Archiwum

Ewa Hatała - ZŁE MYŚLI

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

–Najgorzej jak pojawiają się te złe myśli. Wtedy całą wenę trafia szlag i ten szlag, tak całkiem przy okazji, dookoła wszystko fajczy jak pożar– mówiła wyraźnie poruszona. Gdy wygłaszała swoje tyrady, zawsze rozsiadała się na parapecie przy oknie, nadmiernie gestykulowała i co chwilę spoglądała na mnie, jakby chciała się tylko upewnić, czy wciąż jej słucham. I za każdym razem –ale to za każdym, bez wyjątku– trzymała w długich, delikatnych dłoniach papieros, który miał jej dodawać szyku i trochę tego substytutu prawdziwego talentu, czyli: „artystycznej nonszalancji". Podpatrzyła to w filmach– to był sprawdzony patent.
 –Kiedy pojawiają się myśli, nabieram pewności, że nic nie jestem warta. Znów się czuję jakbym była zrodzona zupełnie bez żadnej przyczyny, rozumiesz? Nic wtedy nie znaczę. W takich chwilach wiem, że jestem egzaltowana, że nie urodziłam się artystką, a marną podróbką jak tamta moja torebka. Muszę te chwile przeczekać albo je jakoś oswoić, złagodzić, wytłumaczyć, przetrawić i wtedy mogę już normalnie funkcjonować, pisać, śpiewać, malować, wiesz?
    Wiedziałem. Od czternastu lat to wiedziałem i praktycznie już nic więcej. Mieć żonę artystkę to już niemałe jarzmo, ale żyć z kobietą, która uważa się za artystkę, to jest więcej niż „trochę sporo".   
    Po pięciu latach pożycia małżeńskiego mój, powiedzmy, dobry kolega, zaproponował mi żebym dał sobie spokój, czyli zostawił żonę i broń Boże się przez to nie obwiniał, bo nikt normalny nie dałby rady żyć w takim potwornym umęczeniu. Zasugerował mi, abym zaczął myśleć o sobie, przestał o niej i takie tam. Ten kolega właśnie był jednym z tych beznadziejnych przypadków, u których każde wyjście poza ciasny obszar swojego bardzo interesującego „ja", powoduje ciężkie reakcje alergiczne.  Jeśli dodam informację, że raczej nie zwykłem skarżyć się publicznie, to wychodzi z tego równania jeden tylko wynik: mój nietypowy związek musiał być tak bardzo nietypowy, że począł wyciekać na świat z mej głowy przez jakieś pozornie niewinne frazesy, jak: „ładna dziś pogoda". I kiedy ten szanowny, wspomniany już parę razy kolega, wyłożył mi swój pogląd czarno na białym pomyślałem, że to żadne bzdury. Przyszło mi do głowy, że chłopak ten, jest głosem rozsądku, który zagubiłem już parę lat  wcześniej, że pojawił się w moim życiu jak drogowskaz, że nawet Bóg, w całym swym majestacie nie potępi mnie, jeśli złamię przysięgę złożoną przed jego obliczem. Po chwili jednak zdałem sobie sprawę, że cała perswazja Wszechmogącego nie jest mi w stanie wybić z głowy tego małżeństwa.
    I tak właśnie, tego dosyć deszczowego popołudnia, topiłem się w naszym starym, wysłużonym fotelu i patrzyłem jak moja droga żona wygłasza tyradę o wenie i o tym kiedy czuje się kimś, a kiedy zupełnie nikim.
–Słuchasz mnie?– spytała trochę zaniepokojona.
–Słucham– potwierdziłem sprawiając jej ulgę.
    Zapaliła swój rekwizyt, który trzymała w dłoni już od dobrych paru minut i zaciągnęła się nim ochoczo.
    –Tak się zastanawiałam… Może to czas na dziecko?
    Jej słowa musiały wymóc na mnie reakcję. Było to ciche „co?" wypowiedziane nieco piskliwym głosem.
    –Nie patrz tak na mnie –powiedziała obrażona. – Chyba to normalne, że kobieta w moim wieku chce mieć jakiegoś dziedzica wielkiej spuścizny, nie sądzisz? Chyba nie pozwolimy, aby taki potencjał twórczy się zmarnował i nie przeszedł na dalsze pokolenie?
    Nie, to nie była godzina „złych myśli" –to była godzina samouwielbienia i miłości do nieistniejącego talentu. Moja żona,  kobieta dobiegająca już – w dobrym stanie fizycznym, a dyskusyjnym psychicznym –czterdziestki, zapragnęła urodzić dziecko. Wiedziałem, że mimo  chimerycznych nastrojów, żadne słowa wydobyte z jej pięknych ust nie zostają rzucone na wiatr, wypowiedziane bez celu lub później zapomniane.
    –Anno, chyba nie mówisz poważnie. W naszym wieku i w naszej sytuacji to co najmniej niestosowne.
–Po pierwsze, słoneczko, mówiłam ci już, że zmieniłam imię na Klemencja. Po drugie: ależ w jakim „naszym wieku"? Może w twoim owszem, ale w moim? Przecież nie masz bladego pojęcia ile mam lat –wiedziałem – a nasza sytuacja jest co najmniej stabilna– tego nie wiedziałem.– Jeśli masz na myśli fakt, że jestem artystką i taki styl życia może być nieco nieodpowiedni dla dziecka, to odpowiem ci pewna słuszności mych słów: dziecko stanie się nową inspiracją, a jednocześnie największą miłością, tak więc nie ma mowy, abym zaniedbała jego wychowanie. W końcu o impulsy twórcze należy dbać, czyż nie?
    Byłbym wtedy gotów zgodzić się na tę szaleńczą propozycję zapominając o wizji potomka uwikłanego w  toksyczną relację z niestabilną matką, dziecka, które przestanie być inspiracją po dwóch dniach ciągłego płaczu i zabrudzonych pampersów  (a wtedy Bóg wie co można zrobić z takim stworzeniem w ramach „artystycznego buntu wymierzonego przeciw zużytym inspiracjom"). Przez moment byłem gotów o tym nie myśleć, bo  powróciło inne wyobrażenie, o wiele przyjemniejsze. Ja z wózkiem śpiewający rzewne kołysanki, ja w szkole na rozdaniu dyplomów za recytację, ja podczas poważnej rozmowy o tym skąd się biorą dzieci. I wreszcie: ja –silny, odpowiedzialny mędrzec –ojciec.
–Nie ma mowy –powiedziałem, gdy tylko otrząsnąłem się z tych błogich fantazji.
    Spojrzała  na mnie zaskoczona moją stanowczością.
    –Jak to nie ma mowy? Chcę być matką!
–Nie chcesz być matką, chcesz mieć inspirację, a to duża różnica. Dziecko nie służy do spełniania osobistych celów.
–Pamiętasz jak Lidka i Andrzej zdecydowali się na dziecko żeby ratować małżeństwo? A twoja siostra, pamiętasz jak zaszła w ciążę żeby tylko trzymać tego biednego chłopaka przy sobie?– wstała i zaczęła nerwowo przechadzać się po pokoju co raz zaciągając się papierosem. –No to chyba moja motywacja jest jednak trochę lepsza, nie sądzisz? Lepiej wysługiwać się dzieckiem w celach utrzymywania sztucznych relacji, czy w celach tworzenia sztuki?  Ty wiesz, mój drogi, że dziecko mogłoby mi wreszcie otworzyć oczy i uwolnić twórczy potencjał, który ukrywa się w zakamarkach duszy?
    Jako że ogarnęła mnie wielka bezsilność i niechęć do prowadzenia kolejnej długiej dyskusji, postanowiłem zastosować taktykę „na przeczekanie", która idealnie sprawdzała się w każdym małżeństwie, a nie wymagała dużych pokładów energii.
     –Zastanowimy się jeszcze nad tym, dobrze?
 Spojrzała na mnie podejrzliwie i na tym się skończyło – wiedziała, że w tamtym momencie niewiele więcej może zdziałać. Ostatecznie w kwestii ewentualnego powiększania rodziny niezaprzeczalnie potrzebowała mojego czynnego udziału. Nieco zrezygnowana zgasiła papierosa na komodzie wypalając w niej czarną dziurkę, spojrzała na sztalugę ze swym najnowszym obrazem zatytułowanym: „Niepokój w sercu zaniepokojonej duszy" i wykrzyczała poirytowana:
–Co to za brzydota!
 Bez mrugnięcia okiem podarła obraz i energicznie zabrała się za tworzenie nowego dzieła. Podczas kolejnej malarskiej próby deptała swymi małymi, uroczymi stópkami kartki ze świeżutką, mającą zaledwie parę dni poezją.
„Kto wie?"– pomyślałem –„ może gdyby wynająć niańkę, poprosić o pomoc mamę…"  I patrzyłem na swoją piękną żonę ogarniętą szałem twórczym.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok