Archiwum

Barbara Walicka - MOJA PRZYGODA Z OSSENDOWSKIM

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

O książkach i podróżach i nadzwyczajnych przygodach Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego wiedziałam od zawsze: urodziłam się w Podkowie Leśnej, której mieszkańcy należeli do czytelników zafascynowanych jego relacjami o dalekich, egzotycznych krainach, co po śmierci pisarza jeszcze wzmogła krążąca od domu do domu wiadomość o wizycie krewnego barona Ungerna, która miała miejsce na początku stycznia 1945 roku, tuż przed zgonem autora Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów. Było to spełnieniem powszechnie znanej przepowiedni, wedle której Ossendowski miał odejść na tamten świat dopiero wówczas, gdy Ungern mu o tym przypomni. Ponieważ „Krwawy Baron" został rozstrzelany w roku 1921, a Ossendowskiemu udało się ujść cało z wojennej zawieruchy, „Będę żył wiecznie", żartował często wśród bywalców warszawskich salonów, opowiadając, że jeszcze przed śmiercią Ungerna pewien mongolski lama wyjawił datę śmierci barona, jak i okoliczności  śmierci mówiącego.



Od lat przygotowywane do wznowienia książki Ossendowskiego – często dziwnym przypadkiem – lądują na moim redaktorskim biurku. Opracowując te teksty, przyglądając się im przez powiększające szkiełko poprawności, czytając zdanie po zdanie, tropiąc przeoczone przecinki i literówki, zaglądając pod podszewkę i niejako od kuchni, w pewnym sensie poznaje się autora „od środka". Styl Ossendowskiego bardzo wiele mówi o życiu pisarza – burzliwym, pełnym nieoczekiwanych przygód, nie zawsze zresztą przyjemnych.
Przyzwyczajona do tej prozy, byłam zaskoczona, kiedy ktoś wyraził wątpliwość, że czytelnik może nie zrozumieć tekstu Polesia, ponieważ są tam całe partie pisany jakby obcym, poleszuckim językiem… Autor Orlicy, Płomiennej Północy, Huculszczyzny w rozmaitych sytuacjach życiowych jak niewodem nabierał słowa, które później służyły mu do plastycznego, celnego oddanie myśli, niezbędne do barwnego zobrazowania scen zaobserwowanych w dalekich egzotycznych krainach. W tamtych czasach podróże odbywano w zupełnie innych warunkach, a w czasie takich ekspedycji kontakt z mieszkańcami danego kraju było znacznie bardziej bezpośredni niż dziś.
Tak więc spotykałam u Ossendowskiego zwroty będące nie tyle rusycyzmami, germanizmami, czy widomymi kalkami z francuskiego, raczej będące swego rodzaju neologizmami powstałymi w naturalny sposób dzięki doskonałej znajomości tych i wielu innych języków. We wspomnianym Polesiu autor wprowadza tyle poleskich słów, piosenek przysłów, że czytelnik szybko oswaja się ze szczególną melodią tej mowy. W Niewolnikach słońca poznajemy nie tylko zwierzęta żyjące w buszu, lecz także białych i czarnych mieszkańców ówczesnej Gwinei, Sudanu Francuskiego oraz Górnej Wolty. A także ich bogów. Intarsje z mowy fulani czy bambara  przeplatają wyrażenia świadczące o obecności  i roli języka francuskiego w tamtych rejonach i w tamtych czasach, lecz także ujawniają stosunek autora do świata ludzi czarnych, do świata ludzi białych, do świata ptaków i gadów.
Wybijającą się cechą jego pisarstwa jest ten gatunek ciekawości świata, który pozwala poznawać różne kultury, religie i języki bez intencji używania tej wiedzy do manipulacji.
Ossendowski podróżował między Europą i Azją, bywał w Afryce, odwiedzał Bliski Wschód. Jego podróże relacjonowane w powieściach nie ukazują świata biało–czarnego świata dobrych i złych ludzi, lecz raczej mozaikę religii, społeczeństw i przyrody.

Gdy mam styczność z tego rodzaju pisarstwem, zawsze przychodzą mi do głowy określenia: „człowiek w podróży", homo viator, inaczej „pielgrzym"… Kiedyś, myśląc o takich osobowościach napisałam wiersz:

Pielgrzym




w szeleście
pacierzy szeptanych szmerami pustkowi
kosturem znaczy ślady na rozstajach

dźwigając brzemię
drogi
której kres nieznany

przez wydmy rozterek
grzęzawiska zwątpień
słony żwir rozpaczy

muszlą milczenia
chroni
strzęp nadziei

wpisanej
w płatek kory
trzciną wytrwałości

a jego szatą targa wiatr


W przypadku Ossendowskiego był to oczywiście wiatr historii.


W biblioteczce w moim domu rodzinnym były liczne książki Ossendowskiego, Znalazła się wydana pośmiertnie w 1947 roku, pisana podczas okupacji książeczka Wacek i jego pies. We wstępie do tej krótkiej opowieści dla młodzieży znajdował się obrazowy opis spotkania polskiego podróżnika z „Szalonym Baronem". W roku 1967 pożyczyłam tę książkę Witoldowi Michałowskiemu – memu koledze jeszcze z gimnazjum Tomasza Zana w Pruszkowie – który przygotowując się do wyprawy w dziewicze góry Mongolii interesował się postaciami Ossendowskiego i Ungerna i który od dawna gromadził materiały dotyczące zapomnianego po 1945 roku pisarza.
W moim domu był też egzemplarz Lenina, wprawdzie dość długo skrzętnie pilnowano, by, delikatnie mówiąc, nie rzucał się w oczy. Z wznowieniem tej pozycji wiąże się dość zabawny epizod. W latach 90. pracowałam w Wydawnictwie Alfa, które jako pierwsze w Polsce zaczęło oficjalnie wydawać to, co dotychczas ukazywało się podziemnie. W tamtym okresie redaktorzy już nie musieli tak bardzo obowiązkowo dbać o zgodę cenzury. Pomyślałam, że najwyższy czas wydać tę lekturę przez długie lata jak najbardziej zakazaną. Ponieważ urząd na Mysiej jeszcze działał, cenzorzy tam pracowali, choć, jak wiadomo, z mniejszym zapałem i nie taką skrupulatnością, udałam się po stosowny papier. Bez najmniejszych problemów uzyskałam zgodę cenzora na wydanie Lenina Ossendowskiego. Przechowuję ten dokument do dziś.

Barbara Walicka

 

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok