W 10 numerze „Świata Inflant” z 2023 roku Roman Sidorkiewicz domaga się opracowań naukowych o Kanale Windawskim. Fakt - w mijającym roku minęło 200 lat od podjęcia działań studialnych nad tym zamierzeniem. Literatura na ten temat, i to po polsku, jest dość bogata (i począwszy od książki Ignacego Buszyńskiego Dubissa z 1871 roku po teksty znakomitego znawcy budownictwa Rosji Igora Znaczki-Jaworskiego z lat 1970-1978), a nowsza jest na Litwie (zajmowało się tym tematem muzeum w Szawlach) i zapewne na Łotwie.

Utwór Mieszko Lambert Andrzeja Stanisława Sepioła to pięcioaktowy dramat, przedstawiający czasy Mieszka II Lamberta. Wskazuje na korzenie państwa polskiego, nawiązuje do 14. władców przed Mieszkiem I, a jednocześnie prezentuje stosunki polsko-czeskie i polsko-niemieckie, dając możliwość indywidualnej interpretacji utworu.

Obrazki autorstwa Bogdana Piotra Kozłowskiego to zbiór wspomnień autora. Niektóre z nich powiązane są z konkretnymi przedmiotami, inne z miejscami. No i oczywiście z ludźmi. Zbiór, choć niewielki objętościowo, wypełniony jest ciepłem, tęsknotą, ale także poczuciem humoru autora. Nie sposób się było nie uśmiechnąć na przykład przy “Romantyczności” czy U wód.

Właśnie zaczyna się lato. Niedzielny poranek zapowiada dzień piękny, może nie upalny, bo kłębiaste cumulusy od czasu do czasu zasłaniają na moment słońce. Taka pogoda może już kusi do przebywania nad wodą, ale jeszcze bardziej uwodzi, by spędzać czas na łonie natury.

Tags:

"Zanim" jest trzecim tomikiem poezji Haliny Rakowskiej, choć tak samo, jak przy dwóch poprzednich, nadal krążymy wokół tej samej tematyki. Halina Rakowska pisze wiersze o ulotności, tęsknocie, zapomnieniu. Zamyka się wciąż w tej samej formie, a czasami warto wyjść poza schemat. Wiersze są dobre. Czyta się je z przyjemnością, ale niewiele z nich czytelnik zapamięta. Język jest prosty, słownictwo z jednej strony lekkie, ale z drugiej ubogie. Warto poszerzyć zasób słów, ponieważ każdy wiersz niesie to samo przy użyciu innych określeń. Tematyka trafia do czytelnika, ale chyba nikt nie lubi, jak coś jest w kółko powtarzane, warto otworzyć się na inne zagadnienia i przedstawić swoje przemyślenia.

Na scenie stoi kanapa, stół, fotel.Na ścianie zdjęcie rodziny, regał ugina się od książek i albumów. Duże lustro ustawione tak, żeby w czasie mówienia do lustra była widoczna widzom twarz aktora. Muzyka: odległa i delikatna.

W pojedynczej wiązce światła pojawia się Mężczyzna w garniturze i krawacie, w dobrze wyczyszczonych butach. Trzyma w dłoni notatnik.Stoi twarzą do widowni, chwilę patrzy nieruchomo i być może dla lepszego skupienia – jest lekko pochylony do przodu.

Kilka godzin później, około południa, dwóch cherlawych mężczyzn z firmy pogrzebowej dźwignęło ciało z kanapy i położyło je na noszach, przypinając pasami, ja zaś je okryłam wyliniałym kocem i w asyście spojrzeń skrzydlatych aniołów odprowadziłam do drzwi, za którymi razem z dwiema sąsiadkami czekała już ciotka z wypiekami na twarzy. Eskortując orszak do głównego wyjścia, odprawiały wspólnie jakieś swoje modły, a na koniec ciotka z egzaltacją w głosie, rysując w powietrzu znak krzyża, krzyknęła za wujem znikającym w naszej odrapanej windzie do przewozu mebli i ciężkiego sprzętu AGD:

- Chciałabym wznieść się w górę, jak ptaki lub anioły. Razem z Tobą.

- Tam skąd przyszedłem, wszyscy szybują w bezczasie.

- Będziemy, jak pulsujące punkty. Wzlecimy ponad miastem, a potem wyżej.

 Chwile, jak sny.

- Wzniesiemy się na obrzeża śnienia. To może być smutne. Ludzie w klatkach. Ich sny mają poszarpane brzegi, w szare smugi z rzadka wplecione są pastelowe barwy. Tylko małe dzieci śnią tęczowo. Im jeszcze nie odebrano skrzydeł.

-My ukryliśmy zapasowe skrzydła. I spalimy etykiety: góra-dół, ty-ja, niebo-ziemia.

-Wyjdziesz  z kredowego kręgu, który sama wyznaczyłaś.

-Skurczyło się wszystko do wymiarów wymyślonego (nie przeze mnie) świata. Każdy dzień, jak kalka poprzedniego. Piszę wciąż tą samą baśń.

-Jesteśmy zbiorem bajek i opowiadań, ale możemy napisać coś godnego nagrody literackiej (Stwórcy).

-Ty pomożesz mi przekroczyć linię między poprawnością a odrobiną szaleństwa.

-Na początek staniemy się opowieścią o Lataniu.

 

Stanąłem przed masywnym szklanym molochem i spojrzałem w górę. Lustrzana tafla odbijała stojące naprzeciwko budynki, pędzące za mną samochody, chmury i niebieskie niebo. Wszedłem po niskich schodach do środka. Pod stopami poczułem grząską wykładzinę. Miała kolor beżowy i była przetarta w niektórych miejscach – przy windach, okienku portiera i przy wejściu, w którym stałem. Drzwi od portierni uchyliły się i wychynęła zza nich uśmiechnięta szeroko twarz.

Od przeszło roku wynajmowałem kawalerkę w popegeerowskim bloku – stojącym samotnie pośrodku brązowych pól szarym, czteropiętrowym klocu. Wracałem właśnie z zakupów, szedłem na piechotę dziurawą, asfaltową drogą w jego kierunku. Przykry był to widok, naprawdę żałosny – ten kawał betonu upchany w centrum niczego. Nie bardzo to przypominało Pierwszy Świat – w kontraście do metra w Seulu, opery w Sydney czy wieżowców Dubaju. XXI wiek i nadal nie ocknęliśmy się z głębokiego, czerwonego koszmaru.

Odszedł Jacek Chwedczuk z Lund (1955-2021). Mój dobry kolega, a jeszcze lepszy kompan. Znaliśmy się długo, a wiele. Wiele lat przepracowaliśmy razem. Ja po studiach prawniczych - niespełniony pisarz, on po studiach ekonomicznych... niespełniony muzyk. Musiał bowiem wcześnie zakończyć swoją drogę artystyczną: śpiew i grę na skrzypcach. Na przeszkodzie stanął zły los; tragiczna śmierć matki i zdiagnozowana cukrzyca.