Archiwum

Marek Sass - Jesienne spotkania z Leonardem Cohenem

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Drogi Leonardzie, cóż słychać u Ciebie? Gdzie teraz wędrujesz z swą pieśnią o ptaku na drucie, który uciekł wolności razem z rycerzem i jego starą księgą?

Jesień 1986 r. Z radia sączyła się muzyka spokoju i ciszy. Było już dawno po północy. W ciemności zarysowały się dźwięki gitary i głos. Wypełniły wszystko, co wokoło. Wypełniły mnie.  Niczym delikatny szkic brzmiała pieśń o Zuzannie, która prowadzi w swe miejsca nad rzeką. Kolejna ballada o siostrach miłosierdzia, które „na mnie czekały, gdy myślałem, że brak mi już sił".   Okazało się, że mój Przyjaciel ma płytę „Alleluja" - interpretacje pieśni Leonarda Cohena wg Macieja Zembatego. Tak rozpoczęło się moje wędrowanie z słowami i w słowach tego poety, pieśniarza, barda – twórcy naszych (moich) czasów.  
Mijały lata. Rozwijał się „chodnikowy handel". Cohen i z tej perspektywy stawał się coraz bardziej dostępny. Jego kolejne płyty, tomiki poezji, powieści towarzyszyły nam (mi) w przeżywaniu przemian, przełomów globalnych, ojczyźnianych jak i osobistych. Wówczas zrozumiałem, że są pytania bez odpowiedzi. Przekonałem się jednak, iż trzeba je zadawać.„Uśmiecham się w złości, gdy kłamię i łżę. Robię co muszę by przez to przejść. Ale wiem w czym tkwi błąd, a w czym słuszność, gdyż umiem ginąć za prawdę. Więc trwaj mój bracie, ma siostro, trwaj i ty. Dostałem wreszcie rozkaz do wymarszu przez poranek. Marszu przez noc. Przekroczenia granic. W tajnym życiu mym."  
Jesień 2008 r. Warszawa – Torwar. Jak czuje się człowiek, który za chwilę zrealizuje marzenie, o którym przez lata nawet nie śnił? Wszystko jest pierworodne: atmosfera, scena,  wchodzący na nią artyści, oklaski. I burza oklasków, gdy wbiega on. „Wtańcz mnie w swoje piękno i niech skrzypce w ogniu drżą. Przez paniczny strach aż znajdę w nim bezpieczny port. Chcę oliwną być gałązką, podnieś mnie i leć. Tańcz mnie po miłości kres." To był początek koncertu, a właściwie spotkania, misterium muzyki, świateł, gestów i refleksji słów – przede wszystkim. „Kto w płomieniach, kto w odmętach, kto w blasku słońca, kto w ciemnościach, kto w ciężkiej próbie, kto ot tak sobie, kto w pięknym, pięknym maju, kto w powolnym konaniu, i jak nazwać tego Kto wzywa?" Przepełnia nas tajemnica, znaki zapytania, niezliczone rozdroża i zakręty. Jedynie niepewność jest pewna. Potrzeba nam pokornego pochylenia się w sobie i wobec siebie wzajemnie. Szacunku, który wyprowadzi z krainy ciemności. „Sentymentalny z wiekiem robię się: Kocham ten kraj, choć w scenografii złej. Nie jestem z lewej ani prawej, we własnym domu nocą bawię. Topiąc wzrok w ekranu mętnym szkle. Lecz w uporze trwam jak śmieci wór. Czas rozkładu nie oznacza już, jestem wrakiem, który trzyma wciąż bukiecik w dłoni swej: Nadchodzi Demokracja do krainy tej."
Jesień 2010 r. Gdy na początku roku tuliła nas sroga zima pojawiła się informacja, że światowa trasa koncertowa Leonarda Cohena wiedzie przez Polskę. W marcu zaplanowano koncert w katowickim Spodku. Nocne telefony: jedziemy, czy Wy także? Zamówienie na bilety trzeba złożyć jak najszybciej. Po kilku dniach jedna z uczestniczek planowanego wspólnego wyjazdu przysłała sms-a: „Dostałam bilet". A było to 03 lutego o godzinie 11:14. Wkrótce okazało się, że termin koncertu przeniesiono na październik. Wiele wydarzyło się w tym czasie na świecie, w kraju, naszej małej ojczyźnie, jak i w każdym z nas. Tak wiele zadziało się między nami. Niepostrzeżenie jesień otoczyła nas swoim wielobarwnym pięknem mieniącym się w blasku słońca. Tak było i w Katowicach. Realizować drugi raz swoje najskrytsze marzenie – cóż może być wspanialszego? „Na tęczę jest za wcześnie, za wcześnie na Gołębia. To czasy są Ciemności, potopu oraz Końca. Żadnego z mężczyzn nie ma już i nie ma żadnej z kobiet, lecz ten, kto wtargnie między nich, zostanie osądzony" - rozbrzmiewa w przepięknej aranżacji ballada „Cygańska żona". Drugie spotkanie z muzyką, słowami i samym Cohenem okazało się odmienne od poprzedniego. I to nie dlatego, że zaśpiewał nowe ballady. Powstała delikatna w swym wyrazie i uczuciu, ale silna w emocjach, więź. Symbolizowało ją to, iż Cohen zaśpiewał jeden z utworów z czerwoną różą w dłoni, która na scenę przywędrowała od publiczności. „Z miłości rodzi się nasz byt. W miłości ma swój kres. A choć na drzwiach zawiesił ktoś rodowód ciał i krwi, to nie wie nikt, gdzie sens i cel."
Pod koniec lata okazało się, że tej jesieni będzie organizowany drugi koncert w Polsce. Miejsce - warszawski Torwar. Pojechać, czy nie pojechać – oto jest pytanie. Dylemat pomógł rozwiązać Przyjaciel, ten z którym w 1986 r. wspólnie słuchaliśmy Cohena w wykonaniu Zembatego. Przysłowiowym rzutem na taśmę  udało się dostać bilety. To moje trzecie spotkanie, a drugie w ciągu niespełna tygodnia. Natłok myśli, emocji. Doświadczenie „bywalca" pozwoliło podczas bisów podejść pod scenę znacznie bliżej niż w Katowicach. Spotkaliśmy się tak twarzą w twarz. Prawie na odległość dłoni. „Tak się starałem, ale cóż. Dotykam tylko zamiast czuć. Lecz mówię prawdę, nie chcę was oszukać. I chociaż wszystko poszło źle przed Panem pieśni stawię się śpiewając tylko Alleluja." Utwór po utworze, jak ziarnko po ziarnku w klepsydrze dnia, upływał nasz wspólny czas. „Podobno budujesz swój własny dom w głębi pustyni. Od życia nie chcesz już nic. Lecz musiałeś zachować Wspomnienia." - zabrzmiał „Słynny niebieski prochowiec", ballada którą Cohen zaśpiewał pierwszy raz, gdy miałem zaledwie dwa lata.
Być może to nie ostatni koncert w Polsce. Trwają rozmowy na temat występów w nadchodzącym roku. Być może tę ogromną metaforą na temat życia obdarzy nas Cohen na żywo ponownie. Być może... Tymczasem niechaj słowa Mistrza zakończą nasze spotkanie: „Bądź błogosławiony, który dałeś każdemu człowiekowi tarczę samotności, aby cię nie mógł zapomnieć. Ty jesteś prawdą samotności i tylko twoje imię może ją nazwać. Umocnij moją samotność, bym został uzdrowiony w imię twoje, które jest ponad wszelkie pocieszenie wyszeptywane na tej ziemi. Tylko w twoje imię mogę ostać się w strumieniu czasu, tylko gdy twoja jest ta samotność, zdołam wznieść moje grzechy ku twemu miłosierdziu."
Cytowane w tekście fragmenty utworów L. Cohena w tłumaczeniu Maciejów Zembatego i Karpińskiego oraz Daniela Wyszogrodzkiego. Zdjęcia wykonano podczas koncertu w katowickim Spodku 04 października 2010 r. Ich autorem jest Krzysztof Sass.

Marek Sass

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org