Archiwum

Ewa Sułek - Porządki

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Było zimno tamtego listopadowego poranka, gdy zamknęła się sama w mieszkaniu dziadków i postanowiła zrobić porządki. Nie wychodziła już z domu z obawy przed przeziębieniem. Zawsze była krucha i zawsze dawała sobie wmawiać, że na pewno się rozchoruje. Co roku pierwszego listopada wyjmowała z pawlacza puchową kurtkę narciarską, która wracała na swoje miejsce dopiero w okolicach Wielkanocy. „Załóż też gogle, bo masz przewiew przez oczy!” - śmiałam się, gdy wychodziła z mieszkania w centrum jak gdyby wybierała się na stok w Alpach. Chichotała spod szalika i nasuwała czapkę mocniej na czoło.

Gdy byłyśmy dziećmi patrzyła jak babcia wlewa do jej coli z automatu gorącą wodę z niezaparzonej herbaty, podczas gdy ja odwracałam się tyłem ze swoim kubkiem. Była jedynym dzieckiem w mieście, które zimą po kryjomu nie zdejmowało czapki w drodze do szkoły. Kiedyś babka złapała nas w parku pod domem, miała wrócić z pracy dopiero po szesnastej. Siedziałyśmy na ławce łapiąc płatki pierwszego w tamtym roku śniegu w rękawiczki i porównując ich kształt (“nie ma dwóch identycznych! nie ma w całym wszechświecie!”). Na moją gołą głowę padał, od razu topniejąc, biały puch. Ona siedziała obok mnie z naciągniętą na oczy czapką i kapturem, owinięta ciasno szalikiem. Zimą zawsze zastanawiałam się, którędy oddycha i rozważałam, czy moja siostra nie ma jakiś alternatywnych kanałów w ciele, którymi powietrze dochodzi do płuc. Ja dostałam w tyłek. Obie nie dostałyśmy podwieczorku.

W tym roku podjęła decyzję, że w ogóle nie wyjdzie na zewnątrz. „Tak będzie lepiej dla wszystkich” - wyjaśniła lakonicznie. Zadzwoniła wcześnie rano. „Posprzątam trochę, przewietrzę” - dodała – „zakurzyło się, nazbierało. Przejść się nie da. Potykam się o rupiecie, starocie. My teraz będziemy potrzebować miejsca, czystości, świeżego powietrza, remontu. Posprzątam, mam teraz czas, a niedługo będę bardzo zajęta”. Odłożyłam słuchawkę bez słowa, dając jej niemą zgodę i przyjmując wyjaśnienia. W wyobraźni widziałam jak najpierw gładzi się po wystającym brzuchu, potem zakłada gumowe rękawiczki.
Trochę zwisają, nawet teraz jest bardzo szczupła. Wyciąga ze schowka w przedpokoju stary odkurzacz, kicha w łokieć i wchodzi do salonu. Chwilę stoi, rozgląda się powoli, zastanawia od czego zacząć. Stary zegar tyka cicho.

„Ciiicho! Bo usłyszy!” - wyszeptała. Kartonowe pudełko leżało na regale schowanym za firanką, razem z książkami o historii Krakowa, klaserami na znaczki i obrazkami z Karolem Wojtyłą. Babka zabraniała nam tam zaglądać, mówiąc, że się kurzy i dostaniemy alergii. Gdy po raz pierwszy potajemnie zajrzałyśmy do niego, zobaczyłyśmy przeszłość.

Masywne broszki z wypukłymi kamieniami straciły kolor i blask, a sięgające nam aż do kolan korale zwisały żałośnie na powiązanych ręcznie nitkach. Na dnie pudełka znalazłyśmy zdjęcie. Z fotografii spoglądały na nas dwie dziewczynki. „Jak dwie krople wody!” - zachwyciła się. Białe sztywne kokardy na czubkach ich głów stały się na lata obiektem naszej zazdrości. Potem długo i bezowocnie przeglądałyśmy babcine szuflady w poszukiwaniu odpowiedniej wstążki. „Teraz patrz!” - krzyknęła. Sznurowadło i tasiemka do majtek okazały się jednak porażką. Sznurkowa kokarda wyślizgiwała się a elastyczna kleiła do włosów boleśnie pozbawiając nas ich części. Z sukienkami poszło lepiej. Trochę pokłóciłyśmy się o białą halkę, była zdecydowanie efektowniejsza niż wełniana spódnica. W końcu postanowiłyśmy nosić ją na zmianę. Nie potrafiłyśmy długo się na siebie gniewać.

Pod zdjęciem leżał list. Pachniał papierem i skórą, jakby przez lata, mimo ukrycia, wciąż na nowo dotykały go czyjeś wierne palce.

Spojrzałyśmy na siebie ze strachem i przejęciem, po czym delikatnie otworzyłyśmy kopertę.

28 sierpnia 1947, Mogilany

Ile to dni już się nie widziałyśmy? Sto, może pięćset, nie potrafię zliczyć ni dni, ni godzin, ni minut tej okrutnej rozłąki. Niedługo wracamy do Krakowa, lecz czym będzie Kraków, jeśli Ciebie, jaskółeczko, tam zabraknie? Idą upały, pamiętasz jak kąpałyśmy się w strumieniu za domem? Potem długo nie wracałyśmy, czekając aż wyschnie na nas bielizna, żeby nasza stara dobra Hanka nie domyśliła się, że znów weszłyśmy do zimnej wody, mimo że tyś wciąż nie zdrowa. Potem udawała, że nie wie, że nic nie zauważyła! Ale nigdy nie mówiła nic papie, zbiłby mnie na kwaśne jabłko, gdyby wiedział, że ci na to pozwoliłam, że nie upilnowałam.

A pamiętasz Witka, co przychodził nad strumień i podglądał nas z krzaków malin? Potem zbierał je do wiklinowego koszyka, że niby wcale nie podgląda, że niby na maliny przyszedł, na konfitury dla matki. Wrócił po wojnie do Mogilan, mieszka znowu w tej szarej chacie za zakrętem, tam gdzie latem rosną malwy. Nigdy ich nie lubiłaś, bałaś się trzmieli, które całymi dniami wlatywały i wylatywały z wnętrza kwiatów. Mówiłaś, że ich bzyczenie jest jak śmierć. Jak te lampy w szpitalnych korytarzach, które zawsze szumią i nigdy nie milkną. „Nie można spać!” - lamentowałaś za każdym razem, gdy przychodziłam cię odwiedzić. Winą za podkrążone oczy obciążałaś „przeklęte lampy, jakby się uparły, żeby nie dać się wyspać!”.

„W Krakowie nie ma malw, wiesz?” - mówiłaś. – „W Krakowie będziemy żyć jak wielkie panie! Nie będzie już wypadało kąpać się w strumieniu i żadne trzmiele nie będą nam bzyczeć pod nosem. Będziemy przechadzać się po rynku i pić kawę w Jamie Michalika, ze słodką śmietanką!” - podnosiłaś głos i chudą rękę z wystawionym w górę palcem wskazującym prawej dłoni, jakby sprawa śmietanki była sprawą rangi państwowej.

Obserwowałam jak sine cienie pod oczami stawały się coraz ciemniejsze, jak Twoja drobna twarz nikła i kurczyła się, zapadała się w poduszce i w wieczności.

Tamtego dnia już z samego rana pobiegłam pod dom Witka zebrać malwy, te najdorodniejsze, te, w których najwięcej trzmieli. Na przekór Tobie. Sekatorem obcinałam grube łodygi przy samej ziemi. Były prawie Twojego wzrostu. I jak dziwnie wyglądałaś z nimi, Ty, która zawsze omijałaś je z daleka. Wsadziłam je w Twoje dłonie i długo układałam na nich Twoje palce. Może jakiś nieprzezorny trzmiel też został tam z Tobą, może jakiś zaspał wewnątrz kwiatu, by nigdy już nie ujrzeć słońca. Teraz już na zawsze malwy znaczą dla mnie śmierć, dokładnie tak jak mówiłaś.

Ale już zaraz do szkoły. Ojciec sprawił mi nowy mundurek, granatowy z plisowaną spódnicą, o takim marzyłyśmy. Gdy nie ma go w domu, a Hanka zajęta jest szykowaniem obiadu, zakładam go po kryjomu i udaję że Ty też go zakładasz. Staję przed lustrem i drażnię się z Tobą, ciągnę za warkocze, mocno, aż mi łzy ciekną po policzkach. „Nie płacz!” - krzyczę, uderzam się paskiem po udach. “Nie płacz!” krzyczę do Ciebie i patrzę, jak na udzie powoli pojawia się ciemny siniak. Taki sam na moim i na Twoim. „Zasłużyłaś!” śmieję się ze złością i Ty też śmiejesz się do mnie. Ładnie nam w tym mundurku. Siniaka nie będzie widać, zawsze uderzam wysoko, prawie przy pachwinie. Tam skóra jest delikatna, więc ślad powstaje od razu i mogę patrzeć, jak różową skórę obejmuje stopniowo siność. Staję się na nowo podobna do Ciebie.

Twoja na zawsze,
Zofka

„Jak dwie krople wody” - wyszeptała znów moja siostra, spojrzała jeszcze raz na list po czym złożyła go i odłożyła na dno pudełka, przykrywając zdjęciem oraz biżuterią, dokładnie w ten sam sposób, w jaki wcześniej ukryła go Zofia, nasza babka. Lubiła porządek. A ja lubiłam te jej reguły, które w nasz dziecięcy świat chaosu wprowadzały nieco ładu i dyscypliny. „To będzie nasza tajemnica, nigdy nikomu nie powiemy o liście, będziemy go strzec aż do śmierci” - powiedziała poważnym głosem. „A jeśli jednej z nas zabraknie, jeśli kiedykolwiek coś nas rozdzieli, druga będzie chroniła go i trzymała w ukryciu przed światem, przed wszystkimi!” Przybiłyśmy ślinianą piątkę. Z przejęcia nie spałyśmy a rano przy śniadaniu wciąż zerkałyśmy w stronę firanki, za którą ukryty leżał nasz skarb. Tamtego dnia uczesałyśmy się w warkocze.

Patrzyłam na nią jakbym patrzyła w lustro.

Teraz znów wyobrażam sobie, jak położyła dłonie na brzuchu, pogłaskała z czułością. Uklękła w salonie i starym sposobem zaczęła układać stertki i kupki zgodnie z jej tylko znanym systemem porządkowania. “To do wyrzucenia, to do wyrzucenia, to może się przyda” - mamrotała pod nosem, jak gdyby ktoś dał jej boskie prawo do grzebania w naszej przeszłości, unicestwiania lub ułaskawiania tego, co po niej zostało.

„Nie przychodź” - zadzwoniła jeszcze. „Nie chcę się czymś zarazić od ciebie. Zawsze chodzisz rozgoglona, pewno smarkasz. Rozsiewasz zarazki, prądkujesz”.

Przyszłam wiosną. W salonie pojawiły się meblościanka z IKEI i białe dziecięce łóżeczko. „Oczywiście będzie stało w sypialni” - wyjaśniła. Ściany zdobiły oleodruki. Na jednym z nich przebrany za królika tłusty bobas leżał w wiklinowym koszyku razem z prawdziwymi szarakami, sielanka. Miejsce kredensu, z którego kiedyś wykradałyśmy filiżanki, żeby pobawić się w serwowanie popołudniowej herbatki dla lalek, zajęło kino domowe. „Lubimy tak sobie po pracy posiedzieć przed telewizorem” - powiedziała, gdy zauważyła mój wzrok zawieszony na czarnym ekranie. I znów te ręce, drobne dłonie, na brzuchu, który teraz wydawał się prawie większy od niej. „Tyle programów. Kupiliśmy pakiet MAX”. Usiadłam na małym pomarańczowym krzesełku. Pasowało kolorem do zasłon i leżących na stole podstawek pod kubki. Uwierało w tyłek. „Dasz mi list babci?” - zwróciłam się do brzucha. „Ten, który napisała po śmierci swojej siostry” - wyjaśniłam, widząc jej zdziwione spojrzenie. „Wyrzuciłam. Kurzył się, papier przesiąknął nie wiadomo czym, pożółkł. Jeszcze dziecko dostanie uczulenia” - powiedziała mieszając miarowo cukier w herbacie w kubku z napisem „Mama jest najfajniejsza!” Wstałam kierując się do drzwi. Zanim wyszłam przytuliłam ją mocno do siebie i pocałowałam w usta. Nigdy nie wiadomo, kiedy się kogoś najbliższego widzi po raz ostatni.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok