Archiwum

Mateusz Podlecki - Pociąg numer ∞

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Przez długi czas kładłem się spać wcześnie. Po niechętnym, bo i po co?, zwleczeniu się z łóżka, długo patrzyłem na ten pokój, który tak dobrze znałem, jakby próbując sobie uświadomić, że  nastał dzień, dla mnie taki sam, jak każdy inny piąty dzień tygodnia, obfitujący w skoki na giełdzie, szpitalne próby zmuszania serc do powrotów z dalekich podróży, wieczorne gole strzelane w krajowych ligach, wokalistki i wokalistów śpiewających cudze piosenki w żałosnych talent showach.

Dźwięk wściekle atakującej wody uświadomił mi, że zrobiłem te kilka kroków z sypialni do marmurowej łazienki, że stanąłem przed lustrem i wpatrywałem się w nie jak niegdyś Lacan, że zdążyłem już zaobrączkowanymi dłońmi nałożyć piankę do golenia. Zdarłem maszynką starość i śmierć z twarzy, włożyłem – już przepoconą, przecież to piątek – tweedową marynarkę i z hukiem (niech skacowane studenciaki wiedzą, że jeszcze żyję, choć pewnie nie jest im to na rękę) zamknąłem drzwi wejściowe do mojego mieszkania. To prezent ślubny od rodziców, pewnie nadal wierzących, że zejdziemy się z moją żoną. Skoro jej przy mnie nie ma, to może należałoby mówić o niej w czasie przeszłym? Życie bywa zawrotnie zaskakujące: chciałbym dalej wierzyć w wielką miłość w świecie, w którym, mimo gorących, serialowo-filmowych przysiąg na dobre i na złe, rozwodzi się co drugie małżeństwo.

Znowu jadę metrem, żeby za chwilę wysiąść na Młocinach i stać się jednym z pasażerów elitarnej linii autobusowej numer 114. Zapewne spotkam tam moich studentów, pewnie niezbyt chętnie zmierzających do swojej Alma Mater, choć – trzeba to przyznać, bywam czasami uczciwy – pewnie są i tacy, którzy nie przyjechali do wielkiego europejskiego miasta, żeby, podbijając legitymację, przedłużać okres beztroskiego liceum o gulasz w słoiku i schabowe w folii aluminiowej.

– No jak to nie wiesz? Przecież to jest proste jak budowa cepa. Znowu się nie nauczyłeś?
– Mówisz tak, jakbyś się z choinki urwał. Dzisiaj mamy piątek, a wiadomo, że przed piątkiem jest czwartek.
– A przed czwartkiem środa. Dzień jak dzień. Każdy dobry, żeby się napić. Rób, jak chcesz. Nie mój cyrk, nie moje małpy.
– Nie bądź sztywny jak gówno w zimie. Powiedz mi: Nowa Fala to Zagajewski, Kornhauser, Barańczak i inne Ziomki?

Ciekawe, skąd wzięli się tutaj poloniści, poloniści in spe. O ile dobrze pamiętam, to mają zajęcia w innym kampusie. Zresztą – co mnie to obchodzi? Wysiądę na przedostatnim przystanku. Ucieknę, na moment, przed zagładą oswajaną kilkanaście razy w miesiącu. Odwlekę wejście do budynku, w którym portier, układający pasjansa na ledowym monitorze, będzie z niecierpliwością czekał na mój podpis oraz uroczysto-pospolite wręczenie kluczy – których, oczywiście, zgubić nie powinienem, a nawet nie mogę – do sali ćwiczeniowej zapełniającej się co piątek studentami, udowadniającymi w trakcie konwersatorium z metodologii badań społecznych wyższość Startu Otwock nad drużyną z Łowicza. Cóż, są różne formy ekspresji: ktoś namalował byki w Lascaux, ktoś inny za pomocą taniego niebieskiego długopisu narysował pięknego pelikana na uczelnianej ławce.

– Ej, łysy idzie, wstawaj z podłogi – szepnęła (a przynajmniej tak jej się wydawało) blondyna ubrana w obcisłe dżinsy i flanelową koszulę, z kolorem 404 na paznokciach. Wygląda całkiem schludnie, ale pewnie i tak znalazłby się jakiś spec od spraw wszechświata, który stwierdziłby, że brakuje jej niebieskich air maxów, bo te zawsze są tutaj w modzie.

Myśli, że nie usłyszałem tej przeobrzydliwej ksywy, na którą, rzecz jasna, nie zasłużyłem (nie zasługuję?). Mógłbym ją wyprosić z ćwiczeń, mógłbym być skończonym idioto-chamem i pod byle pretekstem nie dopuścić jej do kolokwium zaliczeniowego. Ale szkoda mi jej rodziców, o ile ich ma. Ojciec pewnie montuje szafy metalowe, wstaje o czwartej rano, parzy najtańszą kawę, a później męczy się, żeby we właściwy sposób zamontować eurolocka; matka – właśnie, matka, czym ona może się zajmować? – zamalowywuje czarnym markerem rysy na obudowach supernowoczesnych koreańskich telewizorów. A wszystko to prawie za darmo, bo za 1168 zł miesięcznie. Za nadgodziny, oczywiście, nie płacą. W zamian za to będzie mogła odebrać wolny dzień w tygodniu, jeżeli, tu znowu oczywiście, najzupełniej kompetentny brygadzista jej na to pozwoli. Bo to on jest szefem. Szefem szefów. Nie przestaje nim być nawet wtedy, kiedy łamaną angielszczyzną próbuje przypomnieć swoim (tak, jego) podwładnym treść napisów widniejących na pracowniczych uniformach: innovation for better life.

– Dzień dobry,  panie magistrze!
– Dzień dobry, zapraszam do sali!

Jeszcze tylko przetrwać ten rumor krzeseł, pytania studentów o możliwość odrobienia nieobecności, streszczenie rozdziałów książek Nachmiasów i Babbiego i, jak to się mówi, fajrant. Kiedy rozpoczynałem studia doktoranckie, nie sądziłem, że z tak wielkim utęsknieniem będę czekał  na weekend. Ale wtedy wszystko było inaczej: była Lena (była żona), moja Lena, chyba nadal ją kocham, były spieczone tosty na śniadanie, ochy i achy przerywane zdyszanym wyznaniem miłości, wspólne prysznice – kto by pomyślał? jako dziecko nienawidziłem kąpać się w sobotnie wieczory – koloru raczej purpurowej perwersji niż młodzieńczych pocałunków skradzionych gdzieś w malinowym chruśniaku, pięćdziesiątki wódki opróżniane jednym haustem i ciasteczka z wróżbami przepowiadającymi miłość do grobowej deski. Es muss sein. Nie boli mnie to, że ode mnie odeszła. Nie ona jedyna nie potrafiła zaakceptować czyjegoś ja. Czy to moja wina (o ile o winie w ogóle można mówić), że nie jestem, ale się staję? Chciałaby, bym był. Chciałaby, bym był jak stojąca woda. Nawet nie zdaje sobie sprawy, że ja to ktoś inny. Że jest ja, ale mnie nie ma. Tak, mieli racji filozofowie: wszystko płynie.

– Drodzy państwo, proszę mi podać przykłady zastosowania obserwacji uczestniczącej jawnej.
– Obserwator sędziowski na meczach polskiej ekstraklasy.

Ohoho, trafił mi się pewnie jakiś hools, w najlepszym wypadku ultras. Z chęcią bym zapytał, jak było na ostatnim grillowaniu, ale nie, mnie nie wypada. A co by było, gdyby zaczął pieprzyć trzy po trzy o kiełbasach, kaszankach, karkówkach, ketchupach, musztardach, sosach barbecue i innych pierdołach? Już to widzę: każdy z amatorów wyrobów mięsnych – a na pewno tutaj takich nie brakuje – smażonych na przyrdzewiałym ruszcie, podlewanych do smaku lagerem, dorzuciłby swoje trzy, a może nawet i pięć groszy, i zamiast konwersatorium akademickiego zrobiłoby się colloqium niedzielne na ulicy. Nie pytam, tak będzie bezpieczniej.

– Ma pan rację, to dobra odpowiedź. Grilluje pan?
– Ekhm…
– Przepraszam pana bardzo, nie powinienem był pytać.

Nie, nie, nie wierzę w to. Nie robię tego, co chcę, ale to, czego robić nie powinienem. Znów wyszedłem na kretyna. Faux pas. Siara. Przypał. Nie mam siły prowadzić zajęć. Zadam im coś do domu, przeproszę tak szczerze, jak tylko potrafię, i pojadę do mieszkania, po walizkę, na której będę siedział, bo oczywiście wszystkie ławki muszą być w piątek zajęte, wysłuchując komunikatów przemiłej pani przepraszającej, zapewne najszczerzej na świecie, za spóźnienie Mewy albo Zielonogórzanina. Co tym razem? zerwana trakcja? lokomotywy zamarzły? tory ukradli? Dla mnie to i tak nie ma znaczenia. A może powinno?

Siedzę już w ciepłym, bo ogrzewanym, przedziale. Pikowaną kurtkę zawiesiłem na haku i wyjąłem Nieznośną lekkość bytu Kundery. Nie lubię siedzieć w środku – z dwóch stron naciskają na mnie jacyś ludzie, którzy nie zawsze potrafią zdobyć się na dzień dobry albo do widzenia.

– Przepraszam, czy to wagon numer jedenaście? – zapytał nieco zmieszany staruszek, który najwidoczniej od dawna nie podróżował koleją.
– Panie, siadaj pan. I tak nikt nie zwraca uwagi na te numerki na bilecie – odpowiedział mój sąsiad, rzecznik wszystkich pasażerów.

Ale ja zwracam. Przywiązuję się do moich numerków, nie powierzam ich byle komu. Moich rąk, nóg, nie mówiąc już o męskości, również nie oddałbym komukolwiek. To jest moje. Nikogo innego. Jestem jedyny na świecie, który został mi dany bezpośrednio. Mamy wspólną datę urodzin, wspólną datę śmierci.

Ruszył. Uwielbiam patrzeć w (a może przez?) okno. Kiedy z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę mijam lasy, przypominam sobie Brzezinę Wajdy. Tam też obiektyw kamery przemykał pomiędzy alabastrowymi drzewami.

Usypiający pomruk urządzeń grzewczych i miarowy stukot kół zmuszają mnie do refleksji, z którą, chcąc czy nie chcąc, muszę się zgodzić: wszystkie stacje, na których się zatrzymuję, okazują się stacjami pośrednimi. Za każdym razem mam nadzieję, że to ta ostatnia, docelowa.

Wierzący w plastyczną naturę człowieka mają łatwiej.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok