Archiwum

Rafał Sulikowski - Królewska choroba

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

1991
Początkowo pierwsze objawy, które pojawiły się u mnie w wieku piętnastu lat wyglądały na głęboki zespół natręctw myślowych, potem objawiła się duża depresja. Początek wielkiego wysiłku, jakim jest dojrzewanie zbiegł się w czasie z pierwszymi niepokojącymi sygnałami, że coś zaczyna się złego dziać w mojej młodej psychice.

Te sygnały nie były widoczne w zachowaniu ani w wypowiedziach, nawet dla mnie samego stanowiły zagadkę i nowość, której nie byłem w stanie pojąć, dlatego też nie zwierzałem się z moich problemów nikomu, nawet bliskim, traktując psychikę jako coś intymnego i nie nadającego się do uzewnętrznienia. Brak wglądu albo jego częściowość zamknęły mi drogę do wcześniejszego leczenia, co początkowo po podaniu leków było szokiem do tego stopnia, że zacząłem bardzo żałować, iż tak późno przyszła pomoc. Ale z czasem zrozumiałem, że skoro działałem i zachowywałem się jakoś jednak mimo wszystko w granicach normy, tedy mimo dokuczliwości objawów nie były one może jeszcze tak bardzo głębokie, by wymagały tak poważnej ingerencji w umysł, jaką niewątpliwie stanowi każda farmakoterapia. Inaczej: mimo ciężkich objawów istniały jakieś enklawy zdrowia, ponieważ wydaje się, że coś jest zdrowego w chorobie. Widziałem, słyszałem, wszystkie zmysły działały normalnie, może nie odczuwałem radości z ich pracy, ale nie przeżywałem silnych halucynacji. Byłem na pewno wycofany. Do tego stopnia, że wstydziłem się siebie, swego wyglądu, wystąpień, prezentacji, wszystkiego, co musiałem robić w przestrzeni publicznej. Będzie o tym mowa.

Natrętne myśli przypominały głęboki zespół natręctw do tego stopnia, że pierwsze diagnozy po podjęciu leczenia szły w tym kierunku i otrzymałem leki przeciwdepresyjne, które podniosły wprawdzie nieco obniżony nastrój, jednakże równocześnie nasiliły „dręczące mnie myśli", jak wtedy w sposób mało fachowy określałem swoje objawy. Dopiero po takiej reakcji na leki dostałem atypowy neuroleptyk.

Natręctwa
Ale najpierw minęło wiele lat (dokładnie dziewięć) zmagania się z natrętnymi myślami, początkowo ocenianymi bardzo krytycznie, co powodowało, że podejmowałem walkę z nimi, ale zarazem czułem ogromne poczucie winy, ponieważ myśli te traktowałem jako złą część siebie samego, jako swoje myśli, przez nikogo nie nasłane, nie pochodzące z zewnątrz, lecz „z serca". Dlatego też mimo tej batalii za każdym razem, gdy myśli „atakowały", czułem się winny ich wystąpienia, nie rozumiejąc (bo nie jestem psychologiem, a choroba odbiera zdolność krytycznego osądu tego, co się dzieje), że są to pewne chorobliwe automatyzmy psychiczne i że spowiadanie się co miesiąc z ich obecności i aktywności nie miało najmniejszego sensu, poza tym, że faktycznie po każdorazowym takim „oczyszczeniu" czułem na jakiś czas jakby ulgę.
Myśli te miały charakter dość typowy. Bardzo silny w nich ładunek religijności, a zarazem zaprzeczania tej religijności, co mogło przypominać pewną ambiwalencję sądów. Kiedy więc pojawiały się ordynarne wyrazy dotyczące świętości, czułem się naprawdę bardzo źle. Nie rozumiałem nic z tego, co się działo. Były to jakby napisy drukiem (czarne litery na jasnym tle), które „stały" w mojej świadomości w niezmiennej formie mimo podejmowania usilnych prób przełączania tych myśli. Z czasem treść tych natręctw z wolna się zmieniała: „bluźnierstwa" zaczęły dotyczyć osób z mojego otoczenia, zwłaszcza tych, do których czułem żywszą sympatię. Myśli paradoksalnie dotykały tego, co we mnie było obwarowane poczuciem wyjątkowości i świętości. Nie mogłem znieść, gdy w stosunku do dziewczyny, którą darzyłem uczuciem, stale pojawiały się wrogie myśli, obrażające ją w sposób zupełnie nieadekwatny do rzeczywistości. Czemu moja psychika nazywała niewinną dziewczynę „zwykłą dziwką" tego do dziś nie rozumiem. Natręctwa o charakterze bluźnierczym to czysty absurd jeśli chodzi o temat, natomiast postaram się wykazać ich logiczność. Jest to pewna blokada myślenia, oznaczająca, że pewne myśli czy obrazy są obwarowane wewnętrzną cenzurą. Tłumienie ich jeszcze pogarsza sytuację. Pomeważ silne przeżycia są tłumione i wypychane poza świadomość, tedy jasnym jest, że musi istnieć mechanizm przeciwstawny tłumieniu. To tak, jakby pusty słoik próbować utopić w wannie – zawsze będzie go wypychać zgodnie z prawem Archimedesa. Tak jest z obsesjami: dopóki je wypychamy, dopóty nas dręczą, im silniej, tym bardziej wracają. To „przeciwtłumienie" nie pozwala na przeoczenie czegoś ważnego. Religia jest bowiem ważna, ale zdrowa religia. Kiedy chciałem żyć bez religii, jak w piosence Lennona „Imagine", religia wróciła w formie natręctw. Spychanie zarówno religijności, jak i seksualności (między tymi dwiema sferami zachodzi związek) poza świadomość („to nie istnieje, to sprawa prywatna") może obrócić się przeciw tłumiącemu. Natręctwa pokazały mi, że bez jakiejś wiary w ogóle nie da się żyć, bo człowiek ciągle szuka sensu lub konstruuje sensy swego życia. Nie ma jednego sensu – są rozmaite mniejsze i większe sensy.
Nie wiem dlaczego, ale po włączeniu leczenia myśli natrętne minęły za to pojawiały się okresowo, początkowo często, natrętne melodie, które „słyszałem" w głowie. Zawsze była ot jedna melodia, która akurat wpadła mi w ucho, którą lubiłem i często słuchałem. Potem się przyzwyczaiłem i z wolna i ten objaw począł zanikać.
Kiedy natrętna myśl przedostanie się do świadomości, cierpiący ma pełną świadomość, że są to jego myśli. Jeśli – jak było w moim przypadku – treści obsesyjne dotyczą kwestii ważnych dla chorego, np. religijnych (co bywa częste), wtedy pojawia się automatycznie niemal zawsze uporczywe poczucie winy. Bezradność chorego jest wielka. Nie może on nic zrobić. Podejmowane zawsze wtedy próby walki z niechcianą myślą kończą się niepowodzeniem. Stan taki ma tendencję do pogarszania się. Im bardziej się próbuje przestać myśleć obsesyjnie, tym bardziej myśli absorbują. Rzeczywiście wygląda to w subiektywnym uczuciu jako swego rodzaju spętanie władz człowieka. Jedna z terapii (obok leków przeciwdepresyjnych, zwłaszcza klomipraminy w dużych dawkach lub skutecznej nowszej sertraliny) polega na przezwyciężeniu panicznego lęku przed myślami. Problem polega na tym, że jeśli wyśmiewane są w formie często wulgarnej treści wiary chorego, wtedy cierpi on najbardziej, bo zdaje sobie dobrze sprawę z tego, że te myśli są jego, zatem bierze za nie odpowiedzialność, poczuwając się do winy, mimo, że myśli te to automatyzmy psychiczne, nad któnmi nie sprawuje władzy wola ludzka. Chory powinien uwierzyć, że myśli te są mimowolne, nie zaś chciane przez niego. Wtedy, gdy to się uda, można mówić o połowicznym sukcesie, jeśli mimo obecności obsesji chory nie bierze za nie żadnej odpowiedzialności albo czuje, że ma ograniczoną możliwość kontroli swego umysłu. Natręctwa trudno poddają się leczeniu, chyba że są wstępem do schizofrenii, jak to miało miejsce w moim przypadku. Dziś nie pozostało śladu po natrętnych myślach (ani czynnościach).

Natręctwa podczas efektu „halo"
Natomiast epizody natrętnych myśli miały miejsce jeszcze kilka razy jako prawdopodobnie objawy uboczne towarzyszące terapii neuroleptycznej. Muszę tym napisać, ponieważ nie wszystkie objawy uboczne są wyszczególnione w ulotkach leków, a istnieją i takie, które są swoiste dla każdego pacjenta. Objawy, które opiszę przypominają trochę reakcje paradoksalne, na co zwróciło mi uwagę dwoi terapeutów. Po wyższych dawkach atypowych neuroleptyków, a zwłaszcza po starych lekach, zwykle w kilka godzin po zażyciu zaczynał się kompleks objawów, wśród których dominowały: „zubożenie" myślenia, niemożność czytania i pisania, blokada wspominania i planowania, szybkie ruchy gałek ocznych po zamknięciu oczu, natręctwa, zubożona mimika twarzy, blokada emocji, niedostateczna (lub nadmierna – rzecz do dyskusji) selektywność bodźców ekstero i proprioceptycznych. W takim stanie chodzi się bardzo trudno, nie można myśleć, jedyne, co można zrobić, to położyć się spać i próbować „wyspać" te objawy. Zawsze objawy mijały następnego dnia, a po dodaniu leków przeciw parkinsonizmowi nie występowały w ogóle, stąd moje przypuszczenie, że to jakiś rodzaj reakcji ubocznej. W takim stanie nie występowały omamy ani urojenia, ani też – co istotne – lęk czy depresja.

Emisja choroby w II klasie LO
W liceum od końca drugiej klasy bardzo już chorowałem. Odczuwałem natręctwa, wzbudzające lęk, cierpiałem na poczucie pustki, beznadziei i bezsens całej egzystencji. Jeśli jakaś prawda odsłania się rzeczywiście w chorobach psychicznych, to dla mnie było to bolesne doświadczenie nieobecności Boga w moim życiu. Zupełnie jak w poezji Różewicza, Bóg znikł gdzieś z mojego życia i stał się daleki. Przestałem wierzyć, ale cierpiałem z tego powodu. Dziś waham się, jestem pełen krytycyzmu i dystansu wobec spraw „duchowych", bo czasami zbyt przypominają mi okres, kiedy cierpiałem na tzw. urojenia owładnięcia. Było to najgorsze z moich przeżyć wewnętrznych, niepotrzebnie czekałem aż rok, by zgłosić się do specjalistów. A biorąc pod uwagę inne objawy – było to 9 lat do momentu pierwszej wizyty, najważniejszej pewnie wizyty w moim życiu. Ledwo nadążając za szybko rozwijającymi się rówieśnikami, miałem zaburzenia przede wszystkim poprawnego kojarzenia i koncentracji uwagi. Gdy skupienie nie osiągnie odpowiedniego progu, informacje z otoczenia nie są poprawnie kodowane i powstają luki w pamięci, które z czasem wypełniane są fantastycznymi pomysłami. Człowiek nie znosi stanu pustki, niewiedzy, jest istotą poznającą. W schizofrenii wzmożona chęć poznania natrafia na blokady, spowodowane objawami negatywnymi, które mogą wywoływać objawy pozytywne i wtórne objawy negatywne. Nie wiadomo dokładnie, jaka jest korelacja między podstawowymi typami symptomów w schizofrenii. Na podstawie mojego doświadczenia wynikałoby, że pierwotne są objawy negatywne, a nie pozytywne. Złagodzenie objawów pozytywnych, jakie obserwuje się podczas kuracji neuroleptykami II generacji, może wynikać z ich terapeutycznej skuteczności w zakresie symptomów negatywnych.

Depresja
Najgorszym uczuciem w chorobie psychicznej jest zawsze depresja. Człowiek pozbawiony bodźców, w deprywacji sensorycznej nie znosi długo takiego stanu, dlatego ucieka w urojone światy. Jest taka koncepcja, mówiąca, że tak naprawdę schizofrenia paranoidalna stanowi zamaskowaną depresję. Większość chorych na schizofrenię cierpi na spowolnienie depresyjne, wynikające z choroby lub z leczenia (depresja polekowa, depresja popsychotyczna). W moim stanie depresji, przewijającej się naprzemiennie z myślami natrętnymi mówiłem sobie za każdym razem, że z dwojga złego wolę już natręctwa, które uniemożliwiały co prawda sprawne myślenie, lecz jednocześnie dawały jakiś napęd do aktywnego przeciwstawiania się siłą woli tym obsesjom.

Choroba królewska
Objawów jest na tyle dużo, że mówi się o schizofrenii jako wręcz „królewskiej chorobie". W czasach przed przełomem farmakologicznym w psychiatrii (w połowie XX wieku wprowadzenie pierwszego skutecznego neuroleptyku, zresztą odkrytego przypadkiem) można było „doceniać" tę chorobę, mówić o „nadwrażliwości", subtelności chorujących.


 

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok