Mam takie intuicyjne przekonanie, że ci, którzy sięgają po ekfrazę, czyli wiersze inspirowane sztukami plastycznymi, utracili na krótszą lub dłuższą chwilę kontakt ze swoją muzą. Coś w nich się wyczerpało, więc muszą sięgnąć po zewnętrzną podpórkę, aby pisać. Aby pisać? W tym momencie przychodzi mi na myśl poeta z Tucholi, który aby nie wyjść z wprawy musi codziennie napisać choć jeden wiersz. I mam przed oczyma zaskakujące ogłoszenie prowadzonego przez trzy panie Gdańskiego Klubu Poetów, który organizuje Połowinki z Ekfrazą, gdzie malarze prezentują swoje prace, a poeci odczytują do wybranych obrazów swoje wiersze. Nie dziwię się, że współautorem takiego ćwiczenia i popędzania Pegaza jest Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych w Gdańsku, a więc ocieramy się nie tylko o sztuczny świat maszyn elektronicznych, ale też o japońsko-chiński kompleks doganiania cywilizowanego na zachodnio świata.
Obok ekfraz plastycznych rozwija się, i to całkiem szeroko, nurt ekfraz geograficzno-krajoznawczo-urbanistycznych. Blisko mu do wierszy peregrynacyjnych, kiedy to podróżnik zauroczony jakąś miejscowością czy pejzażem, usiłuje – nie odsuwając wcale siebie na bok, bo mówi wprost o swoich wrażeniach, a nawet o swoim współbrzmieniu z opisywanym widokiem – zakuć je w słowa. Jest to proceder dość naturalny, choć literacko ryzykowny, bo emocje i odbiór organoleptyczny mogą przyćmić myśl, która jednak powinna w poezji się snuć.
Jeszcze bardziej ryzykowne jest poezjowanie na zadany temat, czy to inspirowany zamówieniem, konkursem, a nawet własną wolą. Wszechstronny bywalec świata poezji, Marek Wawrzkiewicz w swym szarpanym dzienniku zatytułowanym Okruchy zamieścił następujący pasus: „Są też poeci googlowi. Oto jakieś miasto ogłasza konkurs ze specjalną nagrodą za wiersz o tematyce lokalnej. Wówczas poeta mieszkający kilkaset kilometrów od rzeczonego miejsca grzebie w internetowej wyszukiwarce, znajduje w niej wydarzenia historyczne dotyczące np. Pcimia, albo postać związaną z miastem konkursu i wprowadza odpowiednio wątek we wcześniej napisany utwór” („Migotania” 2025, nr 2, s. 100).
Oby był to wcześniej napisany utwór, bo bardzo często utwór klecony jest naprędce przed dead line’em, czyli ostateczną godziną dokonania internetowej przesyłki, podczas gdy do niedawna liczyła się data stempla pocztowego na kopercie z wierszem. Takie zajeżdżanie na śmierć Pegaza przeraża, chociaż, chociaż…
W przywołanym numerze „Migotań”, desperacko emitowanym przez znakomitego poetę Zbigniewa Joachimiaka, czytam dziewięć wierszy równie znakomitego Kazimierza Brakonieckiego z cyklu Jeziora najbliższe. Choć Kortowskie, Ukiel, Pluszne, Skunda i Łańskie przywodzą na myśl proceder wyszydzony przez autora Starego domu, to jednak trzy pozostałe utwory są bardzo liryczne, otwarte i – jak to u K. Brakonieckiego bywa – mocno erotyczne. Tylko tytuły: Niterskie, Walpińskie, Czerwonka mają charakter topograficzno-historyczny. To, że olsztyńskiemu wieszczowi udały się te geograficzno-krajobrazowo-urbanistyczne ekfrazy wynikło nie tylko z jego talentu, ale i faktu, że bywając nad tymi jeziorami, a często i w nich (a nam marzły nogi ruchliwe jak płetwy uklejek) je przeżywał. On – odzyskany pruski Słowianin.
Już nie tak udane, choć przecież lirycznie otwarte, szczere, są tego typu ekfrazy Janiny Łopuch pomieszczone na stronie 35. „Radostowej” nr 4 z 2025 roku. Wiersz „Nyski poeta”, poświęcony Jerzemu Kozarzewskiemu, to w zasadzie tylko przemowa nad grobem, choć bardzo spóźniona.
Po tych doświadczeniach, z pewnym niepokojem wziąłem do ręki zbiór wierszy Agnieszki Zięby-Dąbrowskiej Liryki warszawskie. Myślałem, że to też będą przemowy do zakutych w brąz postaci bądź malowane słowem widoki, ale nie. Były takie, choć większość to samoistne, obciążone tylko topograficznym tytułem, liryki.
Być może to napisanie 100 wierszy o współczesnym pejzażu stolicy było ze względów pozaliterackich konieczne, ale nie zniekształciło poszczególnych utworów. Są tu samoistne, nieraz perełki erotyczne, jak na s. 66 i 69.
Większość ekfraz autorki Zmiennej ogniskowej ma charakter sensualistyczno-filozoficzny, bowiem poetka opis miesza z myślą, a nawet odkryciem. Gdyby nie było tych topograficznych inspiracji, to by nie było tych błysków. Oto jest chyba najlepsze usprawiedliwienie tego typu poezjowania.
Andrzeja Zaniewskiego urzekła technika tworzenia: „Maksymalna synteza, skupienie się wokół najbarwniejszego szczegółu-detalu-symbolu wymaga (…) eliminacji wielu słów i znaczeń (…). Autorka narzuca sama sobie – twarde kryteria – obowiązku oczyszczenia przestrzeni wiersza z niepotrzebnych (…) zakłócających przewidywaną percepcję elementów” („Radostowa” 2025, nr 4, s. 50).
W pełni się z tym zgadzam i również pod tym kątem czytałem od deski do deski przywołany zbiór. I wcale tych wierszy nie było dla mnie za dużo, bo z ciekawością wędrowałem za nimi po stolicy, której raczej – z uwagi na rozdęcie – nie znoszę. I nawet mnie ten ukłon w stronę wydawcy pod tytułem Zaduma nad pomnikiem Wincentego Witosa nie zniesmaczył, bowiem jw.
Agnieszka Zięba-Dąbrowska, Liryki warszawskie, Warszawa 2025, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, ss. 126.

