Idzie do mnie powoli
bez szmeru
jak cichy lot sowy
słyszę szept nieba
jak ptak
stroję się
w pióra modlitwy
z rozwartą powieką
czeka we mnie człowiek
Zmierzch
W kącie
zjawił się pająk
ma plany
na wielkość pajęczyny
kasztany na drzewie
jak ptaki do odlotu
otrzepuję się
z kurzu dnia
na dobranoc
tulę wiersze
dzieci wyobraźni
Jeszcze
Jeszcze trzepoczą
moje skrzydła
lecz we mnie
już jesień
gubię włosy
jak drzewo
liść po liściu
na kamieniu siadam
jeszcze jeden kamień
idzie sąsiadka
w smutek obleczona
przystają ludzie
i w niebo patrzą
jak kiedyś patrzyli
starcy z Galilei
Rzeczywistość
Już
sójki i szpaki
szykują się do drogi
na drugim brzegu
majaczy świt
w moim miasteczku
nikt mnie nie pamięta
coraz częściej
nawiedza mnie sen
cisza
rozrasta się we mnie
Maria Danuta Betto
Rzeczywistość
Zapadł się fotel
z przetartym obiciem
głowę wychylił
wiersz-potworek
chichoczą suknie
dawno zbędne
wciąż tulą
wyblakłe wspomnienia
xxx
W pałacu złudzeń
przebiegłam wszystkie
mijałam ludzi
balony pychy
a miłość
pokonało echo
już się nie żywię
jej pamięcią
wiatr wieje
moim koszulom zimno
na balkonie
i ta podróż krewnych
dookoła łóżka
za oknem
pod rynną
zasypia nadzieja
Przeczucie
Śmierć idzie
stara jak ja
z nadpalonym kłakiem
jakieś wspomnienie
o pożarze dźwiga
w piekle
cień pazura
zawisł na ścianie
Maria Danuta Betto
Rzeczywistość
Wokół mego domu
coraz wyższa trawa
znika za mgłą
zdziczały koń
drogą wciąż biegnie
płaczka z Janowa
Ezechiel kiedyś
widział dolinę
pełną suchych kości

