z LESZKIEM WIERZCHOWSKIM
poetą i dramaturgiem
rozmawiają Marlena Sadowska i Jakub Zasadzień
W Pałacu Kultury Zagłębia – Domu Kultury w Dąbrowie Górniczej – Ząbkowicach odbyło się spotkanie z Leszkiem WIERZCHOWSKIM , poetą i dramaturgiem, który swoimi świetnymi fraszkami – nie tylko z „Imionnika zakochanych", ale także ze zbiorów „Manifest erotyczny", „Dziwne stany świadomości", „Erotyczne przymiarki „ i „Sztuka pieszczot"– znakomicie bawił tłumnie zebraną publiczność. Korzystając z tej z okazji Marlena Sadowska i Jakub Zasadzień – dzieci uczęszczające na zajęcia literacko–dziennikarskie w Domu Kultury – postanowiły przeprowadzić z wywiad z literatem.
JAKUB – Dzień dobry! Czy możemy z Panem przeprowadzić wywiad?
L.W. – Tak, oczywiście!... Zapraszam!...
JAKUB – Jest Pan autorem wielu książek . Zwłaszcza cieszących się popularnością licznych fraszek. Jak to wszystko się zaczęło?
L.W. – Gdy miałem 13 lat , napisałem pierwszy wiersz. Zaczynał się tak:
Skończył Janek siedem lat,
Więc wesoło idzie dziś do szkoły,
Bo już szkoła woła go:
– Chodź do mnie Janku mały!….
Zawsze byłem humanistą i daleki od wszelkich urządzeń mechanicznych. Potem były kolejne wiersze najczęściej o tematyce lirycznej oraz fraszki. Z czasem napisałem poetycki dramat paradokumentalny pt. „Millenium" o historycznych wydarzeniach 1980 roku w Stoczni Gdańskiej, uznany za współczesną epopeję. W moim wierszowanym dorobku są też poetyckie jednoaktówki sceniczne, zarówno o poważnej , jak i rozrywkowej tematyce.. Obecnie nadal piszę fraszki. Nazbierało się ich już znacznie ponad 20 tysięcy. Bo, moim zdaniem , gdy były czasy godne fraszek, to pisałem fraszki, gdy wydarzenie historyczne – wtedy napisałem epopeje, obecnie znów są czasy godne fraszek. Tak powstał pięcioksiąg – zbiory : „Manifest erotyczny", "Dziwne stany świadomości", „Imionnik zakochanych", „Erotyczne przymiarki" oraz „Sztukę pieszczot". Każdy tom stanowi samoistną zwartą całość kompozycyjno–treściową, a wszystkie razem wzajemnie się uzupełniają.
JAKUB – Wiersze to przede wszystkim tematyka liryczna, a fraszki?
L.W. – Większość moich poetyckich drobiazgów to fraszki miłosne – ok. 2/3, a reszta społeczno–obyczajowe o satyrycznym odcieniu i głęboko filozoficzne. Jest też wiele fraszek lirycznych…
MARLENA – Co Pan lubi robić w wolnym czasie?
L.W. –W wolnym czasie zajmuję się genealogią, heraldyką, czyli nauką pomocniczą historii – o herbach, która jest mało znaną gałęzią wiedzy . Lubię też zajmować się archiwistyką. Często bywam na Wawelu, gdzie przeglądam grube, mające nawet po dwa tysiące stron tomiska rękopisów, pisanych również po łacinie . Spisane są w nich m. in. wydarzenia z dawnego woj. Krakowskiego do 1794 roku, sądowe zapiski, wiele ciekawych dokumentów historycznych. Tomy te mają jednak jeden wielki szkopuł. Nie posiadają spisów nazwisk i miejscowości. Jeśli np. chcemy znaleźć jakąś informację o danej miejscowości lub nazwisku, to trzeba wertować kartkę po kartce, by natknąć się na to, czego szukamy. 200 lat upłynęło od czasu Powstania Kościuszkowskiego, na którym kończą się akta ziemskie i grodzkie krakowskie.. W celu ich ochrony, zostały w czasie II Wojny Światowej były wywiezione do Kanady. Potem wróciły do Polski. Tyle lat upłynęło, a one nadal nie są zindeksowane.To skandal… A to przecież nasza narodowa historia, której z tego powodu dobrze nie znamy.
JAKUB – A jak wygląda Pana przeciętny dzień?
L.W.– O godz. 6:00 wyjeżdżam z domu do pracy. Tak wcześnie, bo mieszkam w Katowicach, tam się ożeniłem. Przyjeżdżam do Dąbrowy Górniczej do Pałacu Kultury Zagłębia. Do domu wracam przed godz.18:00 . A propos pracy, tak jakoś się w moim życiu złożyło, że nigdy nie pracowałem w tym mieście, w którym mieszkałem. Jak mieszkałem w Zawierciu, to pracowałem w Warszawie, jak mieszkałem za Gliwicami, to pracowałem w Katowicach, jak pracowałem w Katowicach, to mieszkałem w Sosnowcu, jak mieszkam w Katowicach, to pracuję w Dąbrowie Górniczej. Tak więc nigdy nie miałem blisko, zawsze daleko, zawsze „pod górkę".
JAKUB – W weekendy gdzieś Pan wyjeżdża? Czy ma Pan ulubione miejsce w Polsce?
L.W. – W weekendy często odwiedzam moich rodziców w Zawierciu. Ojciec ma już 88 lat, matka 87. Mam tam także brata i jego rodzinę. Natomiast mój syn mieszka w Dąbrowie Górniczej z żoną i dziećmi. W miarę wolnego czasu lubię odwiedzać kuzynostwo Wierzchowskich w Wierzchowinach w pow. Radzyń Podlaski na Lubelszczyźnie , gdzie moi antenaci jako właściciele majątku zostali odnotowani już w 1507 roku, a ich potomni mieszkają do dziś, tam się rozrodzili. To malownicze strony, a ludność jest szczera, serdeczna , pielęgnująca najpiękniejsze staropolskie tradycje kulturalne i obyczajowe. Tam duchowo odżywam i czuję, jakby zatrzymał się czas !… Częściej, bo w sobotę lub niedzielę, lubię bywać na Jurze Krakowsko – Częstochowskiej, a także w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. Tam znajduję dużo spokoju, a widok pięknej przyrody sprzyja moim literackim refleksjom… i przemyśleniom nad fraszkami, niekiedy doszlifowaniem niektórych z nich zanim nabiorą ostatecznego wyrazu. Takim chwilom poświeciłem m.in. fraszkę pt. „Błogosławiony spokój" :
Niech się szaleńcy pieklą i pienią,
Mnie z tymi dobrze, co spokój cenią!
Pisanie fraszek to najtrudniejszy gatunek literacki, a i robota bardzo precyzyjna – podobnie jak zegarmistrzostwo…
JAKUB – Czy poza pracą zawodową zajmuje się Pan jakąś działalnością?
L.W. – Tak. Jestem Sekretarzem Oddziału Związku Literatów Polskich w Katowicach .Natomiast od ponad dwudziestu lat szefuję Polskiemu Ruchowi Monarchistycznemu . Ta ogólnopolska i polonijna organizacja działa ponad 20 lat. Skupia ludzi, którym bliska jest idea nowoczesnej monarchii postępowej. A na świecie jest ponad 40 monarchii. Z historii Polski bierzemy to, co się sprawdziło, a więc takie wartości, jak uczciwość, patriotyzm, honor, godność osobista, godność narodowa, nienaruszalność własności, szacunek dla najważniejszej głowy państwa – obecnie prezydenta, a w przyszłości dla majestatu króla. Chodzi o tzw. kulturę polityczną. Uważamy, że dziedziczny król to najlepszy system sprawowania najwyższej władzy w państwie . Np. w dziedzicznej monarchii odpowiedzialność spada z króla–ojca na jego syna, z syna na wnuka… Jeśli król–ojciec czegoś nie dopatrzy w danej dziedzinie, np. kultury, wtedy musi to nadrobić jego syn, a nawet wnuk. W dziedzicznej monarchii jest ciągłość władzy i ciągłość odpowiedzialności . W prezydenckim systemie sprawowania władzy tego nie ma. I kto na tym cierpi? Społeczeństwo.
JAKUB – Stefan Żeromski wywodził się z rodu pieczętującego się herbem Jelita, a Pan ?
L.W. – Ja wywodzę się z rycerskiego rodu Pobogów . Moi przodkowie dzielnie walczyli pod Grunwaldem i w dawnych wiekach aż po rzekę Bug mieli bronić granic Polski, dlatego herb nosi nazwę Pobóg. Oczywiście, z czasem zmieniała się pisownia tych słów… Wspomniany przez Ciebie herb Jelita, na którym są trzy skrzyżowane kopie, też ma swoją historię. Jeden z przodków Żeromskiego, rycerz biorący udział w bitwie pod Płowcami , został trzema kopiami zraniony w brzuch przez Krzyżaków. A ponieważ dzielnie bronił króla Władysława Łokietka, otrzymał herb , w którym na tarczy widnieją trzy skrzyżowane kopie. Są to ciekawe historie, nawiązujące do czasów , gdy rycerz służył swojej damie. Pełna kultura.
JAKUB – Jak wygląda herb Pobóg? Gdzie można go zobaczyć?
L.W. – Choćby w Internecie. W błękitnym polu tarczy jest srebrna podkowa , a nad nią złoty krzyż maltański.
MARLENA – Obecnie zachowanie rycerskie chłopca kwitowane jest ironicznym śmiechem ze strony rówieśników, a on sam głupkiem. To smutne, że coraz mniej dzisiaj „rycerzy".
L. W. – Szarmanckie zachowanie wynosi się z domu. Chciałem wam powiedzieć, że w rodzinach szlacheckich jest przestrzegane, że np. najstarsze osoby z rodziny siadają na honorowym miejscu przy stole. A wiec kolejno pradziadkowie, dziadkowie, potem rodzice i na samym końcu dzieci. Przed spożyciem obiadu wszyscy wstają, przeżegnają się – to staropolski obyczaj. Osoby starsze są bardzo szanowane. Ceni się ich zdanie i doświadczenie życiowe. Kobiety przez mężczyzn są całowane w rękę – pełna kultura.
JAKUB – Teraz trochę z innej beczki. Czy lubi Pan wyjść do teatru, czy lubi Pan teatr?
L.W. – Lubię teatr, przy czym wolę sztuki wesołe, co nie znaczy, że bezmyślne. Bywam m.in. w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Jest to bardzo ambitny teatr i muszę powiedzieć, że są tam dobrzy reżyserzy i aktorzy. Ilekroć byłem , nigdy się nie zawiodłem. A dlaczego lubię rozrywkę? Napisałem o tym w lirycznej fraszce pt. "Ten świat…":
Świat widzieć chciałbym dobry, uroczy,
Lecz rzeczywistość – kłuje mnie w oczy!
JAKUB – Teatr na wesoło, a filmy, jaki gatunek?
L.W. – Lubię filmy naukowe o świecie podwodnym, związanym z biologią. Absorbują mnie tajemnice głębin morskich, oceanicznych. Lubię filmy o odkryciach międzyplanetarnych. Zastanawiam się, czy na naszej planecie byli kiedyś przybysze z kosmosu, czy nie. Ciekawi mnie Trójkąt Bermudzki , procesy zachodzące między gwiazdami, przeniesienie w czas i przestrzeni. Także UFO, ale nie od strony rozrywkowej, tylko naukowej.
JAKUB – Czyli nie filmy sajensfikszyn?
L.W. – Stanowczo nie. Natomiast filmy naukowe mógłbym oglądać godzinami. Ponieważ urodziłem się na skraju Jury Krakowsko–Częstochowskiej, wiec bliski jest mi świat jurajski, wykopaliska z tamtych czasów. Ten bardziej znany z filmów podoba mi się, ale traktuję go b na luzie, jako rozrywkę dla odprężenia.
MARLENA – Jaki przedmiot w szkole lubił Pan najbardziej?
L.W. – Najbardziej lubiłem język polski .Ale muszę wam powiedzieć, że kiedy poszedłem do liceum, zepsuł mi się styl. Kiedy pisałem wypracowanie, zaczynałem zdanie od góry strony, a kończyłem na dole lub na następnej kartce. Pan profesor dzielił to długie zdanie na kilka mniejszych i za treść było 5 , a za styl ocena 2. Kiedyś mieliśmy napisać wypracowanie pt.: „Mikołaj Rej i Jan Kochanowski w dzisiejszych czasach". Rej konserwatywny, a Kochanowski postępowy. Ponieważ mnie się zawsze lepiej pisało wierszem niż prozą zapytałem: – Panie profesorze, czy ja mogę napisać to wypracowanie wierszem w formie scenicznej jednoaktówki? A profesor na to: – A potrafisz? – Spróbuję – odpowiedziałem Po lekcjach przyszedłem do domu, siadłem przy stole , zabrałem się do pisania i za godzinę miałem 17 stron jednoaktówki, w której Rej uważał , że telewizor, radio czy lodówka to dzieła diabła. Natomiast Kochanowski starał się go przekonać, że są to nowoczesne urządzenia techniczne. Jednakże Rej nie dał sobie niczego wytłumaczyć !... Jednym słowem zabawna scenka. Na drugi dzień. profesor mówi: – Jak tam, Wierzchowski, napisałeś ? – Napisałem. – odpowiedziałem. –To czytaj. A gdy czytałem tę jednoaktówkę , wszyscy w klasie śmiali się i ubaw był po pachy. Gdy skończyłem, profesor powiedział: – No to teraz zobaczymy, ile błędów popełniłeś? I jak wam mówiłem, kiedy pisałem wypracowanie prozą , cały zeszyt był na czerwono pokreślony przez profesora, a tu – wszystko się zgadzało. Nawet przecinka, ani kropki nie postawił !... Ale musiałem na nowo uczyć się prozą pisać poprawnie zdania czyli – podmiot, orzeczenie, dopełnienie , kropka. A nie cała strona lub więcej jako jedno zdanie. W końcu nauczyłem się …
MARLENA – Pochodzi Pan ze szlacheckiego rodu, gdzie dzieci wychowywane były według innych zasad niż obecnie. Czy był Pan grzecznym dzieckiem?
L.W. – Moim zdaniem, byłem grzeczny, natomiast zdaniem ojca – nie zawsze . Wokół domu były dwa ogrody mały i duży. W jednym rosły warzywa, krzewy. W drugim drzewa owocowe: śliwki, gruszki, jabłonie Jako chłopak miałem dobrze opanowane wchodzenie na drzewa, nawet na te bardzo wysokie. Jeśli czymś zawiniłem ojcu, wiedziałem, że mnie skrzyczy lub zareaguje w mocniejszy sposób tak, abym to poczuł. Wtedy szybko wdrapywałem się na któreś z drzew, zwłaszcza na wysokiej gruszy. I siedziałem tam tak długo, aż ojcu minęła złość. Moje ukochane drzewo nie tylko służyło do ucieczki przed karą. Tak, jak Jan Kochanowski pisał swoje wiersze pod lipą, tak ja pisałem poematy, wiersze, fraszki i bajki na stole pod gruszą.
MARLENA – Jaką porę roku lubi Pan najbardziej?
L.W. – Różnie to bywa . Bo nawet taką porę roku jak jesień, która nie wszystkim miło się kojarzy z uwagi na zmienność pogody, można potraktować z humorem.. Raz słonko, raz deszczyk , błotko, raz zimno, raz ciepło, ale człowiekowi o moim usposobieniu to nie przeszkadza , co znalazło swoje odzwierciedlenie we fraszce pt. „Urok jesieni":
Lico jesień złote w słonecznym lazurze! –
Patrząc na drzewa , rzekłem. – I wszedłem w kałużę…
MARLENA – Ma Pan jakieś marzenia?
L.W. – Napisać jeszcze parę tomów fraszek…
MARLENA – A najszczęśliwszy okres w życiu?
L.W. – Nie wiem, czy taki był. Lubię spokój. Staram się, żeby wszystko było mniej więcej stonowane. Lubię złoty środek, czyli unikam wszelkich skrajności. Bez euforycznych skoków zadowolenia! Z wielkiej radości zwykle popada się w wielki smutek. Natomiast wracając do mojej twórczości , dodam , że kiedy w szkole średniej zdarzało mi się napisać wiersz o tematyce religijnej, to wiedziałem, że wkrótce z jakiegoś przedmiotu dostanę dwóję, a jak napisałem wesoły wiersz lub fraszkę , to dostawałem piątkę. W tym wszystkim staram się zachowywać pogodę ducha. Może dlatego poświęciłem się twórczości fraszkopisarskiej ?...
MARLENA – Czy był Pan dobrym uczniem w szkole?
L.W. – Generalnie byłem dobrym uczniem. Będąc w szkole średniej przestudiowałem we własnym zakresie literaturę i teorię literatury , co było w programie wyższej uczelni. Zaowocowało to na studiach. Z asystentami prowadziłem dyskusje, podczas gdy pozostali studenci w ogóle nie wiedzieli, o czym rozmawiamy. Kiedy koledzy chcieli abym „położył" ćwiczenia ,wystarczyło, że wdałem się w dyskusję z asystentem. Studenci byli zadowoleni, bo nie byli pytani, ja również , bo lubiłem zgłębiać wiedzę, natomiast asystent mógł się wykazać . Dzięki temu zagadnienia teoretyczno–literackie miałem w jednym paluszku. Ale i z tymi najsłabszymi uczniami potem w życiu różnie bywa. Zacytuje tu moją fraszkę pt. "Osiołek":
Chociaż osiołek to szkoły skaza,
Życie go nieraz zmienia w Pegaza!
MARLENA – Jakich rad mógłby Pan udzielić nam młodym, zainteresowanym literaturą.
L.W. – Powiem tak .Ucząc się , powinniście już teraz bardzo poważnie zastanawiać się nad tym, co chcielibyście zawodowo robić w przyszłości. A jeśli studiować , to na jakim kierunku i dlaczego . Zawsze być odpowiedzialnym i wiedzieć czego się chce, ale jednocześnie wiedzieć, czy się to potrafi. Nie studiować czegoś, co nas zupełnie nie interesuje, tylko dlatego, żeby np. przypodobać się rodzicom , koleżance czy koledze. Jeśli ktoś nie lubi matematyki, to nie może iść na studia związane z matematyką, tylko z humanistyką. Jeśli ktoś chce być lekarzem, to niech usilnie dąży do tego, żeby tym lekarzem zostać. Niech wszystkie bariery pokonuje. Może być trudno, ale trzeba te trudności pokonywać. Jak się je pokona w szkole, a potem na studiach, to w życiu będzie nam łatwiej sprostać przeszkodom . Nie można się załamywać nigdy, absolutnie. I trzeba działać. Samo marzenie nie wystarczy . Napisałem o tym we fraszce pt." Utrapienie marzyciela":
Kto nie działa, tylko marzy ,
Życie... bije go po twarzy!
Ale równoczesnie nie mozna zapominac o korzystaniu z dóbr kultury, o zyciu duchowym, aby czlowiek mógl byc szczesliwy. Na potwierdzenie tych slów przytocze moja fraszke pt. „Niewolnikom kapitału":
Nie wystarczy chleba kęs,
Aby życie miało sens!
MARLENA – Rozumiem, że to nie znaczy, że jeśli czegoś nie potrafimy, to żeby się do tego nie zabierać. Czy ja jako 10 letnia osoba już powinnam wiedzieć czego w życiu chcę, czy Pan w moim wieku miał ukierunkowane zainteresowania?
L.W.– To może przyjść z czasem, bo człowiek 10–letni niekoniecznie musi już wiedzieć, kim w życiu chce zostać. Zainteresowania jeszcze się klarują .Chociaż ja, mając 10 i więcej lat ,chciałem być poetą. I wierzyłem w swoje możliwości w tej dziedzinie. Potem tak ułożyło mi się życie, że kończąc studia zostałem powołany do redakcji wojskowej „Żołnierza Wolności" w Warszawie. Następnie do innych redakcji w Katowicach i Warszawie. I choć wcale nie chciałem być dziennikarzem, byłem nim przez 25 lat. I wystarczy!...Teraz pora na maksymalne zaangażowanie się w literaturę…
MARLENA – Czy Pan żałuje tego, że był dziennikarzem?
L.W. – Nie żałuję. Dzięki wyjazdom krajowym i zagranicznym zwiedziłem świat i poznałem nowych, ciekawych ludzi. Poza tym, dzięki pracy dziennikarskiej nie mam problemu z nadaniem tytułu jakiejś fraszce. J. I. Sztaudynger pisząc fraszki narzekał, że ma wielkie problemy z ich tytułami. Mnie to nie dotyczy. Dlaczego?. W redakcji najpierw pisało się artykuł, potem dawało 10 propozycji tytułów do tego artykułu, z czego sekretarz redakcji wybierał jeden. Dzięki takiemu ćwiczeniu mózgu przez wiele lat, od razu trafiam w dziesiątkę.
MARLENA – Czy pisze Pan fraszki po jednej, czy kilka naraz?
L.W. – Z reguły po jednej. Piszę o różnych porach dnia i nocy. W różnych miejscach, często w autobusie, czy w tramwaju, gdziekolwiek. Ja nie wiem kiedy dana fraszka przyjdzie do mnie. Dlatego nawet przy łóżku mam długopis i kartkę, bo jakbym chciał ją rano zapisać, to nie powtórzę w takim składzie, takim rytmie. Będzie coś podobnego, ale nie zapiszę w tej wersji, która przyszła mi do głowy. To, jak uderzenie pioruna, musisz to złapać. Kiedyś byłem z żoną na zakupach w Katowicach i przyszła mi do głowy pewna fraszka. Natychmiast zacząłem zapisywać. W międzyczasie żona coś mówiła, że idzie do sklepu. Zapisując słuchałem jak przez mgłę. Gdy skończyłem poszedłem jej szukać. Nie znalazłem. Spotkaliśmy się dopiero przy samochodzie na parkingu. Amok. A była to fraszka pt. "Zamczyste pieszczoty":
Zapraszam Pana, będę sama
W ruinach zamku. – Biała Dama.
Natomiast nigdy nie pisałem fraszek na zamówienie czy konkursy literackie. W moim przypadku byłoby to pozbawione duszy rzemiosło. Uważam , że wartościowe fraszki rodzą się z natchnienia.
MARLENA – Skąd Pan czerpie fraszki ?
L.W. – Skąd je biorę ?... Tak pół żartem, pół serio, często wieczorem bardzo lubię wpatrywać się w gwiazdy. Wtedy uspokajam się, a ciekawe , odkrywcze myśli przychodzą mi do głowy. Może to jakaś telepatyczna korespondencja z gwiazdami ? Z okna mojego mieszkania rozpościera się piękny widok na las, a nad nim gwiazdy….
MARLENA – Czyli, nie w poczekalni u lekarza?
L.W. – Nie.
MARLENA – Czy lubi pan patrzeć w chmury jak Stefek Burczymucha, albo po prostu bujać w obłokach?
L.W.– Nie. Lubię chodzić po ziemi. Pasjonuje mnie swoisty spokój gwiazd, a nie chmurki zmieniające się w różne obrazy , to mnie rozprasza.
MARLENA – Spokój gwiazd? Przecież gwiazdy często spadają, a poza tym kosmos to śmietnik. Tyle rupieci spada na ziemię.
L.W. – Też nieraz zastanawiałem się nad tym, czego wyrazem jest fraszka pt „Ogród kosmosu":
Ziemia – to chwast
Wyrwany z gwiazd ?...
Ale też w różnych miejscach na kuli ziemskiej mamy dużo tajemniczych śladów nieznanej cywilizacji , np.w Egipcie, w Azji, w Ameryce Środkowej. Są wizerunki naskalne, czy znaleziska starohinduskie. Na obrazach Leonardo da Vinci można zobaczyć statki kosmiczne, talerze latające, kosmitów. Naukowcy zastanawiają się nad tym, czy jakaś inna cywilizacja nie przekazała nam pewnych swoich zdobyczy. Może jednym z nich był Leonardo da Vinci ? Gdyby jego wynalazki zostały należycie wykorzystane dużo wcześniej, to prawdopodobnie loty w kosmos miałyby miejsce już w XIX wieku.
MARLENA – Dziękujemy Panu za rozmowę i życzymy wszystkiego dobrego.
L.W. – Również dziękuję i życzę wytrwałości w nauce. A co się tyczy nauki ,muszę dodać , że i ja , rozmawiając z Wami , uczę się odkrywać świat na nowo – widzieć go Waszymi oczami, oczami najmłodszego pokolenia. Bo ze względu na dzielące nas różnice wieku moglibyście być moimi wnukami. No cóż, w jednej z fraszek pt. „Wieczna edukacja „ napisałem :
Mimo wielu lat nauki
Uczą nas na starość – wnuki!
Opracowała
TERESA JĘDRAS

