Jerzy Stasiewicz,, czołowa postać Opolszczyzny wśród ludzi używających kałamarza. Urodzony w 1968 roku w Trzonowie (Małopolska). Poeta, prozaik, dramaturg, recenzent i eseista.
I
Mój powrót do wiosny życia przerywa akustyka radości wiewiórek zjadających żołędzie. To sygnał, że muszę skoncentrować się na chwilach bieżących. Rezygnuję z dalszego podziwiania piękna parku. Wyjmuję z teczki ukończone kilka miesięcy temu moje opowiadanie Skrytka Renate Schmied. Przystępuję do czytania.
Dedykowane Eugeniuszowi Iwańcowi na jubileusz
Nasi słowiańscy przodkowie odkryli procesy kiszenia, jako sposób nie tylko konserwacji żywności w czasach, kiedy nie znano lodówek, ale również jako sposób uzyskiwania produktów o znacznie lepszej przyswajalności i wzmacniania sił życiowych organizmu. Procesom takim poddawano owoce i warzywa, a także chleb. Podobnie ludy kaukaskie nauczyły się fermentacji mleka i uzyskiwania znacznie smaczniejszych i bardziej zdrowych produktów spożywczych.
Jestem uwięziony w życiu jak robak w bursztynie.
(Piotr Stareńczak - „Atrofia”, str. 122.)
Miałbym chyba problem z napisaniem „klasycznej” recenzji nowej, piątej już, książki Piotra Stareńczaka - „Atrofia”, więc może ograniczę się do kilkunastu luźnych uwag, zapisując je jak najbardziej lakonicznie, niemal jak autor we fragmentach swojego dzieła, zatytułowanych „Z pamiętnika insomnika” (w trzech częściach). Będzie to tym trudniejsze, że wrażeń i refleksji z lektury omawianej pozycji mam naprawdę sporo, pozytywnych, ale i niestety, negatywnych. Kto zresztą wie, czy tych drugich nie jest więcej. A więc – do rzeczy:
Czekała mnie jeszcze jedna rozmowa i byłem już solidnie zmęczony, gdy pojawiła się kolejna, ostatnia kandydatka. Mówiąc prawdę ledwie pamiętałem dane z jej listu, ale też pewnie niezbyt uważnie go przeczytałem. Pewnie mój błąd; zaprosiłem wszystkie sześć pań, które odpowiedziały na mój anons. Pięć pierwszych odpadło, grubo przeceniwszy swoje kwalifikacje, choć wyraźnie zaznaczyłem wymóg górnej półki w każdym zakresie.
Kiedy weszła, moją pierwszą myślą było, że nic z tego nie będzie. Choćby była najlepsza, włącznie z angielskim. Jej wada z miejsca rzucała się w oczy, choć przyznaję, że to tylko moja wina, lub może moje estetyczne, i nie tylko, skrzywienie.
(...)W zmieniającym się – w trakcie całego życia – ciągu zdarzeń, niektóre osoby potrafią dostrzegać i reagować na „zbiegi okoliczności", prowadzące nieomylnie do wydarzeń losowych. Uświadamia to o nieuchronności wskazań konfiguracji znaków swoistej locji, w małym jednak stopniu wpływa na rozumienie, lub akceptację dziejącej się karmy.
Trudno sobie wyobrazić, nawet wyobraźnią pamięci, która przecież bazuje na faktach, że 300 razy dźwigałem, dochodzący do 2.000 egzemplarzy, nakład Akantu”.
Daty dziennej nie pamiętam, jednak był to rozsłoneczniony grudniowy dzień, raczej wczesne popołudnie 24 lata temu.
Na początku było słowo i bóg było tym słowem. Jednolite połączenie świętości z doskonałością, dźwięku z bytem nieskończonym. W tej symbiozie pojawiła się potencja nazw, zdań, słowników oraz gramatyk, które dla pięknej jedni były zbyt złożone, dla prawdy zbyt skomplikowane, dla dobra zbyt abstrakcyjne.