Zaznaczmy, że w Estonii książki są wydawane ładnie: estetyczne okładki, przemyślane projekty, miło się na to patrzy i z przyjemnością bierze do ręki. W szczególności dotyczy to wydań poezji, nierzadko bardzo pomysłowych, przykuwających uwagę począwszy od okładki, a na łamaniu treści kończąc – uwagę nawet tych, którzy nie znają języka albo znają go słabo. Myślę, że to dlatego, że poezję w Estonii wydaje się po to, żeby trafiła do odbiorcy i sprawiła mu przyjemność, a każda księgarnia godna tego miana, włącznie z sieciówkami (których w maleńkiej Estonii jest kilka i do których atmosfery nasze Empiki, niestety, nie mają podejścia), rezerwuje w dobrze widocznym miejscu regał na poezję, gdzie można znaleźć nowe tomiki współczesnych autorów, antologie (w których Estończycy się lubują, zwłaszcza w nowym tysiącleciu, kiedy to wyszły m.in.: 2-tomowa złota klasyka poezji, antologia ballady, antologia sonetu miłosnego, antologia poezji patriotycznej, antologia Eluluule „na każdą odsłonę życia”, antologia estońskiej poezji rybnej, antologia estońskiej poezji o lesie…), przekłady – i to nie tylko z Szekspira, Goethego czy poetów francuskich, ale też np. ze współczesnej twórczości litewskiej, łotewskiej czy fińskiej. Pięknie wydana książka z patriotyczno-refleksyjno-obyczajowo-historyczną poezją Kristiiny Ehin pt. Janu on kõikidel üks wzbogacona o fotografie i kolaże, podobnie jak zatytułowana Janu on kõikidel kaks kontynuacja, jakością wydania bije na głowę chyba 100% tomów wychodzących w Polsce, a znaleźć ją można nawet na półkach z książkami w marketach spożywczych. Estonia się swojej literatury (klasyki i nowoczesnej, prozy, poezji ani dramatu, bo i dramat się w Estonii stosunkowo mocno trzyma) nie wstydzi, nie upycha po kątach, tylko przebojowo ją wydaje, a potem eksponuje.
Łatwo się domyślić, jaki jest minus: książki estońskie kosztują. Przeciętna cena nowej publikacji, niezależnie od gatunku, oscyluje w granicach 20-30 euro (na szczęście zdarzają się zniżki!), choć w skrajnych przypadkach cena opasłego tomu może sięgać 50€ i więcej. Niestety, wysokie są koszty druku i dystrybucji w małym kraju i stosunkowo małych nakładach (ale nie przesadzajmy: średni nakład w Estonii to ok. 750 egzemplarzy – jeszcze w początkach wieku liczba ta sięgała tysiąca; przypomnijmy, że u nas w Polsce przy niemal trzydziestokrotnie większej populacji – i to nawet nie uwzględnia jakże odmiennej struktury językowej obu krajów – za przyzwoity nakład uchodzą 2 tysiące!), a przy tym każdy (autor, wydawca, redaktor, projektant) musi zarobić – jakkolwiek nie jest to kryterium bezwarunkowe, bo na literaturę są w Estonii dotacje, a autorzy mogą się ubiegać o państwowe stypendium. Tak czy inaczej zrozumiałe jest, że jeśli już się książkę wydaje, to każdemu zależy na jak najlepszej jej prezentacji, a i kupujący chce poczuć, że za te grube pieniądze dostanie coś, co jest ich warte i czego posiadanie sprawi mu radość (po estońsku: pakub rõõmu).
Ale od czegóż są biblioteki? Bo to trzeba powiedzieć: Biblioteka Uniwersytecka w Tartu jest przewspaniała! Przystępna, otwarta, przestronna, a jednocześnie jakimś cudem przytulna; książki na półkach można przeglądać, czytać, wypożyczać w terminalach… Co jeszcze: wystawy, osobna sala muzyczna z możliwością odsłuchu nośników, wyodrębnione przestrzenie robocze, i tak dalej. Estońscy znajomi dziwią się, kiedy im opowiedzieć o ochroniarzach, kontrolach, konieczności zamawiania książek w celu przejrzenia lub wypożyczenia. Szczerze: nie wiem, jak im się to udaje bez nadużyć, ale, cóż, działa. Póty dzban wodę nosi… Jumal hoidku!
To tyle, jeśli chodzi o pierwszy dzień, może tydzień (już nie pamiętam). A dalej? Codzienność… lektorat estońskiego (we wtorek wieczorem i w czwartek z samego rana, a w środę zajęcia od ósmej do osiemnastej… najgorszym wrogom nie życzę!), łapanie każdej okazji do oswajania się z językiem (spotkanie zapoznawcze dla studentów wydziału? jasne! kawiarenki językowe? pewnie! spotkania organizacji ugrofińskich? o-czy-wiś-cie! wyjazd na weekendowe warsztaty dla magistrantów i pogaduszki z miejscowymi studentami? dodatkowy lektorat na uniwersytecie? loomulikult!). Pod koniec października przyszły mrozy (do dziś pamiętam, jak mnie przewiało na wycieczce do urokliwego miasteczka Viljandi, znanego kiedyś *stuk, stuk, klik* jako Felin, w którym wszędzie się walają betonowe truskawki, mieszczą ruiny zamku i gdzie funkcjonuje Akademia Kultury – kolegium Uniwersytetu w Tartu kształcące m.in. w zakresie sztuki tradycyjnej i rękodzielnictwa), w listopadzie spadł śnieg. Jak już spadł, to trzymał do… marca? A jeszcze w kwietniu zdarzyło mu się wrócić. Podobno była to zima wyjątkowo długa, nawet jak na Estonię. Cóż; śnieg, noc zaczynająca się o trzeciej po południu i trwająca do 9 rano w dniu następnym, lampy, festyn adwentowy, karylion, lodowisko na tartuskim rynku – to wszystko tworzy iście bajkowy klimat. Nie mniej cudownie jest późną wiosną, gdy po jedenastej wieczorem jest jeszcze jasno, a już w okolicach czwartej zaczyna świtać…
Z czasem liczba nowinek malała – znane prawo przyrody. Na miejsce oswojenia przyszło przyswojenie: miasto już nie mówiło w sposób zrozumiały dla mnie, ono mówiło do mnie. No, powiedzą mi, przesadzam. Może i przesadzam. Nie da się jednak ukryć, a wie o tym pewnie każdy, kto za granicą mieszkał choć przez chwilę i w tym okresie dopiero stopniowo się z obcą przestrzenią językową oswajał, że stosunek do otoczenia, do napisów, słyszanych głosów, komunikatów i plotek – na przestrzeni miesięcy ulega zauważalnym a zadziwiającym zmianom. Tak i w tym przypadku. Zdumiewające, że z czasem nawet rosyjski zaczął w Estonii brzmieć bardziej… swojsko. Cóż, słowiańsko bądź co bądź. Z drugiej strony, trudno opisać tę radość, z jaką wracając do Tartu, słyszę estoński, chyba dlatego, że tyle pracy poszło w naukę. Ot, trawka zielona i zieleńsza.
Wprawdzie głównym moim zainteresowaniem były języki ugrofińskie jako rodzina, jako ogół i jako te drobne społeczności zdane na siebie pod rosyjskim zaborem, którym Estonia pomaga jak może, jednak nie mogłem nie zechcieć, skoro już się tu znalazłem, poznać również miejscowej kultury i języka, i literatury. W końcu to w literaturze najpełniej się piękno różnorodności językowej objawia, i największej przyjemności dostarcza to wrażenie – odszyfrowania, podsłuchania komunikatu, który nie był przeznaczony dla nas (chyba dlatego uważam za jakościowo inną rzecz literaturę w języku angielskim i z niegoż przekładaną, produkowaną z myślą o globalnym, a już co najmniej: uśrednionym odbiorcy o orientacji okcydentalnej). Estończycy bardzo sprytnie to sobie zresztą urządzili: najpopularniejszej serii podręczników do estońskiego towarzyszy chrestomatia (a tę można wypożyczyć w bibliotece), która z jednej strony oswaja uczącego się z estońszczyzną literacką, z drugiej – zaprasza go do świata literatury estońskiej. Również na lektoratach zachęcano nas (przemożnie: wymogiem na prezentację lub egzamin ustny) do sięgnięcia po estońską prasę i literaturę. A jak już raz się wpadnie, trudno wybrnąć…
Przykładem ugrofińskiego sentymentu w Estonii mogą być wydarzenia organizowane w październiku – „miesiącu ugrofińskim”, jak choćby poświęcone jubileuszowi udmurckiej pieśniarki Dżaky Apaj spotkanie w Estońskim Muzeum Literatury (Eesti Kirjandusmuuseum, EKM), z koncertem, filmem i rozmową; czy też występy wykonującego piosenki w językach ugrofińskich zespołu folkowego Kännu Peal Käbi, który w 2024 roku odwiedził też Polskę (nazwa, „na pniu szyszka”, nawiązuje do estońskiego powiedzenia käbi ei kukku kännust kaugele, czyli „szyszka nie pada daleko od pnia”; jego sens i polski analog Czytelnik z łatwością odgadnie). Kolejny przykład: organizowane przez EKM „kawiarenki literackie” poświęcone poezji narodów ugrofińskich. To właśnie dzięki tym spotkaniom, gdzie gości zachęcano do tłumaczenia omawianych wierszy na swoje języki, doszedłem ostatecznie do wniosku, że przekładanie sprawia mi frajdę (tym bardziej, że wreszcie była jakaś okazja do przekucia nabywanej od lat umiejętności czytania w coś twórczego). Tamte teksty były oczywiście strasznie amatorskie, wymęczone, obiektywnie może nawet brzydkie, choćby i starannie i po stokroć poprawiane, od czegoś jednak trzeba zacząć… Szczerze, to jeszcze teraz mam nierzadko problem z patrzeniem na swoje przekłady, które kwartał wcześniej wydawały się sensowne – znak postępu?
Oczywiście, kiedy mowa o przekładaniu, rychło trafiamy na następną ścianę: dla kogo to, jak dotrzeć z tekstami do publiczności? Kto zechce opublikować wiersz tłumaczony z języka, o którego istnieniu nikt nie słyszał; i kto taki utwór zechce przeczytać? Jak powiedzieć: Karelowie, Mokszanie, Komiacy żyją!, jak przedostać się z komunikatem, że Europa nie kończy się na Dnieprze, i że tam, w Europie prawdziwie Wschodniej, też żyją i tworzą ludzie szukający swojej ścieżki w obcym, wrogim świecie? Ale to już osobna kwestia… Tak czy inaczej, temat narodów na Wschodzie należałoby w Polsce poruszyć, poruszać i drążyć, bo na tym polu mamy wiele do nadrobienia, jak też mnóstwo niewykorzystanego potencjału – dlaczego Austriacy, Niemcy, mogą mieć całe ośrodki ugrofinistyczne i językoznawcze, a u nas biała plama? Dlaczego Ukraińcy i Estończycy mogą przyjmować dysydentów, prowadzić rozmowy – a my nie? Czyż nie jest w naszym interesie, czy nie jest moralnym obowiązkiem wspieranie tych, którzy się bronią przed rusyfikacją? Czy naprawdę stać nas – jako kraj, jako naród – tylko na reagowanie, kiedy gdzieś się zaczyna palić, czy nigdy nie możemy być o krok, o dwa kroki przed wydarzeniami? Jak mamy być centrum czegokolwiek, jeżeli to na nas kończy się cywilizacja?
Na poloniana natknąłem się, oczywiście. Wspólny kurs estońszczyzny z nowym lektorem języka polskiego w Tartu. Na półkach bibliotek oraz księgarń przekłady tworzone i wydawane przez Hendrika Lindepuu – twórczość Herberta, Miłosza, Tokarczuk, a nawet Dołęgi-Mostowicza; Solaris i Wiedźmin w przekładzie Aarnego Puu… jak również 365 dni, ale o tym ćśś (w przekładzie jakiejś innej osoby, co to zupełnie nie kojarzę). W drugim narożniku: wybitny poeta estoński Jaan Kaplinski (1941–2021), syn Jerzego Kaplińskiego, wykładowcy języka i kultury polskiej na Uniwersytecie w Tartu, człowieka o wielkich zasługach dla popularyzacji kultury polskiej w międzywojennej Estonii, który, aresztowany przez NKWD latem 1941 roku, nigdy już do rodziny nie powrócił. Miejscowa parafia katolicka również „naszymi” (ale i rosyjskojęzycznymi) stoi, choć obecnie urzędujący księża pochodzą z Ameryki Południowej (proboszcz ma ponoć z jednej strony estońskie korzenie). Kto chadza do kościoła – a droga wiedzie przez nader malowniczą dzielnicę Supilinn, po naszemu: „Zupowo” – prędzej czy później zacznie kojarzyć co aktywniejsze postaci z miejscowej Polonii. Polaków spotkałem również w EKM. Cóż, najwyraźniej w małym kraju jak Estonia, z tak silnym ośrodkiem akademicko-kulturowym jak Tartu, łatwo zawiązują się sieci znajomości. Osoby o podobnych zainteresowaniach spotykają się w określonych miejscach, przy określonych okazjach, potem przez wspólnych znajomych, i tak się to kręci.
Pan Redaktor zapytywał mnie o korporacje: tutaj niestety nie mogę wiele powiedzieć, ponieważ z poczuciem własnej obcości i świadomością, że studiować będę tylko dwa lata, nie zgłębiałem tematu. Nie potrafiłem sobie wyobrazić (nie przeczę, że czasem małą mam wyobraźnię!), jak mógłbym na członkostwie w podobnej organizacji korzystać, i co sam mógłbym jej zaoferować, nie opanowawszy wpierw biegle języka (rozmówki rozmówkami, ale biznes biznesem), nie byłem zresztą pewien, czy nie-Estończycy w ogóle są do takich rzeczy dopuszczani. Duże zbiorowości, bogaty ceremoniał i elitaryzm też mnie z reguły odrzucają. Czapeczki podczas uroczystości akademickich widuje się licznie, jedną zauważyłem u znajomej Węgierki – znaczy, że z tymi obcokrajowcami pewnie źle mi się wydawało. Podobno na Noc Walpurgi (Volbriöö, przed 1 maja) Vironia zaprosiła do Tartu „naszych” Arkonów, więcej mi nie wiadomo.
Uniwersytet będę chwalił: schludnie, nowocześnie, akademik w ludzkiej odległości 10 min piechotą od wydziału, wszystkie zajęcia w jednym budynku, kameralnie, po ludzku, duży nacisk na wdrażanie studentów w system akademicki jako potencjalnych przyszłych kolegów po fachu – jest poczucie, że magistrantów kształci się nie tyle na ludzi z dyplomem, co na przyszłych doktorantów i badaczy, podczas gdy u nas inicjatywa w tym zakresie wydaje się leżeć całkowicie po stronie studenta; trzeba mieć jednak na względzie: skoro taki kierunek otwarto, to przecież nie tylko po to, żeby rozdawać dyplomy. Moich pochwał nie wolno więc naiwnie uogólniać: widziałem mały tylko wycinek i nie wiem, jak różni się moje doświadczenie od tego, co przeżywają studenci innych kierunków, innych wydziałów, studenci z Estonii, uczący się tu przez 5 lat i dłużej. Wiem tyle: ja się w Tartu czułem komfortowo, i to zarówno dzięki atmosferze na uczelni, jak i tej poza nią.
Największą wadą miasteczka, która może być zresztą, zależnie od punktu widzenia, uznana za jego zaletę, jest jego umiejscowienie jak gdyby na uboczu Europy: loty z położonego o 3 godziny Tallinna kosztują (jakkolwiek lotnisko zlokalizowano tak, że mucha nie siada – na trasie dojazdowej do miasta, w rozsądnej odległości od centrum); natomiast Ryga, skąd do wielu miejsc latają ryanairy, jest położona dalej i jeszcze do niedawna dało się tam pojechać bez przesiadki tylko raz-dwa razy na dobę autokarem (z dojazdem do lotniska droga wydłuża się o trzy kwadranse do ok. 4,5-5 godz; cena ok. 25 euro), i to o niedogodnych porach. Pociągi w stronę Rygi odjeżdżają z Tartu raz dziennie, na szczęście w ostatnich latach stworzono połączenie z prawdziwego zdarzenia, eliminujące tragiczną (bo absolutnie niezsynchronizowaną) przesiadkę w granicznej Valce (est. Valga, łot. Valka, dla zatwardziałych: Walk; chociaż estońska i łotewska część noszą różne nazwy w piśmie, to trzeba mieć na uwadze, że Estończycy ‘g’ wymawiają półdźwięcznie lub bezdźwięcznie, bardziej jak nasze ‘k’). Autokary z Estonii do Polski operują wyłącznie na trasie Tallinn-Parnawa-Ryga-Wilno-Kowno-Warszawa, co przy jeździe z Tartu oznacza konieczność jedno- lub dwukrotnej przesiadki (a więc dodatkowy narzut czasowy) – zwykle lepiej się opłaca jechać do Warszawy z przesiadką w Tallinnie, niż zaczynać od przeprawy z Tartu do Rygi. Niepomijalny zygzak Ryga-Wilno-Kowno-Suwałki sam w sobie też nieszczególnie korzystny czasowo… ale taka już nasza regionalna geografia.
W tym miejscu chyba kończą mi się rzeczy warte wzmianki.
Z wartych odwiedzenia punktów w Tartu wypadałoby wspomnieć może jeszcze Ogród Botaniczny – instytucję i park w jednym, znakomite miejsce na spędzenie wolnej chwili (jeśli akurat z jakiegoś powodu znudziło nam się Toomemägi). Osobnego artykułu wymagałby zapewne Tallinn, z tym jednak miastem nie miałem wiele wspólnego (2,5-godzinna droga z Tartu i bilet w cenie 12-15 euro zniechęca do częstych odwiedzin), więc na ten temat nie będę się tu rozpisywał. O starówce pewnie każdy słyszał, że ładna, i z tym się zgodzę, ale poza tym miasto robi wrażenie typowego rozlazłego stołecznego molocha.
Słowem podsumowania: Estonia to piękny kraj (nie bez wad, ale obcemu łatwo uszy zamknąć i od spraw niewygodnych odwrócić głowę), estoński to piękny język (każdy język jest piękny, ale do estońskiego mam stosunek szczególny), świetna jest też estońska literatura (czego próbki staram się – jak potrafię, jak mogę – dawać w przekładach, choć prezentowana na łamach Świata Inflant klasyka poezji to zaledwie czubek góry lodowej). Mam nadzieję, że okazji do pokazywania (nie, nie pokazywania, literatura na pokaz ma tyle sensu, co samochód na pokaz; lepiej: przekazywania) poezji, literatury estońskiej, ale i szerzej: ugrofińskiej, wschodnioeuropejskiej, ogólniej: mało znanej – będzie mi z czasem przybywać, podobnie jak umiejętności: wiadomo, że panowanie nad językiem docelowym jest (nie licząc oporu wydawców, ale to kwestia osobna) największą trudnością przy przekładaniu…
W międzyczasie chciałbym zaś gorąco polecić Estonię, poznawanie Estonii, Czytelnikom – nie tylko dla wspólnych elementy przeszłości, ale zwłaszcza przez wzgląd na teraźniejszość i przyszłość, które są i będą naszym wspólnym udziałem w tym zakątku świata. A także dlatego, że warto – po prostu!

