W poezji na pewno powiedziano już wszystko i więcej się nie da, ale... można tworzyć dalej. I wiele osób to robi, a niektórzy nawet dosyć dobrze.
Stefan Pastuszewski w zbiorze wierszy Na krawędzi opisuje dokładnie i wnikliwie to, co dostrzega wokoło siebie. A jeszcze skrupulatniej i dogłębniej to wszystko, czego nie widzi, albo czego w ogóle nie ma. Kroczy wąską ścieżką, na krawędzi rzeczywistej rzeczywistości i materii całkowicie zmyślonej. Raz głębiej wkraczając w jeden obszar, a innym razem poświęcając więcej słów i wyrazów drugiej stronie.
Mój profesor matematyki Andrzej Kiełczewski h. Pomian, daleki krewny Poli Negri, często powtarzał, że odejmowanie zła od zła jest najlepszym dodawaniem w sferze wartości. I że lepiej nie można. U Stefana Pastuszewskiego niektóre obserwacje i sposób ich opisania są pokazywaniem dobrej strony w tym, co nie musi być do końca wartościami dodanymi w naszym współczesnym życiu społecznym. Gdzie kultura przestaje być Kulturą przez dużą literę, a staje się znakiem graficznym bez wyraźnego substytutu materialnego.
każdy jest śmieszny
gdy usiłuje nadać swoim krokom jakiś kierunek i sens
w głowie
Zbiór Na krawędzi przeczytałem do połowy, a może i trochę więcej. Jak na mnie to na pewno dużo. Zresztą więcej nie musiałem, bo ta przebyta dużo większa połowa wierszy opowiedziała mi wystarczająco dużo. O autorze, o jego dokładnym widzeniu i opisaniu dzisiejszego dnia, a jeszcze dokładniejszym dni nadchodzących, o przeżywaniu każdej nocy z wyśnionymi snami jak i snami z tych nieprzespanych. Tygodni prześnionych czy przebytych na jawie i z dokładnym opisem tych nadchodzących. A szczególnie z mocnym zaakcentowaniem tych, które z pewnością nie przyjdą.
Rzeczywista rzeczywistość przechodzi w tomiku w zmyślenia, fantazja bierze odwet na codzienności życia, a autor kroczy i kroczy na krawędzi, po krawędzi wartości zachowując balans dawnych wartości i tych, które może kiedyś nadejdą. W takiej lub innej formie i poetyce.
było spojrzenie które nie chciało się skończyć
płynęło niczym rzeka
Jeszcze raz powtarzam znaną i niekwestionowaną prawdę. W poezji powiedziano i napisano już wszystko. Nic nowego nie da się już tam wnieść i nic odkrywczego tam już zaistnieć nie może, bo jest po prostu za ciasno. A poza tym, aktualnie na jednego czytelnika wierszy przypada co najmniej tuzin poetów, drugi tuzin quasi-poetów, trzeci tuzin przyszłych poetów, czwarty tuzin odeszłych poetów i jeszcze kilka tuzinów tych, którzy poetami nie są, nigdy nie byli i nigdy nie będą, a mimo to należą do stowarzyszeń twórczych i wydają tomik NiePoezji za tomikiem AntyWierszy.
Prawdziwemu poecie pozostaje więc tylko krawędź. Wąska możliwość opowiedzenia starych prawd i oczywistości względnie nowymi słowami.
krawędź
cofnąć się zawsze można
trzeba
czas przeszły na krawędzi to czas teraźniejszy
Takie wiersze muszą być jak linie papilarne, jak wykaligrafowany podpis z nazwiskiem autora na okładce książeczki. Przynależny tylko jemu – autorowi duszy własnej i cudzych przeżyć. I to na pewno udało się Stefanowi Pastuszewskiemu w zbiorze Na krawędzi.
Autor szedł po niej, po krawędzi, prosto, pewnie, a niekiedy i bardzo odważnie.
godne pogardy urządzenie świata
gdy od samego rana usiłuję bezskutecznie
wdrapać się na wierzchołek sensu
Poeta i dzisiaj może tworzyć historię, może ją kreować i opisywać. Może starać się też i uciec od niej w nieznane lub niedokonane. Pozostawiając wszystko inne wszystkim innym. Chyba taki sens, lub podobny do niego, odszukałem w wierszu „Historie najnowsze”:
historię tworzyli także ci którzy nic nie tworzyli
Stara prawda mówi, że nie należy szukać daleko tego, co jest blisko, bo można pobłądzić. Stefan Pastuszewski szukał blisko i szedł też krawędzią odważnie i daleko, by odszukać to, co dla niego było ważne gdzieś indziej. Po przeczytaniu „większej połowy” zbioru Na krawędzi sądzę vel jestem pewny, że nie pobłądził.
Stefan Pastuszewski, Na krawędzi, Instytut Wydawniczy „świadectwo”, Bydgoszcz 2024, ss. 90.

