W świecie smutku polskiego poety
„Mam dwie depresje, endogenną i polityczną” – to zdanie z pewnością mogłoby być umieszczone na okładce Roku szczura. Dziennik Tomasza Jastruna z przełomu lat 2015 i 2016 jest zapisem dwóch równoległych rozpadów: państwa, które w oczach autora zsuwa się ku autorytaryzmowi, i człowieka, który osuwa się w stronę śmierci. Problem w tym, że te dwie narracje nie zawsze stają się wiarygodne.
Zaczyna się kąśliwie. Nadchodzi koniec 2015 roku, gdy narrator oświadcza: „Przegraliśmy wybory. Polsce grozi teraz «tyrania większości»”. Zaraz potem wskazuje na Trybunał Konstytucyjny, od manipulacji przy którym – jak powie – nowa władza zaczyna „kruszenie fundamentów demokracji” (s. 11 i n.). Od pierwszych stron wiadomo więc, że czytamy książkę zaangażowaną, niemającą nic wspólnego z zapisem chłodnego obserwatora.
Te słowa szczególnie dziś czyta się z osobliwym uczuciem déjà vu. W piątek 30 października 2026 roku na terenie Trybunału Konstytucyjnego pojawiła się policja, przed budynkiem z każdą minutą rosła demonstracja, a sędzia Anna Korwin-Piotrowska zarządziła miesięczną przerwę w czynnościach prezesa Bogdana Święczkowskiego i wiceprezesa Bartłomieja Sochańskiego. Tego samego wieczoru minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek poinformował o pięciu wnioskach o uchylenie immunitetów: czterech wobec Święczkowskiego i jednym wobec Sochańskiego. Sochański nazwał to, co się wydarzyło, zamachem stanu, z kolei prezydent Karol Nawrocki przerwał podróż do Senegalu i przyjechał pod Trybunał.
Dziesięć lat po wpisach Jastruna Trybunał znów staje się polem politycznej bitwy. Zmieniły się strony sporu, język oskarżeń i układ sił, ale pozostało coś niepokojąco znajomego: przekonanie każdej ze stron, że to właśnie ona broni instytucji przed jej zawłaszczeniem. Nie rozstrzygam tu, kto ma rację w obecnym sporze, jednak ta symetria mówi coś ważnego o Roku szczura: dziennik pisany z pozycji jednej strony starzeje się szybciej, niż autor by sobie życzył. Historia bowiem lubi oddawać pałeczkę przeciwnikom.
Przewracam kartkę i trafiam na wpis o „spaleniu Żyda” wypowiedziany z gorzką ironią wobec mediów publicznych, które w rękach PiS miałyby „chronić” Polaków przed takimi sensacjami – w kraju, gdzie „palono setki tysięcy ludzi naprawdę” (s. 12 i n.). I znów przypomnijmy fakty: chodzi o wydarzenie z 18 listopada 2015 roku. Podczas antyimigranckiej manifestacji na wrocławskim Rynku, współorganizowanej m.in. przez Obóz Narodowo-Radykalny, Piotr Rybak podpalił kukłę przedstawiającą ortodoksyjnego Żyda, wcześniej podpalając flagę Unii Europejskiej. Sam Rybak (znany jako wrocławski przedsiębiorca, a wcześniej związany z Pawłem Kukizem) tłumaczył, że kukła przedstawiała George’a Sorosa, którego oskarżał o sprowadzanie muzułmanów do Europy, i twierdził, że to nie on ją przygotował. Sąd nie dał się przekonać: w pierwszej instancji skazał go na 10 miesięcy więzienia, w apelacji kara została obniżona do trzech miesięcy bezwzględnego więzienia. Jednak Rybak w kolejnych latach wracał w roli współorganizatora nacjonalistycznych marszów.
Jastrun ma więc rację co do wagi tego zdarzenia. Tyle że jego wpis bardziej niż o Wrocławiu mówi o nim samym: z jednego chuligańskiego aktu wyprowadza wyrok na całą nadchodzącą epokę. Od tego typu wpisów można dostać depresji. Ale czy rzeczywiście o taki efekt autorowi chodzi?
Według mnie największa słabość Roku szczura jako świadectwa nie leży w poglądach autora, lecz w sposobie, w jaki je formułuje. Narrator nie mówi „przegrała partia, na którą głosowałem”. Mówi „przegraliśmy” i w zasadzie w tym jednym słowie zamyka całą wspólnotę, do której czytelnik albo należy, albo został z niej wyproszony. Polityczne „my” dziennika jest szczelne: kto nie podziela diagnozy, ten jest po stronie „onych”.Stąd sądy uogólniające i potępiające wszystko, co niezgodne z ideową linią narratora. Pierwszy z brzegu: „Prowincja jest za prawicą” (s. 14). Jedno zdanie, a przekreśla miliony ludzi, ich motywacje, ich biografie. Dla czytelniczki spoza Warszawy brzmi to jak zatrzaśnięcie drzwi. Dziennik ma prawo do stronniczości, bowiem jest to gatunek z natury subiektywny, lecz kategoryczność tych wpisów każe zapytać, na ile ufać ocenom kogoś, kto tak łatwo feruje wyroki zbiorowe.A przecież obok tych zdań stoją inne, z którymi trudno się nie zgodzić, bo wychodzą poza doraźną publicystykę: „Wielkie dzieła malarskie jako dowód na istnienie Boga” (s. 25) albo: „Zło, które doszło do głosu, jest dotykalne i krzepnie na mrozie” (s. 32). W takich momentach przemawia poeta, nie komentator – i od razu książka nabiera innej wagi. Chce się ją po prostu czytać.
Gdy dziennik schodzi z barykady do wnętrza, zmienia się w zupełnie inną książkę. „Antydepresanty, które biorę, zmieniają mój mózg i myślenie” (s. 60). W pierwszej chwili brzmi to jak usprawiedliwienie. Ale to fakt. Jeden z moich przyjaciół również przyjmuje leki na stany lękowe. Spotykamy się, a on gubi myśli, mówi, że jest „trochę tu, a trochę tam”. Boję się takich słów. Jastrun podsuwa rozróżnienie, które przynosi ulgę: jest udręka umiarkowana, twórcza, i udręka wielka, bezproduktywna. Pocieszam się więc cudzą myślą, cudzym doświadczeniem. Chcę wierzyć, że stany niepamięci mojego przyjaciela i chaos myśli nie muszą być trwałe. I to jest chyba najlepsza rzecz, jaką może mi dać ta książka
Najmocniejsze są zdania, w których autor nie broni się przed sobą: „Dzieci – jestem zdumiony, jak mało mnie chronią przed ostatecznymi decyzjami, moje serce zamrożone w depresji” (s. 83). Albo: „W głębszej depresji każda chwila boli. Jakby kawałek duszy odkleił się i ranił” (s. 90). Leki nasenne pomagają zasnąć, ale potem trudno wstać do życia, umyć się, pisać. „Tylko przymierzałem się do nieistnienia. Ale jak Ewa poradzi sobie sama? I dzieci” (s. 88).
29 lutego 2016 roku przymiarka do skoku w nieistnienie staje się rzeczywistością. Autor połyka śmiertelną dawkę tabletek, wcześniej publikując w sieci pożegnalny wiersz. Ratuje go czujność czytelniczki, Sylwii Ziętek, która zobaczyła wpis na Facebooku i zaalarmowała bliskich. „Ten, kto nie doświadczył depresji, nie jest w stanie sobie tego wyobrazić” (s. 108) – napisze bohater niniejszego dziennika i w tym miejscu trudno z nim dyskutować.
Po Rok szczura sięgnęłam z bardzo konkretnego powodu: chciałam zrozumieć, jak to jest znaleźć się na oddziale zamkniętym po nieudanej próbie samobójczej. W taki bowiem sposób zaczyna się moja ostatnia powieść – Andrzej Apejron budzi się w psychiatryku i musi zmierzyć się z tym, że przeżył.Dzięki Jastrunowi niemal dotknęłam przestrzeni, które podczas pisania Spoiny pozostawały dla mnie niedostępne. Zajrzałam na salę jednego z oddziałów psychiatrycznych i spędziłam tam, wraz z człowiekiem, który próbował odebrać sobie życie, blisko dwa tygodnie. Jako czytelniczka jestem mu za to wdzięczna. Jednak Jastrun sam przyznaje, że bliscy mają mu za złe ten „akt ekshibicjonizmu”, ale broni go jako terapii i jako daru: „poczucie, że komuś może to pomóc” (s. 125). Wierzę, że może.
I wtedy nachodzi mnie czytelnicze zdziwienie. Dotąd wierzyłam każdemu opisowi depresji - aż do wpisu z 21 kwietnia 2016 roku, półtora miesiąca po próbie samobójczej: „O dwudziestej pierwszej ekipa TVN-u u nas…” (s. 197). Przyjechali, aby nagrać odcinek „Uwagi”. A ja czytam i nie mogę uwierzyć, że człowiek, który przed chwilą „przymierzał się do nieistnienia”, nagle wraca do wywiadów, spotkań, promocji, wydawniczej krzątaniny.Można to, rzecz jasna, tłumaczyć na wiele sposobów: że praca jest kotwicą, że mówienie o chorobie to element terapii, że depresja nie jest stanem ciągłym, lecz falą. Wszystko to prawda.Autor zresztą sam podsuwa takie odczytanie. A jednak jako czytelniczka nie potrafię tej nagłej ozdrowieńczej przemianie zaufać. Skoro każda chwila boli, skąd energia na kamerę? Skoro intymność jest tak krucha, dlaczego oddaje się ją telewizji? W moim odczuciu w tym miejscu dziennik przestaje być wyłącznie zapisem cierpienia, a zaczyna przypominać jego staranną reżyserię. Nie twierdzę, że cierpienie było mniejsze. Sądzę jednak, że narrator, który tak sprawnie zarządza własnym wizerunkiem, nie jest narratorem w pełni wiarygodnym. To samo pęknięcie widać w polityce: ten sam głos, który jest bezradny wobec choroby, bywa niezwykle pewny siebie wobec świata.
Zaraz potem przychodzi chyba najciekawszy rozdział książki – o elektrowstrząsach, po które sięgnięto, bo organizm autora okazał się lekooporny. Tu znowu wraca pisarz uważny i konkretny, a temat, wciąż obciążony filmowymi stereotypami, zyskuje rzeczowy, ludzki opis.
Jedno trzeba oddać tej książce bez zastrzeżeń: tytuł jest znakomity. Intrygujący, niepokojący, zostaje w pamięci. Szczur kojarzy się z czymś odrażającym, z życiem w ścieku, w ciemności, pod powierzchnią miasta. To trafna metafora obu depresji naraz. Polityczna – bo narrator widzi kraj, w którym coś wypełza z kanałów na rynek. I endogenna – bo choroba jest niczym gryzoń w ścianach: niewidoczna, jednak słychać ją w nocy, gdy podgryza nasze fundamenty od środka.
W mojej ocenie Rok szczura nie jest książką spójną i chyba nie chce nią być. To dwa dzienniki w jednej okładce: publicystyczny, pełen kategorycznych „my” i „oni”, oraz intymny, bolesny, chwilami wybitny. Pierwszy osłabia drugi, bo każe czytelnikowi zachować dystans wobec narratora, który wie wszystko o świecie i za mało o sobie. Mimo to warto po tę książkę sięgnąć – choćby dla stron o chorobie, o próbie samobójczej, o elektrowstrząsach. Tam Jastrun pisze tak, że trudno odwrócić wzrok. Szkoda tylko, że tak często sam go odwraca w stronę kamery i politycznej barykady.
Tomasz Jastrun, Rok szczura, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2026.

