Archiwum

Jan Krzysztof Piasecki - Tropiąc ptaki

Spis treści

Nad nami po horyzont stał dzwon szarego nieba.
Wissa meandrowała ku Biebrzy.
Przez mokre łąki, ku ujściu
szliśmy niosąc lornetki, kamery fotograficzne –
w bezbarwnych czapkach jesieni,
w lekkich szalikach mgiełki.
Przy ujściu Wissy, w bagnach korzeniły się krzewy –
nadzy strażnicy wody.
Gdyśmy wracali, słońce wyjrzało przez chmury
i ołowiana rzeczka na moment rozbłysła.
Potem znów poszarzały jej szerokie zakola,
trzciny, turzyce, młaki, trawy po horyzont.
Nad jedynym drzewem, ponad małym wzgórzem krążyły dwa jastrzębie –
widoczne przez lornetkę, chowały się w dali przed mym gołym okiem.
Była wśród nas dziewczyna jeszcze w wiośnie życia,
prosta, o oczach sarny.
Rozmawiałem z nią o ptakach.





Spacer po Sokółce

Sprężyna leży na chodniku
wypadła z zegarka, serca, duszy
trącana stopami przechodniów
bez odniesienia, luźna.
Podniosłem ją włożyłem do kieszeni
lecz mnie nie kręci.
Ortopedo wsadź mi ją w kręgosłup.
Duchu przepleć nią moją duszę.
Seksuologu napręż nią mego członka.
Ślusarzu zwiń ją w pierścień i włóż na głowę jak cierniowy wieniec.
Nie działa. Zaklęcie nie działa!
Idę
sprężyna zaczyna się prostować
kłuje, wbija się w bok
śpieszę dalej a ona głębiej, głębiej
jużem przebity na wylot;
wywija się i nadziewa mnie od drugiej strony
tak faszeruje moje ciało nitkami energii.
Zostań we mnie – proszę – a przeniosę góry
będę nieugięty
zachowam kierunek.