczej... Nie tylko zło, głupota i brzydota są w stanie zainteresować czytelnika.
Michał Tabaczyński, Kieszonkowa metropolia. W rok dookoła Bydgoszczy, Wołowiec 2025, Wydawnictwo Czarne, ss. 286.

