Publikacje

Krzysztof Gołębiewski - Pierwsza brygada kanonu

Obecnie w polskiej poezji istnieje formacja, której nikt nigdy formalnie nie powołał, a która działa od dziesięcioleci.

Nie ma statutu, legitymacji ani sztandaru, choć gdyby go miała, zapewne byłby nieco przykurzony i przechowywany w redakcyjnej szafie jak pamiątka po dawnych czasach. Można by ją nazwać – z lekką ironią – pierwszą brygadą kanonu. To poeci, którzy debiutowali pół wieku temu, gdy wiersz był jeszcze wydarzeniem redakcyjnym. Najpierw trzeba było przejść przez sito redaktora, potem przez łamy czasopisma, a dopiero później przez powolną drogę do czytelnika. Tomik nie pojawiał się co rok. Czasem czekało się na niego pięć lat, czasem dziesięć. Poezja miała swój rytm – nie szybki jak dzisiejszy internet, lecz powolny jak oddech biblioteki. Dziś wielu z tych poetów ma ponad siedemdziesiąt lat. Piszą dalej. Publikują kolejne książki. Pojawiają się na spotkaniach autorskich, w czasopismach literackich, w antologiach. Dla jednych są nestorami poezji, dla innych – już tylko pomnikami jeszcze za życia. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pomiędzy.

 

Pierwsza brygada kanonu ma swoje niezaprzeczalne zasługi. To oni kształtowali język współczesnej polskiej poezji. To oni przechodzili przez kolejne spory estetyczne, manifesty, polemiki. Niejeden z nich pamięta czasy, gdy wiersz potrafił wywołać debatę, a nawet skandal. Ich doświadczenie jest częścią historii literatury – tej żywej, nie podręcznikowej. Jednak ta brygada ma też swoją słabość: z czasem zaczyna wierzyć, że wciąż stoi na pierwszej linii. Widać to szczególnie w miejscach, które można by nazwać bastionami życia literackiego. Jednym z nich są redakcje czasopism – przestrzenie, w których przez lata kształtował się gust środowiska. Tam zmiany pokoleniowe zachodzą zwykle najwolniej. Redaktorzy, którzy sami debiutowali przed kilkudziesięciu laty, siłą rzeczy częściej rozpoznają w nowych tekstach echo własnej wrażliwości niż język zupełnie innej generacji. Podobnie bywa w kapitułach nagród literackich. Tworzą je zazwyczaj twórcy o ugruntowanej pozycji, a więc najczęściej przedstawiciele starszego pokolenia. W ten sposób kanon – choć nie jest niczyim spiskiem – ma naturalną skłonność do reprodukowania samego siebie. Są też środowiskowe stowarzyszenia i kluby literackie, które przez lata wypracowały własny rytm spotkań, publikacji i wyróżnień. Powstaje wówczas swoisty mikroświat poezji – zamknięty obieg autorów, redaktorów i czytelników, w którym zmiana przychodzi powoli, czasem niemal niezauważalnie.

 

Młodsi poeci patrzą na to inaczej. Dla nich wielu z tych autorów to strażnicy starej metafory, poeci dawnego modelu wiersza, czasem – mówiąc złośliwie – literackie dinozaury. W ich oczach kanon przypomina trochę muzeum: pełne cennych eksponatów, lecz coraz rzadziej odwiedzane. Paradoks polega na tym, że obie strony mają rację.

 

Starsze pokolenie rzeczywiście stworzyło znaczną część współczesnego języka poetyckiego. Młodsze pokolenie natomiast próbuje mówić innym głosem, w innym tempie, w innej rzeczywistości kulturowej. Jedni wychowali się w epoce czasopism literackich i redakcyjnych dyskusji o jednym wersie, drudzy – w epoce internetu, gdzie wiersz pojawia się natychmiast i równie szybko znika w strumieniu nowych publikacji.

 

Trzeba jednak powiedzieć uczciwie: doświadczenie robi swoje. Poeci, którzy piszą od czterdziestu czy pięćdziesięciu lat, zwykle lepiej czują materię języka. Wiedzą, że wiersz nie jest tylko zapisem emocji ani szybkim komunikatem. Wiersz jest konstrukcją – z rytmu, ciszy, skrótu, napięcia między słowami. To umiejętność, której nie zdobywa się w jednym sezonie literackim. Młodsi twórcy często mają inne ambicje. Chcą być natychmiast zauważeni. Internet, media społecznościowe i szybki obieg tekstów sprzyjają takiemu tempu. Wiersz pojawia się dziś szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, ale równie szybko znika. Czasem przypomina bardziej notatkę z emocji niż utwór, który przeszedł przez cierpliwą pracę języka.

 

Nestorzy polskiej poezji wychowali  się w innym świecie. W świecie, w którym jeden wiersz potrafił powstawać nawet miesiącami, a tomik był wydarzeniem dopiero wtedy, gdy naprawdę miał coś do powiedzenia. Dlatego ich teksty – nawet jeśli należą już do innej estetyki – często mają większą gęstość języka. Są bardziej oszczędne, bardziej świadome swojej formy. To oczywiście nie znaczy, że młodzi nie potrafią pisać dobrych wierszy. Literatura zawsze potrzebuje nowych głosów. Jednak prawdziwa poezja rzadko rodzi się z pośpiechu. Dlatego może warto spojrzeć na poetów siedemdziesięcioletnich nie jak na pierwszą brygadę kanonu ani jak na literackie pomniki. Raczej jak na ostatnich świadków epoki, w której poezja była sprawą poważną – czasem nawet zbyt poważną. Piszą dalej. Może wolniej. Może ciszej. Jednak wiersz – jeśli jest prawdziwy – zawsze rozpoznaje rękę kogoś, kto z językiem obcuje długo, a nie tylko szybko.

We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.