Archiwum

Jacek Kępa - Wieczór (2)

0 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Wspomnienia skracały czas podróży. Sprawiały, że był z Nataszą już teraz, choć miał do pokonania sto kilometrów. Im bardziej zbliżał się do Poznania, tym silniej przenikało go uczucie radosnego spełnienia. Minął centrum miasta. Znalazł się wśród swobodnej, niskiej zabudowy okolic stadionu. Powoli przejechał obok celu podróży. Na najbliższym skrzyżowaniu skręcił w prawo i zaparkował na chodniku. Wysiadł, wrócił do skrzyżowania, przeszedł ulicę w lewo na skos. Znalazł się przed właściwym budynkiem, ale nie wszedł jednym z kilku wejść frontowych, opatrzonych niewysokimi schodami. Minął furtkę w ogrodzeniu, stanowiącym przedłużenie fasady domu, i prosto z krótkiego korytarza, do którego wszedł bocznym wejściem po kilku stopniach, dostał się na klatkę schodową, przyklejoną do wewnętrznego, zupełnie zabetonowanego podwórza. Na zadaszonym poziomie drugiego piętra skręcił w prawo i postąpił kilka kroków wzdłuż metalowej balustrady. Na końcu klatki na przeciw siebie znajdowały się wejścia do dwóch mieszkań. Stanął przed białymi drzwiami po prawej stronie i nacisnął dzwonek. Doświadczał niemiłego odrealnienia wrażeń, ale dzięki temu serce nie biło aż tak mocno.

– Dobry wieczór panu – uśmiechnięta wyciągała ku niemu rękę na powitanie. Była wysoka i bardzo szczupła, co podkreślała obcisłymi dżinsami, jasnym sukienkowym wdziankiem z wysokim stanem, zwieńczonym malutką kokardą, i niewielkim dekoltem, leciutko odsłaniającym delikatnie rysujące się piersi. Jej domowy wygląd budził ciepłe myśli, zapowiadał spokojną radość miłego wieczoru i był idealnym uzupełnieniem erotyzmu, jakim promieniowała w operze. „Uśmiecha się jak Julia Roberts. Ma trochę węższe usta, ale jest do niej podobna” – pomyślał, przyglądając się delikatnym piegom, zdobiącym okolice jej zgrabnego noska.

– Dobry wieczór – odpowiedział, starając się ukryć zmieszanie, jakie narosło w nim na nowo od czasu, kiedy widzieli się po raz ostatni.

– Cieszę się, że pan przyjechał. Proszę wejść.

– Ja także bardzo się cieszę.

Cofnęła się z ciasnego, pełniącego rolę garderoby przedpokoju w głąb mieszkania. Gdy zdjął kurtkę, poszedł jej śladem, by mogła zamknąć wewnętrzne drzwi. Stojąc tyłem do nich, zobaczył znajomy widok. Miał przed sobą średniej wielkości pokój, po lewej stronie zamknięty ukośną od pewnej wysokości ścianą, będącą zarazem częścią dachu. Stała pod nią rozkładana wersalka przykryta brązowym kocem, mocno już wysłużona i niepasująca do nowego wystroju całości. Na prawo od niej, w narożniku widział ciemny stolik z płaskim telewizorem i srebrnym odtwarzaczem CD. Umeblowanie pokoju uzupełniała beżowa sofa ze złożonym na niej kocem i kilkoma poduszkami, stojąca na prawo od telewizora, i niewielki okrągły stolik ze szklanym blatem. Na lewo od wersalki, we wnęce, która częściowo była schowana przed jego wzrokiem, znajdował się aneks kuchenny, oddzielony od reszty pomieszczenia stołem o jasnym blacie i prostych, niklowanych nogach oraz czteroma krzesłami z okrągłymi siedziskami ze sztucznej, jasnokremowej skóry i także niklowanymi, półokrągłymi oparciami. W przejściu między pokojem a kuchnią, pod oknem w dachu, było jeszcze miejsce na rodzaj małego kredensu i pękaty biały wazon o porowatej powierzchni z mnóstwem suchych pędów. Prawą dłonią dotykał sięgającej podłogi firanki, zasłaniającej wyjście na balkon z widokiem na wewnętrzne podwórze. Dalej mieszkanie przechodziło w króciutki korytarz, z którego drzwi na wprost prowadziły do łazienki, a drzwi w lewo – do pokoju Nataszy. Pozwolono mu tam zajrzeć w czasie jednej z poprzednich wizyt. Pamiętał, że na wprost drzwi, pod ukośnym oknem znajdował się szeroki blat biurka, po lewej stronie stała nieduża meblościanka z półeczkami zastawionymi kobiecymi drobiazgami, po prawej tapczan, a ścianę wejściową zasłaniała duża szafa z przesuwanymi drzwiami.

Natasza stała przed nim, zachęcała do rozgoszczenia się, zasypywała pytaniami o drogę i samopoczucie, raz jeszcze wyrażając żal, że nie mogli spotkać się tydzień temu. Był tak przejęty, że niektóre z wypowiadanych przez nią kwestii do niego nie docierały. Ona jednak również była poruszona. Miał wrażenie, że ich zdania mijają się gdzieś w powietrzu, bo oboje są zbyt spięci, by swobodnie odpowiadać. Uspokoił się trochę, gdy usiadł na wersalce, a jego rozmówczyni przeszła do kuchni. Nalewała wodę do czajnika, wyjmowała kubki, stawiała ciastka na stół. Czuł, że ruchliwością usiłuje zamaskować niepewność. „Nie, taka śliczna dziewczyna nie może czuć się onieśmielona moim widokiem” – pomyślał. Widział, jak się stara, by otoczenie wydało mu się przyjazne. Poczuł tę samą mieszaninę radości i nieśmiałości, którą pamiętał z poprzednich spotkań. Był zakłopotany faktem, że poświęca mu czas. Podświadomie czekał na moment, w którym zmieni plany i zasugeruje, żeby sobie poszedł. Nadal trudno mu było uwierzyć w jej przychylność. Uważał, że kobiety nie zwracają na niego uwagi. Liczenie na ich przychylność wydawało mu się tak wielką śmiałością, że czuł zażenowanie, ilekroć jej pragnął. Kilka razy próbował się umawiać. Zawsze jednak spotykał się z odmową, co utwierdzało go w przekonaniu, że jest gorszy od innych. Wszystko, co było niewłaściwe, niedobre, błędne i złe w nim miało swój początek. Istniał w sposób niedoskonały i niedoskonałość potęgował. Żył w ciągłej obawie, że sobie z czymś nie poradzi, o czymś ważnym zapomni. Nie umiał prosić o pomoc, bo uważał, że na nią nie zasługuje. Mógł liczyć tylko na siebie, ale jak można liczyć na kogoś, na kogo liczyć nie można? W każdej chwili, z każdej strony spodziewał się ciosu, który go ostatecznie powali. Nie starałby się mu zapobiec. Nie czuł się bezpieczny, nie potrafił odpoczywać. Zmęczenie podkopywało wiarę, że życie przyniesie jeszcze coś dobrego, dlatego kiedy na Starym Rynku pochwycił radosne spojrzenie Nataszy i zajrzał w głąb wielkich oczu, którymi obiecywała poznać go i zrozumieć, jak samą siebie znała i rozumiała, zatroszczyć się, jakby o samą siebie się troszczyła, poczuł się uwolniony od wszelkiej winy, równy wszystkim, dobry i doskonały. Jej wzrok przyrzekał przywrócić mu radość życia, natchnąć entuzjazmem i obdarzyć wiarą, że potrafi tak wpływać na rzeczywistość, by spełniała drzemiące w nim tęsknoty. Zakiełkowała w nim odwaga kochania i zrodziła nadzieja, że będzie kochany.

– Naprawdę chciałam do pana przyjechać, ale miałam pecha.

– Proszę nie traktować tamtych wydarzeń jako pechowych, bo przecież możemy dziś rozmawiać.

Podziękowała mu uśmiechem. Zachowywała się tak, jakby każdy jej gest i każde słowo, każdy ruch i każdy krok były czymś wyjątkowym, jakby własne istnienie sprawiało jej niezmierną radość i w każdym składającym się na nie drobiazgu dostrzegała coś niezwykłego. Była podekscytowana samym faktem, że jest i wiedziała, że przejawy tej ekscytacji sprawiają duże wrażenie na mężczyźnie, z którym właśnie rozmawia, nawet jeśli obserwował ją przy tak prozaicznym zajęciu jak nalewanie herbaty.

– Tak, ma pan rację, cieszmy się, że tu siedzimy i popijamy herbatkę. I pomyśleć tylko, że to wszystko zawdzięczamy przypadkowi. Nie sądziłam wtedy, w sierpniu, że jeszcze się zobaczymy.

– Pani spojrzenie bardzo mnie onieśmieliło, było tak... tak nieoczekiwane, a ja sam zbyt nieśmiały, by podejść do stolika, tym bardziej, że nie siedziała pani sama.

Rozmawiali już o dniu, w którym rozpoczęła się ich znajomość, zawsze jednak skrępowani obecnością mamy lub siostry. Teraz mógł swobodnie mówić o wszystkich szczegółach, raz jeszcze przywołać spotkanie na Starym Rynku i minuta po minucie rozpamiętywać każdy drobiazg w uspokajającej pewności, że tym razem nie straci jej z oczu.

– Widziałem, że patrzy pani na mnie, ale nie mogłem w to uwierzyć. Myślałem, że uśmiech przeznaczony jest dla kogoś za moimi plecami.

– A ja widziałam, jak bardzo jest pan zmieszany. Powiedziałam mamie i siostrze, że to właśnie mi się podoba.

– Sądziłem, że pani żarty sobie stroi i dlatego w pewnym momencie przestałem spoglądać. A kiedy się zorientowałem, że nie ma już was w kawiarence, płakać mi się chciało. Postanowiłem pospacerować, żeby się trochę uspokoić. Gdy przed ratuszem prawie na siebie wpadliśmy, gdy zobaczyłem, że zatrzymuje się pani na mój widok i zwraca w moją stronę, stanąłem jak sparaliżowany. Nie potrafiłem podejść, a to była ostatnia szansa, byśmy porozmawiali.

– Czekałam aż pan podejdzie, dlatego znosiłam ponaglanie mamy i siostry. Były coraz bardziej zażenowane moim zachowaniem. W końcu musiałam posłuchać i poszłyśmy dalej. Widziałam potem, jak pan nadchodzi od strony sceny, ale one chciały wracać do domu. Chodziło im pewnie o to, żebym się na pana znowu tak bezczelnie nie gapiła. – Odprężona i rozbawiona wspomnieniami zaniosła się śmiechem.

– Wielka szkoda, bo ja bym chętnie na to pozwolił. Gdy zobaczyłem, że wychodzi pani z rynku, wpadłem w rozpacz. Stanąłem przy fontannie, nie wiedziałem, co mam dalej robić i coraz bardziej się na siebie wściekałem.

– Widziałam, jak się pan do niej zbliża. A potem ruszył pan chyba biegiem... Wyobrażam sobie ten moment – znowu parsknęła śmiechem.

– Ruszyłem przekonany, że i tak jest za późno. Gdybym tego nie zrobił, miałbym do siebie pretensje do końca życia. Przecież lepiej spróbować i żałować, niż żałować, nie próbując. Najpierw walczyłem z sobą kilka nieskończenie długich minut, wreszcie poszedłem za wami z nadzieją, że da się jeszcze wszystko naprawić, choć wiedziałem, że dawno mogłyście skręcić w którąś z bocznych ulic. Ma pani rację, niemal biegłem Paderewskiego, a potem przez plac Wolności aż do Okrąglaka.

Mówił coraz bardziej poruszony radością i dumą, że jednak zdołał się wtedy przemóc. Czuł, że jego ożywienie ma na nią dobry wpływ. Strach przed ujawnianiem emocji, który dotąd skuwał jego serce, topniał z każdym słowem. Coraz swobodniej gestykulował, coraz szerzej się uśmiechał.

– Dopiero tam się poddałem. Wiedziałem, że skoro nie natknąłem się na was do tej pory, nie mam już szans. Zrezygnowany, żeby nie powiedzieć zdruzgotany, zacząłem wracać. Chwilę potem zobaczyłem was po drugiej stronie ulicy. Zauważyłyście mnie, więc musiałem podejść, bo inaczej wyszedłbym na kompletnego idiotę.

Wypowiedzenie tych słów sprawiło mu ulgę. Wspólne roztrząsanie szczegółów dodawało pewności siebie, pozwalało doświadczać harmonii emocji i działania. Przeczuwał, że jest na dobrej drodze.

– Cha, cha, cha, myśmy weszły jeszcze do lokalu na piętrze tuż przy rynku, żeby posłuchać karaoke, i dlatego nas pan wyprzedził. A potem szłyśmy powoli w stronę przystanku autobusowego na Kaponierze. Jak pana zobaczyłyśmy, mama i siostra lekko się przestraszyły. „Widzisz, co narobiłaś? Teraz ty z nim gadaj”, zdążyły mi szepnąć, gdy się zorientowały, że przeszedł pan na naszą stronę i idzie za nami.

– Byłem tak zdenerwowany, że niezupełnie wiedziałem, co robię. Znałem tylko pytanie, które postanowiłam zadać, choćbym nawet zaraz potem miał paść trupem.

– Pamiętam je. Dogonił nas pan i zapytał: „Przepraszam, tam na rynku śmiała się pani ze mnie czy do mnie?”

– A pani odpowiedziała: „Ależ oczywiście, że do pana.” Zaczęliśmy rozmawiać, a ja rozpaczliwie szukałem w myślach pomysłu na przedłużenie rozmowy. Nic nie przychodziło mi do głowy. Wypadało pożegnać się i odejść, bo inaczej pomyślałybyście, że się narzucam. Ale pani na szczęście podała mi rękę, najzwyczajniej w świecie powiedziała „mam na imię Natasza” i... rozmowa mogła toczyć się dalej.

– Nie miałyśmy żadnego powodu uważać, że się pan narzuca. Przecież zgodziłyśmy się, że pójdziemy razem aż do przystanku.

Ten spacer pozostanie mu na zawsze w pamięci. Nigdy w życiu na coś podobnego się nie zdobył i już się nie zdobędzie. Zaczepić obce kobiety, zmusić, by pozwoliły dotrzymać sobie towarzystwa w spacerze przez całe wielkie miasto, a na koniec poprosić o numer komórki – do czegoś takiego w zasadzie nie był zdolny. Udało mu się, bo odważył się na chwilę uwierzyć w siebie. Rozmawiając z paniami, połowę swej energii zużywał na zwalczanie wewnętrznego nakazu natychmiastowej ucieczki i na walkę z przekonaniem, że widzą w nim tylko natręta. Druga połowa była mu potrzebna, by maskować ogromne napięcie i stwarzać wrażenie człowieka swobodnego, wygadanego, bystrego. Przebywał w bąblu, złożonym ze sprzecznych emocji, z którego jakimś cudem wydobywał się uporządkowany strumień informacji o nim i o tym, co robi w Poznaniu. Nawet się nie zorientował, kiedy dotarli do Kaponiery. Tutaj powinien się pożegnać. Panie zrezygnowały jednak z jazdy autobusem i zadeklarowały chęć kontynuowania spaceru.

Rozmawiał z całą trójką, ale jego uwaga koncentrowała się przede wszystkim na Nataszy. Zrobiła na nim bardzo dobre wrażenie. Tym, co o sobie mówiła, przekonała go bez trudu, że jest odpowiedzialna, wie, czego chce i co najbardziej w życiu się liczy. Kończy pierwszy etap studiów. Jeśli będzie studiować dalej, to tylko zaocznie. Została jeszcze praca licencjacka, ale dokładnie przemyślała wszystko, co chciałaby w niej napisać. Właściwe pozostaje uporządkowanie i ostateczne opracowanie notatek. Czysta formalność. Potem rozpocznie się prawdziwe życie i nie sposób odgadnąć, co przyniesie.

– Na świecie jest tylu złych ludzi, bardzo trudno trafić na kogoś, komu można zaufać – rzuciła z poważną miną, gdy idąc za matką i siostrą, przechodzili przez ulicę.

„Ależ mnie, mnie można!” – krzyczało w nim wszystko – „Przecież po to się spotkaliśmy, bym mógł cię przekonać, że jestem odpowiedzialnym, dobrym mężczyzną i pragnę twego szczęścia, jak swego własnego.” Był nią tak zachwycony, że cały drżał. Bał się, że to zauważy. Szli już czas jakiś prostą jak strzelił ulicą Bukowską. Nocne powiewy przynosiły ze sobą pierwszy chłód przekwitającego lata. Natasza wzdrygnęła się z zimna. Bez namysłu zdjął swą obszerną sztruksową marynarkę i narzucił jej na ramiona.

– Bardzo dziękuję, ale teraz panu będzie zimno, proszę ją wziąć – zwróciła się do niego zaskoczona.

– Mnie nie jest zimno, a pani przecież się trzęsie – odpowiedział tonem, który mówił, że jego postępek to nic wielkiego i że każdy facet na jego miejscu zachowałby się tak samo.

– W takim razie bardzo dziękuję, to naprawdę ładnie z pana strony. Nie ma dziś mężczyzn, którzy umieliby się tak zachować. Przynajmniej ci w Poznaniu nie potrafią być rycerscy wobec kobiet. Są żałosnymi egoistami pozującymi na wielkich indywidualistów.

– E tam, na pewno by się jacyś porządni znaleźli – starał się zbagatelizować swój postępek.

– Proszę mi wierzyć, że wiem, jacy mężczyźni tu mieszkają. Myślenie o innych i opiekuńczość wobec kobiet są im obce, zapewniam pana. Dlatego babcia często mi powtarza, żebym wzięła sobie męża z małej miejscowości.

„Bardzo mądra babcia” – ucieszył się, że uważa go za kogoś wyjątkowego i odpowiada małżeńskim kryteriom. Zrobiło mu się lekko na duszy. Już bez protestu owinęła się szczelniej nowym okryciem. Uzmysłowił sobie, że poczuła schowane w nim ciepło jego ciała. Opanował go wyśmienity nastrój. Zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej o swoich rozmówczyniach i zadał kilka pytań. Wtedy po raz pierwszy usłyszał, że cała rodzina przez długie lata mieszkała w Niemczech i dzieci chodziły tam do szkoły. Po powrocie do Polski mama prowadziła zakład fryzjerski, a teraz cieszy się zasłużoną emeryturą. Dorabia sobie, odwiedzając klientki w domu. Czasami zabiera do pomocy młodszą córkę. Starsza pracuje w Lufthansie, wyszła za Włocha, ma dwóch synów i wszyscy mieszkają w Niemczech. Najstarszy z rodzeństwa, już ponad czterdziestoletni brat pracuje w Holandii. Ucieszony, że znalazł wspólny temat, przyznał, że także zna niemiecki i że często używa go w pracy, ale nie wywołało to większego zainteresowania. Widocznie panie z wrodzonej delikatności powściągały ciekawość, zadowalając się kilkoma słowami, które powiedział o sobie w pierwszych minutach rozmowy. Niesiony dobrym nastrojem prowadził rozmowę pełną błyskotliwych żartów. Natasza co chwila wybuchała śmiechem. Bardzo lubi podróżować i kolega fotograf namawiał ją niedawno na wspólny wyjazd w Bieszczady.

– Chętnie bym pojechała, ale mama i siostra twierdzą, że jestem bardzo naiwna, wierząc, że chodzi tylko o wyjazd. Wmawiają mi, że będzie chciał czegoś więcej i radzą dobrze się zastanowić, nim się zgodzę. Sama nie wiem, co o tym myśleć. A pan co sądzi? Powinnam pojechać?

– Troska o panią jest zrozumiała. Mama i siostra mogłyby być zupełnie spokojne tylko wtedy, gdyby pojechała pani ze mną.

Obydwie panie, choć szły nieco z przodu, przysłuchiwały się rozmowie. Roześmiali się wszyscy jednocześnie.

– Tak? To kiedy wyjeżdżamy?

Zaskoczony jej bezpośredniością wolał pozostać w sferze żartobliwych ogólników. Odparł, że gdy będzie gotowa. Słowem nie wspomniał, że wybiera się tam już w następnym miesiącu. Swobodna rozmowa toczyła się dalej. Wstąpili do nocnego sklepu, by Natasza mogła kupić lody. Lubiła się nimi zajadać w czasie długich nocnych spacerów. Dotarli przed budynek, w którym mieszkały. Nadeszła decydująca chwila. Aby dotychczasowy wysiłek nie poszedł na marne, musiał poprosić o numer telefonu. Wróciła nieśmiałość, niewiara w siebie i w spełnianie tego, na czym mu najbardziej zależy. Serce znowu waliło jak młotem. Gdy wyraziła nadzieję na powtórne przypadkowe spotkanie, wykrztusił swoją prośbę, mamrocąc coś pod nosem o niepotrzebnym zdawaniu się na niepewne wyroki losu.

– Zadzwonię, gdy znowu będę w Poznaniu. Może znajdą panie czas na powtórzenie tego pięknego wieczoru.

– Dobry pomysł – Natasza zaczęła dyktować numer. Wpisywał go w swoją komórkę z nadzieją, że nie widać, jak trzęsą mu się ręce. Nacisnął przycisk połączenia i czekał aż odezwie się jej komórka. Zdziwiony usłyszał sygnał z torebki mamy.

– Myślał pan, że podałam swój numer? Nie daję go nieznajomym, to chyba oczywiste. Proszę się kiedyś jeszcze odezwać, do widzenia.

Pożegnał się z całą trójką, zaskoczony nieoczekiwanym chłodem ostatnich słów. Przecież tyle się o sobie dowiedzieli, tak szczerze się uśmiechali i tak często żartowali, wyświadczyli sobie tyle drobnych przyjemności, włożył tyle wysiłku w przezwyciężenie strachu przed obcością i stoczył tak wyczerpującą walkę z nieśmiałością, że nie uważał się za nieznajomego. Natasza doświadczyła nawet ciepła jego ciała. Ona jednak najwidoczniej uważała inaczej. Patrzył, jak wchodzą przez furtkę i znikają w bocznym wejściu. Wracał na rynek pieszo, znając mniej więcej kierunek, którym powinien podążać. Na stadionie Lecha skończyła się jakaś duża impreza, bo grupy młodych ludzi szły ulicą Grunwaldzką, na którą wreszcie i jemu udało się wyjść. W swoim poznańskim mieszkaniu znalazł się dopiero o czwartej nad ranem.

Od lat narastało w nim przekonanie, że za każdym razem, gdy spróbuje zbliżyć się do dziewczyny, która mu się podoba, zostanie odrzucony. Im bardziej się podobała, tym bardziej był tego pewien. Ilekroć któraś przyciągała jego uwagę, odczuwał onieśmielenie, przeradzające się w rozpacz, gdy sobie uświadamiał, że wraz z zauroczeniem pojawia się pewność lekceważącego potraktowania. Był tak przekonany o swej nieatrakcyjności, że nie potrafił dostrzegać i przyjmować oznak zainteresowania, mimo że na zdjęciach i filmach, które utrwaliły przeszłość, widział wysokiego, harmonijnie zbudowanego, uśmiechniętego chłopaka o przychylnym i wzbudzającym zaufanie wyrazie twarzy, delikatnej urodzie, z ujmującymi dołeczkami w policzkach, które pojawiały się przy każdym uśmiechu. A jednak gdy w czasach szkoły średniej uśmiechały się do niego ładne dziewczyny, ogarniało go wielkie zmieszanie. Był przekonany, że śmieją się z niego, a nie do niego, i uciekał czerwony jak burak, gdy próbowały go zagadnąć. Nie umiał dostrzec w sobie chłopca o miłej powierzchowności i ujmującym sposobie bycia. Nie wiedział, że mógłby się dziewczynom podobać, gdyby na to pozwolił. Czuł się onieśmielony zaczepkami i nie był w stanie zrozumieć, że chcą zawrzeć z nim bliższą znajomość, bo widzą, że jest nie tylko przystojny, ale ma także dobry charakter. Sądził, że jest brzydki i niechciany. Nie myślał o sobie dobrze, zawsze widział się w złych skojarzeniach, pełen zahamowań i wewnętrznych sprzeciwów, spięty w obecności innych, sobą zmęczony i przekonany, że tak jak on siebie odrzuca, tak odrzuca go świat. Pozostawał na uboczu, nie prowadził życia towarzyskiego, nie bywał na prywatkach, tylko z daleka melancholijnie obserwował swoich kolegów przechadzających się z dziewczynami po szkolnym boisku, wyobrażając sobie, że są w nim, a nie w kolegach zakochane. Nie rozumiał, że w niczym nie jest od nich gorszy. Był obdarzony żywą inteligencją, umiejętnością słuchania i rozumienia innych, co w każdym gronie czyniłoby go osobą mile widzianą. Nie miał jednak wokół siebie nikogo, kto by mu to powiedział.

W młodości i teraz, po śmierci żony, próbował forsować mur, którym się otoczył. Za każdym razem towarzyszyło mu jednak tak wielkie napięcie, że jego wysiłki stawały się drogą przez mękę. Im był starszy, tym bardziej przygnębiała go nieuchronność i beznadziejność takiego stanu rzeczy, a ponieważ podobały mu się niezmiennie dziewczyny młode, dochodziła jeszcze świadomość pogłębiającej się różnicy wieku i przekonanie, że się ośmiesza. Sama myśl, że miałby podjąć jeszcze jedną próbę, uzewnętrznić swoje pragnienia, dać sobie prawo do ukazania innym własnych marzeń i według nich budować życie, sprawiała, że stawał się niespokojny, zmęczony i zdruzgotany. Wyrywające się na wolność i poszukujące odwzajemnienia uczucia zostały zepchnięte w najgłębszy zakamarek serca, z którego najżywotniejsza nawet nadzieja nie byłaby w stanie ich wyrwać. Bronił się jeszcze silnie rozwiniętym poczuciem obowiązku, strachem przed śmiercią i gniewem Boga. Odmówił sobie prawa do samorealizacji pozwolił, by kierowały nim cudze wyobrażenia i zamiary. Wypowiadane słowa i spełniane czyny nie były manifestacją woli, lecz wypływały z przekonania, że tego oczekują od niego ci, którym oddał decydowanie o własnej codzienności dla ratowania go przed nim samym. Czuł się podporządkowany światu, który nie chciał odpowiedzieć zainteresowaniem, zrozumieniem i pomocą. Miał jeszcze dość sił, by robić to, czego od niego wymagano; wypełniał obowiązki rodzinne i zawodowe, odnosił nic nieznaczące sukcesy i ponosił równie nieistotne porażki. Pod pozorami normalności krył się jednak wystraszony, zrozpaczony, zmęczony brakiem miłości i przekonany o nieuchronnej życiowej klęsce człowiek, dla którego poranne przebudzenia stawały się z wolna koszmarem. Wiedział, że gra pozorów nie może trwać wiecznie, że pewnego dnia zabraknie mu sił, by zapanować nad postępującym rozpadem woli. Stawał się coraz bardziej bezbronny wobec życzeń innych i coraz dalszy od spełniania własnych. Im bardziej hamował spontaniczne odruchy zawierania interesujących znajomości, tym bardziej pogłębiał przekonania o odrzuceniu, samotności, winie i umniejszał się w istnieniu. We wzroku Nataszy dostrzegł szczerą obietnicę i uchwycił się jej jak ostatniej deski ratunku. Jej spojrzenie przebiło mur uprzedzeń niczym pocisk karabinowy przebijający kartkę papieru, dotarło do źródła cierpień i w błysku wzajemnego zrozumienia obiecało spełnienie tego, czego życie do tej pory go pozbawiało. Prosiła, by odkrył własną wartość, kierował się własnym dobrem i w sobie szukał źródeł własnych decyzji. Przyrzekała uwolnienie od strachu, samoponiżania, obdarzała bezpieczeństwem i niezachwianą pewnością sensu, potęgowała radosną energię, przekonywała, że chętnie podda się sile jego pragnień i tęsknot. Siedzi przed nim teraz w całej realności fizycznego piękna i przyjaźnie na niego patrzy. Jej roześmiane oczy kruszą złe myśli i odsuwają złe uczucia.

– Nie ma pani pojęcia, jak mnie ten spacer ucieszył. Cały czas myślałem, jak poprosić panią o numer komórki. Bałem się odmowy.

– A ja się bałam, że pan już o nią nie spyta i że więcej się nie spotkamy.

W milczeniu, które na chwilę zapadło, cieszył się tym, co usłyszał. Czuł wdzięczność. Jednym spojrzeniem odrodziła w nim przekonanie, że otacza go dobro. Powoli zdawał sobie sprawę z przełomu, jaki tego wieczoru dokonywał się w jego życiu. Nowa świadomość z mozołem przebijała się przez pokłady zniechęcenia, niewiary i objawiała niepozorną przyjemnością uważnego obserwowania każdego jej ruchu i słuchania każdego słowa.

– Dobrze nam się rozmawia, ale na pewno jest pan głodny. Niech pan pije herbatę, a ja zaraz przygotuję coś do jedzenia – uśmiechnęła się i wstała od stołu. Zaczęła wyciągać z lodówki różne produkty, a potem stanęła przy kuchennym blacie. Tak szybko zwracała się to w prawo, to w lewo, że zdezorientowane włosy ledwie mogły za nią nadążyć. Miała zdecydowane, wyraziste ruchy. Pełnienie roli pani domu sprawiało jej wyraźną przyjemność. Bezwiednie uległ pragnieniu przebywania jak najbliżej niej. Obszedł stół i z założonymi rękami oparł się tyłem o kuchenny blat. Patrzył, jak przygotowując kolację, to zbliża się do niego, to oddala. Jej bliskość nie stwarzała napięcia, nie wywoływała obaw. Wysokie prawdopodobieństwo, że jest nim zainteresowana ponad miarę zwykłej znajomości, sprawiało, że odprężał się i uspokajał. Czuł, że jest dokładnie w tym miejscu, w którym być powinien, i przy tej osobie, przy której być chciałby. Potrafiła w jedną czarującą całość połączyć głos, gest i spojrzenie. Z zachowań przebijała pewność siebie. Swoją obecnością uszlachetniała otoczenie. Była niezwykła i odrobina tej niezwykłości spływała także na niego. Słowa wywoływały ciągle nowe fale emocji i pobudzały ciekawość. Każde wypowiedziane zdanie dodawało mu pewności siebie i potwierdzało niewiarygodne odkrycie, że tak jak ona dla niego, tak i on dla niej staje się źródłem zauroczenia. Nareszcie nie wstydził się okazywać sympatii i dawał temu wyraz w rozmowie, w której słowa płynęły z lekkością i naturalną swobodą. W jej osobie rozmawiał ze wszystkimi dziewczynami, które mu się kiedykolwiek podobały, a do których nie miał odwagi podejść. Nabierał przekonania, że widzi w nim mężczyznę wyjątkowego i wyjątkowość tę natychmiast na nią przelewał, by w jej oczach ponownie ją odkryć, przyjąć i znowu przelać. Miał wrażenie, że zamykają wokół siebie samonapędzający się krąg wzajemnej fascynacji, potężniejący z każdą minutą wir, któremu poddawał świadomość i zdolność postrzegania. Samo patrzenie, jak uwija się w kuchni, wzbudzało w nim tyle zachwytu, że ledwie panował nad rozsadzającą go radością. Chciał wiedzieć o niej wszystko. Wiedział już, co studiuje, ale chętnie dokładniej pozna jej zainteresowania, pasje i pierwsze wybory dorosłości.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok