Jako wstęp do wspomnienia o mojej Mamie niech posłużą fragmenty rozważania ks. Adama Bonieckiego na Dzień Zaduszny: „Nie za wiele myślimy o przodkach… Ale oni jednak byli, przekazali jakiś rodzinny etos, jakieś obyczaje. Nie zdajemy sobie sprawy z dziedzictwa, które często zanika pod naciskiem świata, w którym żyjemy...” i dalej: „Pamięć zachowuje strzępy wspomnień...” (Tygodnik Powszechny, nr 44, 2025 r.). I właśnie tutaj chcę poskładać strzępy moich wspomnień o Mamie, o czasach i świecie, w którym żyła, a także o ludziach, których spotykała na swojej drodze...
Życie mojej Mamy, Stanisławy Zwierkowej, z domu Wiścickiej, to kawał historii, obejmującej dzieciństwo na Inflantach, młodość, małżeństwo i stabilizację życiową w okresie międzywojennym w Wilnie, okupację bolszewicką i niemiecką spędzoną na wsi pod Wilnem, repatriację do Polski i powojenny okres aktywności w Bydgoszczy.
Mama urodziła się w pierwszych latach XX wieku jako jedna z jedenaściorga dzieci Marii i Stanisława Wiścickiego, właściciela niewielkiego majątku Wygoda na Inflantach. Dziadek był postacią bardzo szanowaną przez społeczność polską na Inflantach, a dla dzieci był wzorem patriotyzmu, postawy obywatelskiej i gościnności. Warunki życiowe w Wygodzie nie rozpieszczały, majątek był zadłużony, a dochody niewielkie. Dodatkowym ciosem dla rodziny była przedwczesna śmierć matki, po której opiekę nad domem i rodzeństwem przejęła najstarsza z sióstr. Dzieci wychowywały się w poczuciu silnej więzi rodzinnej, były wdrażane do pomocy w domu i w gospodarstwie, miały przy tym dużo swobody, dzięki czemu ich dzieciństwo było z całą pewnością dzieciństwem szczęśliwym. A wyniesione z domu wartości – patriotyzm, pracowitość, zaradność – był to kapitał, który w dalszym życiu Mamy okazał się prawdziwym skarbem.
Dzięki hojności swojej ciotki Mama odebrała staranne wychowanie na pensji dla dobrze urodzonych panien w Petersburgu. Wyniosła stamtąd dobrą znajomość rosyjskiego i niezłą francuskiego. Z tego okresu pochodzi anegdota o wykorzystywaniu kaloszy księdza katechety do wymiany korespondencji między panienkami z pensji a chłopcami ze szkoły męskiej, w której uczył ten sam ksiądz. Było to możliwe dzięki temu, że w owym czasie w zimie panowie nosili płaskie kalosze, nakładane na skórzane trzewiki, żeby chronić je przed śniegiem. Po wejściu do domu kalosze zdejmowano i zostawiano w przedpokoju, łatwo więc było włożyć do nich karteczkę z korespondencją i wykorzystać jako skrzynkę kontaktową. Pomysłowe.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. rodzeństwo Wiścickich opuszczało Wygodę, a jednym z pierwszych był najstarszy brat Mamy, Jan, który osiedlił się w Wilnie i po skończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Stefana Batorego zaprosił do siebie moją Mamę. Przez Jana Mama poznała i wyszła za mąż za jego przyjaciela, również studenta prawa, mojego Tatę. Pierwsze lata małżeństwa nie były łatwe i rodzice żyli bardzo skromnie, ale gdy Tato zaczął pracować w wileńskiej delegaturze Prokuratorii (nie mylić z prokuraturą!) Generalnej warunki się poprawiały i w latach 30. były już bardzo dobre.
Mama była piękną, elegancką panią, ale mimo że było ją na to stać, nigdy nie nosiła futer i nie miała drogiej biżuterii. Za to z wielkim staraniem i smakiem urządzała nasze mieszkanie. Komplet mebli w salonie, wykonany w stylu art-deco, uratował się jakoś podczas przeprowadzek w czasie wojny i przed naszym wyjazdem z Wilna do Polski w 1945 r. został sprzedany wysokiej rangi oficerowi Armii Czerwonej, który kupił je do swego mieszkania w Moskwie. Dzięki tej transakcji mogłyśmy lepiej przygotować się do długiej i ciężkiej drogi.
W Wilnie mieszkaliśmy przy głównej ulicy, ulicy Mickiewicza, tuż przy placu Łukiskim. Niedaleko miała mieszkanie Hanka Ordonówna, a wiedza moja o tym pochodziła stąd, że na spacerze spotykałyśmy służącego, wyprowadzającego jej dwa ogromne psy bernardyny. Mieszkaliśmy w eleganckiej kamienicy, do której z ulicy wchodziło się do mieszkania szeroką klatką schodową z marmurowymi schodami, a od podwórka klatką tzw. kuchenną, którą bezpośrednio do kuchni wnoszono opał, zakupy i wynosiło śmieci. Piszę o tym, bo było to kiedyś praktyczne rozwiązanie, o którym chyba już nikt nie pamięta. Układ mieszkania był dość skomplikowany, ale był w nim także mały pokoik dla gosposi, nazywanej w owych czasach po prostu służącą. Ostatnią naszą gosposią była Mela, wesoła, inteligentna dziewczyna, która po wybuchu wojny wróciła do swojego domu.
Lata 30. były najlepszym okresem w życiu rodziców, prowadzili szerokie życie towarzyskie, a ich przyjaciółmi były osoby należące do elity prawników i inteligencji wileńskiej, zaangażowanej w życie społeczne Wilna. Ich wysokiej próby patriotyzm potwierdziły postawy i losy wojenne i powojenne.
Do grona najbliższych należeli Konstanty – mój chrzestny ojciec – i Eugenia Szabelscy – oboje prawnicy. Konstanty jako licealista przed 1918 r. należał do tajnej organizacji wojskowej, brał udział w akcjach wojennych. Po pierwszej wojnie światowej skończył studia i oboje z żoną pracowali w Wilnie. We wrześniu 1939 r. zagrożeni przez inwazję radziecką, państwo Szabelscy wyjechali na Litwę, a stamtąd do Francji. Tam Konstanty walczył z Niemcami i dostał się do niewoli, z której wyszedł w 1941 r. Po wojnie działał w Misji Wojskowej w Paryżu, a za swoją działalność został odznaczony przez Rząd w Londynie Złotym Krzyżem Zasługi. W kolejnych latach wykładał historię w liceum polskim pod Paryżem i pracował społecznie na rzecz polskich kombatantów we Francji. Zmarł w 1986 r. w drodze do Polski. Eugenia Szabelska pracowała w Paryżu jako prawniczka, pomagając Polakom w kontaktach z władzami francuskimi. Przyjeżdżała często do Polski i do końca życia utrzymywała serdeczne kontakty z moją Mamą, a także ze mną.
Bliskie relacje łączyły rodziców z małżeństwem Haliny i Wiktora Sukiennickich. Byli to wybitni prawnicy, intelektualiści i działacze społeczni. W czasie studiów na Uniwersytecie Stefana Batorego aktywnie występowali przeciw gettu ławkowemu i innym ekscesom antysemickim. Po ukończeniu studiów uzyskali doktoraty z nauk politycznych i ekonomicznych na Sorbonie. Halina wojnę przeżyła w Wilnie, a po repatriacji do Polski udało jej się wyjechać do męża do Londynu. Później ich drogi rozeszły się. Odwiedziliśmy ją w czasie naszego (mojego z mężem) pobytu w Londynie w późnych latach 60., przyjęła nas gościnnie, poczęstowała grejpfrutem, a następnie omletem, ale odniosłam wrażenie, że byliśmy dla niej osobami z innego, obcego jej świata.
Inaczej potoczyły się losy Wiktora Sukiennickiego. W okresie międzywojennym jego działalność naukowa dotyczyła głównie sytuacji w Związku Radzieckim, dzięki czemu już wtedy był uznanym sowietologiem. W 1940 r. został aresztowany przez NKWD, zesłany w głąb Rosji, skąd dostał się na Zachód z armią Andersa. Od 1943 r. mieszkał w Londynie, był publicystą i laureatem paryskiej „Kultury”, publikował prace z zakresu historii krajów Europy Środkowej i Wschodniej. W 1959 r. przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował w Instytucie Hoovera. Miłosz w swoich wspomnieniach o Wiktorze Sukiennickim pisze, że „był to człowiek dość trudny, choć zawsze prawy, bardzo krytyczny i sarkastyczny, i pewnie mało szczęśliwy”.
W dzieciństwie moje kontakty z rodziną państwa Sukiennickich nie były zbyt przyjemne, ponieważ ich syn, Bohdan, chłopaczysko trochę starsze ode mnie i bardzo rozpuszczone, dokuczał mi przy każdej okazji. Po wojnie został profesorem uniwersytetu Stanforda w Stanach Zjednoczonych.
Przyjacielskie stosunki łączyły rodziców z Konstantym Cierpińskim, współpracownikiem Ojca w Prokuratorii Generalnej, oraz bardziej oficjalne z prezesem Prokuratorii i szefem Taty – Mieczysławem Obiezierskim. Prezes Obiezierski został aresztowany przez NKWD zaraz po wejściu Armii Czerwonej do Wilna we wrześniu 1939 r. i nie przeżył zesłania na Syberię. Z jego rodziną – żoną Stefanią i córkami Heleną i Anną – los ponownie zetknął rodziców po wojnie w Bydgoszczy, a kontakty polegały przede wszystkim na wzajemnych wizytach i rewizytach z okazji imienin. Panie Helena i Anna były szanowanymi nauczycielkami w szkołach bydgoskich. (Dzieje swoje i rodziny, w tym wiele wspomnień o swoich perypetiach w szkołach bydgoskich w czasach PRL-u, opisała Helena Obiezierska w obszernym pamiętniku Jedno życie prywatne na tle życia narodu polskiego w wieku XX).
Wracam do Wilna i czasów przedwojennych. Lista osób, z którymi rodzice utrzymywali kontakty towarzyskie, była oczywiście znacznie dłuższa. Spotykano się w kawiarniach, restauracjach i na przyjęciach w domach. Tutaj przypomniał mi się pewien szczególny zwyczaj – rytuał – towarzyski. Otóż w Nowy Rok panowie ubierali się uroczyście i wczesnym popołudniem wyruszali z domu, żeby złożyć krótkie, kurtuazyjne wizyty u osób, z którymi utrzymywali bliższe lub bardziej oficjalne relacje. Wizyty te przyjmowały panie, również elegancko ubrane, chyba bez żadnych poczęstunków. Musiało to być potężne przedsięwzięcie logistyczne, bo przecież nikt nie miał wtedy w Wilnie samochodu, nie było jeszcze taksówek, pozostawały do dyspozycji tylko dorożki. Biorąc pod uwagę, że na początku stycznia zima była już bardzo mroźna to taki rajd mógł być sporym ryzykiem dla zdrowia, na szczęście Wilno nie było zbyt rozległe i trasy niezbyt długie.
Mama miała opinię bardzo dobrej pani domu i przyjęcia z okazji jej imienin lub imienin Taty cieszyły się zawsze dużym uznaniem. Wiąże się z tym piękna historia, której bohaterem pozytywnym jest głuszec, a czarnym bohaterem – moja Mama. Otóż gdzieś w okolicy Mamy imienin, przypadających na 8 maja, przyszła do niej paczka od brata Teodora, pracującego jako leśniczy na kresach Wileńszczyzny. W paczce był ogromny głuszec. Mama potraktowała go jako prezent imieninowy, ciesząc się, że będzie mogła podać na przyjęciu imieninowym tak wykwintne danie, za jakie uważano wówczas tego ptaka. Następnego dnia po oskubaniu i wypatroszeniu głuszca przyszedł list od Teodora mniej więcej tej treści: „Staszko, udało mi się upolować wspaniałego głuszca, jest to okaz mający wielkie szanse, żeby zdobyć nagrodę na Krajowej Wystawie Łowieckiej. Bardzo Cię proszę, daj go do wypchania do najlepszego fachowca, będzie to wyjątkowy eksponat”. O tym, jak przebiegło wyjaśnianie rozbieżności w potraktowaniu głuszca – historia milczy. Okazało się natomiast, że głuszec był rzeczywiście przeznaczony do celów wyższych niż kulinarne, bo mimo wysiłków Mamy nie udało się go wystarczająco skruszyć i podać na stół.
Mama była osobą bardzo rodzinną i w miarę swoich możliwości starała się rodzeństwu pomagać. W Wilnie przez jakiś czas mieszkała u nas młodsza siostra Mamy, Helena, zaczynająca studia prawnicze na Uniwersytecie Stefana Batorego, a później Janeczka, studentka medycyny. Sprawdzała się wyniesiona z domu rodzinnego zasada solidarności i wzajemnej pomocy.
Prowadzenie domu i życie towarzyskie nie były jedynym polem aktywności Mamy. Angażowała się w działalność Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet, organizacji, której celem było niesienie pomocy i elementarnej oświaty ludności na biednej i zacofanej wsi na Wileńszczyźnie. Nie zachowały się, niestety, zdjęcia z tych wyjazdów.
Ważnym epizodem w życiu Mamy był wyjazd do Rumunii, nad Morze Czarne, w celach zdrowotnych. Bardzo modne były wówczas błotne kąpiele w limanach na brzegu morza. Mama wybrała się tam ze swoją przyjaciółką. Wyprawa z Wilna na drugi koniec Europy nie była w owych czasach łatwym przedsięwzięciem – jechało się bardzo długo pociągami, w których nie było wagonów sypialnych, a jedynie przedziały pierwszej klasy, z całą pewnością nieklimatyzowane. Mama opowiadała o zabawnym zdarzeniu, kiedy jadąc już na terenie Rumunii, bardzo zmęczone i będące jedynymi pasażerkami w przedziale pierwszej klasy, panie wyciągnęły się na siedzeniach. Kontrolujący bilety konduktor zwrócił im (po rosyjsku) uwagę, żeby spuściły nogi, bo nie wolno kłaść nóg na siedzenie. Na tłumaczenie Mamy, że to nikomu nie przeszkadza, ich nogi są czyste i w pończochach, konduktor był stanowczy argumentując, że „nagi wsiegda waniajut” – „nogi zawsze śmierdzą”. Wyjątków nie uznał.
Mama wspominała kilkutygodniowy pobyt w Rumunii bardzo dobrze, panie mieszkały w pensjonacie, a kontakty towarzyskie ułatwiała Mamie znajomość języka francuskiego, która w tamtych czasach w Rumunii była wśród inteligencji powszechna. Przyjaźnie zawarte podczas tego pobytu przetrwały próbę czasu i Mama jeszcze w latach 70., kiedy Rumunia była już odcięta od świata zachodniego, przesyłała znajomym książki francuskie, które kupowałam na pchlich targach w czasie mego pobytu we Francji.
Na kilka lat przed wybuchem wojny Mama z bratem Janem zdecydowali się spróbować swoich sił jako – dzisiaj powiedzielibyśmy – deweloperzy w branży turystycznej – i zbudować pensjonat na pojezierzu brasławskim, w najdalej położonym na północny wschód zakątku Polski. O wyborze tego miejsca zdecydowało nie tylko piękno jezior, ale także chęć ożywienia tych terenów przez zatrudnienie rzemieślników, obsługi pensjonatu i kupowanie lokalnych produktów rolnych. Została zbudowana duża, drewniana willa, położona na wysokiej skarpie nad brzegiem jeziora Strusto, urządzona przez Mamę z wielkim smakiem. Do Mamy należało przyuczenie miejscowych dziewcząt do pracy jako pokojówki, zaopatrzenie (możliwe na targu albo u miejscowych gospodarzy), organizacja pracy kuchni i prowadzenie całego pensjonatu, a więc zadania wymagające dużej sprawności organizacyjnej. Otwarcie przypadło na lato 1939 r., przyjechali goście nie tylko z Wilna, ale także znajomi z Warszawy, humory były świetne, pogoda wspaniała. Ten pierwszy, udany sezon okazał się ostatnim. Wojna wszystko zabrała.
Losy rodziny i Mamy podczas wojny, które będą przedmiotem dalszej części tych wspomnień, wpisują się ściśle w historię i sytuację Wilna i Wileńszczyzny w tym czasie. Kresy Wschodnie były tą częścią Polski, która doświadczyła okrucieństwa nie jednego, ale dwóch okupantów: w latach 1939-1941 znajdowały się pod okupacją radziecką (z krótkim epizodem władzy litewskiej), od 1941 do 1944 r. – pod okupacją niemiecką, a od 1945 r., po klęsce Niemiec, pod kolejną okupacją radziecką, zakończoną ekspatriacją ludności polskiej do Polski. Od początku wojny powstawały na Wileńszczyźnie podziemne organizacje niepodległościowe, scalone w Związek Walki Zbrojnej, a od 1942 r. tworzące Armię Krajową (AK). Oddziały AK prowadziły akcje bojowe i dywersyjne, których apogeum stanowiła operacja „Ostra Brama” (7-13 lipca 1944 r.), mająca na celu odbicie Wilna z rąk Niemców przed zajęciem go przez armię radziecką. Bardzo szczegółowo historię działania organizacji podziemnych i osoby, które w nich uczestniczyły opisał Longin Tomaszewski w epokowym dziele „Wileńszczyzna lat wojny i okupacji” (1999).
Wybuch wojny zburzył życie rodziny. Perspektywa zajęcia Wilna przez bolszewików po 17 września 1939 r. była groźna m.in. dla urzędników państwowych, ze względu na dające się przewidzieć represje. Dlatego Tato, podobnie jak wiele innych osób (m.in. żona marszałka Piłsudskiego z córkami), zdecydowali się przed wejściem sowietów wyjechać na Litwę. Tato po jakimś czasie wrócił do Wilna, gdzie przetrwał okupację niemiecką i kolejną sowiecką. Mama natomiast przyjęła zaproszenie znajomych rodziców, państwa Łukaszewiczów, i wyjechała ze mną – miałam wtedy niecałe pięć lat – do ich posiadłości wiejskiej Karaciszki, oddalonej od Wilna o około dwadzieścia kilometrów. Sądziła, że w warunkach wojennych pobyt na wsi będzie bezpieczniejszy, rzeczywistość jednak okazała się zupełnie inna, wojna wkraczała w nasze życie w sposób zupełnie dosłowny.
Dla przybliżenia sytuacji, które często miały bardzo dramatyczny przebieg, konieczny jest opis Karaciszek (Kariotiškės) – miejsca, w którym przyszło Mamie i mnie przeżyć prawie pięć lat wojennych. Właścicielem posiadłości i naszym gospodarzem był Michał Łukaszewicz, urzędnik starostwa wileńsko-trockiego, starszy pan o wyglądzie i sposobie bycia dawnego wojskowego, raczej apodyktyczny, dalej będę go nazywała Michałem.
Karaciszki były folwarkiem, na który składało się kilkanaście hektarów pól uprawnych i niewielka liczba inwentarza, którymi zajmowała się rodzina robotnika, mieszkająca w domu w tzw. części gospodarczej. Osobną część posiadłości stanowił piękny dom mieszkalny, otoczony rabatami kwiatów, krzewami owocowymi, a w dalszej części ogrodem i sadem. Część gospodarczą i mieszkalną oddzielało podwórze, przez które przechodziła szeroka droga wiodąca z pobliskiego miasteczka Landwarowa i dalej na wschód. Był to bardzo dziwny układ, którego konsekwencją było to, że w 1944 r. przez nasze podwórze przewaliła się armia radziecka – czołgi i piechota, ale o tym później. Na rozstajach tej drogi przy lesie, w odległości około kilometra od domu, znajdował się otoczony płotkiem wysoki krzyż drewniany, przy którym Mama w maju „odprawiała” nabożeństwo majowe. Była to zawsze litania do Matki Boskiej, Pod Twoją obronę i pieśń Serdeczna Matko. Na majowe przychodziły czasem kobiety z sąsiedniej wsi, a raz dołączył nawet mały oddział partyzantów. Okolicznością, która okazała się bardzo ważna, było to, że wzdłuż sadu, w niewielkiej odległości od domu, przebiegał tor kolejowy prowadzący z Wilna na północny wschód, do Kowna. W czasie okupacji niemieckiej kolej ta była trasą dostaw wojskowych na front północno-wschodni.
Dom był duży, ładnie umeblowany (w naszym pokoju było nawet pianino – narzędzie tortur mojego dzieciństwa), ale jak wszystkie wiejskie domy w tamtych czasach nie miał podstawowych wygód – nie było bieżącej wody, kanalizacji ani elektryczności. Wodę przynosiło się ze studni, za toaletę służyła sławojka stojąca w pewnej odległości od domu, pokoje były ogrzewane piecami opalanymi drzewem, a oświetlenie zapewniały lampy naftowe. Życie w tych warunkach nie było łatwe, dlatego żona pana Michała szybko zrezygnowała z pobytu w Karaciszkach i wróciła do Wilna, powierzając prowadzenie domu Mamie.
Najbliższymi naszymi sąsiadami byli właściciele podobnych letnich posiadłości, przedstawiciele inteligencji wileńskiej, z którymi Michała, a także Mamę i mnie łączyło wiele różnych spraw. Opiszę te najważniejsze.
W odległości około kilometra znajdował się dom pani Wimborowej, prawdopodobnie krewnej Ady Święcickiej, żony Józefa Święcickiego (brat Andrzeja Święcickiego, po wojnie działacza katolickiego, wieloletniego prezesa KIK-u). Z Józefem Święcickim Michał prowadził działalność konspiracyjną w AK. Józef został aresztowany przez NKWD i zesłany do łagru, gdzie zmarł w 1946 r. Ale zanim to się stało pani Ada mieszkała przez jakiś czas w naszym bliskim sąsiedztwie z synami Mateuszem, Piotrusiem i Jankiem oraz siostrą Ireną, później żoną Witolda Milwida. Irena była moją pierwszą nauczycielką i przez krótki czas uczyła mnie i Mateusza czytać i pisać. (Mateusz Święcicki został znanym muzykiem jazzowym i kompozytorem muzyki m.in. do utworów śpiewanych przez Czesława Niemena, zmarł bardzo młodo). Rodzina Święcickich po jakimś czasie przeniosła się do domu nad jeziorem Trockim i tam przeżyła wielką tragedię, bo mały Piotruś wypadł z kajaka, którym pływał z opiekunką, i mimo prób ratowania, utonął. Pamiętam ogromną rozpacz także w naszym domu.
Mąż Ireny, Witold Milwid, pseudonim E-5, był zamiłowanym fotografem, bywał parę razy w naszym domu w Karaciszkach i zrobił mi kilka zdjęć. Brał udział w wielu akcjach dywersyjnych AK w okręgu wileńskim, a po wojnie zamieszkali z żoną w Bydgoszczy, gdzie kontynuował działalność konspiracyjną. W 1948 r. oboje zostali aresztowani, a proces „wrogów ludu”, jak była określana kierowana przez niego grupa „Cecylia”, był szeroko relacjonowany w prasie bydgoskiej. Został skazany na śmierć (wyrok wykonano), a Irena na więzienie. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Witold Milwid został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a Irena – w wieku dziewięćdziesięciu lat – Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Irena zmarła w Warszawie w 2018 r.
Trochę dalej znajdowała się posiadłość Zdanowskich. Pan Zdanowski był przed wojną wysokim urzędnikiem kolei w Wilnie, a jego dom w Karaciszkach wyróżniał się tym, że miał na dachu zamontowany wiatrak. Dzięki tej, jakże nowoczesnej instalacji, w mieszkaniu był prąd elektryczny, zapewniający oświetlenie dość słabiutkie, lepsze jednak niż lampa naftowa. Córka państwa Zdanowskich, Helena, była świeżo upieczoną maturzystką i przez kilka lat naszego pobytu w Karaciszkach była moją nauczycielką. Uczyła mnie polskiego – robiła to świetnie rozwijając moje zainteresowania czytelnicze – i matematyki, ale także gry na fortepianie – bez większego powodzenia. Jakie były ich dalsze losy – nie wiem.
Jeszcze dalej, za lasem, był dom Rymkiewiczów. Pan Michał miał z nimi jakieś kontakty, ale moje wspomnienia nie są przyjemne, bo kiedy przyszłam do nich, wysłana w jakiejś sprawie, zostałam boleśnie ugryziona przez ich psa.
Wracam do Mamy, która od zimy 1939/40 r. przejęła w Karaciszkach całość gospodarstwa kobiecego. Wobec bardzo złej sytuacji żywnościowej w Wilnie, najważniejszym zadaniem było zapewnienie podstawowych produktów dla rodziny Michała i dla Taty (zachował się gdzieś jego list, w którym dziękuje Mamie za przysłane smakołyki – kaszę, wędzoną słoninę, masło i ser). Wykorzystanie możliwości, jakie dawało w Karaciszkach gospodarstwo rolne, a więc uprawa żyta, jęczmienia, ziemniaków, inwentarz – krowy, świnie i kury, ogród i sad oraz pasieka, wymagało ogromnego nakładu pracy i Mama w krótkim czasie z eleganckiej pani, prowadzącej wygodne życie w mieście, przeobraziła się w ciężko pracującą wiejską gospodynię. Po zwolnieniu robotnika (ze względów bezpieczeństwa, bo mógł donosić) duża część pracy przy inwentarzu, jak karmienie i dojenie krów, karmienie drobiu, wykonywanych dotąd przez jego żonę, spadła na Mamę. Oprócz ogromnej pracowitości Mama wykazywała się też wielką pomysłowością i inwencją w pokonywaniu życiowych trudności.
Gospodarka była niemal całkowicie samowystarczalna, z Wilna przywoziło się tylko sól, naftę, zapałki i mydło. Nie uprawiano pszenicy więc nie było mąki pszennej i Mama piekła chleb z mąki żytniej w dużym piecu chlebowym. Było to zajęcie zajmujące cały dzień, ręczne wyrabianie dużej ilości ciasta było ciężką pracą, ale jednorazowa porcja chleba wystarczała na dłuższy czas. Herbatę Mama robiła z suszonych liści poziomek i obierzyn z jabłek, kawę z prażonego jęczmienia i specjalnie traktowanych żołędzi. Nie było cukru, ale słodziło się miodem z własnej pasieki. Mleko Mama przerabiała na sery i masło.
Kury ras hodowanych w tych czasach znosiły jajka tylko na wiosnę i w lecie, więc żeby przyspieszyć wiosenną nieśność i skrócić okres braku jajek Mama zainstalowała w kuchni bardzo dużą drewnianą klatkę, do której przenosiła na zimę kilka najlepszych niosek. Kury nie zawiodły jej oczekiwań i dzięki temu, że przebywały w jasnym i ciepłym pomieszczeniu zaczynały nieść się znacznie wcześniej niż reszta kur, które zimowały w gorszych warunkach. Klatka była codziennie sprzątana, a my musieliśmy się przyzwyczaić do tego towarzystwa. Na wiosnę odbywało się też wielkie przedsięwzięcie polegające na tym, że kury, które zaczęły wykazywać skłonności do posiadania potomstwa (nazywało się to „kwoktaniem”) sadzało się na jajkach, z których po trzech tygodniach wylęgały się kurczęta. Konieczna była troskliwa opieka nad wysiadującą kurą, a później nad kurczętami.
Jesienią zakiszało się kilka beczek kapusty, która była podstawową jarzyną w zimie, w lecie było dużo świeżych jarzyn z ogrodu, nawet szparagów ze szparagarni założonej jeszcze przed wojną. W lecie była też obfitość jagód i owoców – truskawek, malin, porzeczek, agrestu i jabłek. Mięso pojawiało się tylko w zimie po świniobiciu, dużą część mięsa i słoniny wędzono, ponieważ był to jedyny możliwy sposób konserwacji. Żeby poprawić zaopatrzenie Mama postanowiła spróbować swych sił w hodowli indyków, które były w tym czasie ptakami rzadko hodowanymi na wsi wileńskiej. Chów indyków był przedsięwzięciem wymagającym sporej wiedzy i pracy, ale wszystko się udało i już na jesień pasałam stado okazałych ptaków, z których największe ważyły po szesnaście kilogramów!
Od początku okupacji radzieckiej Michał zaangażował się w działalność konspiracyjną Związku Walki Zbrojnej i w 1941 r. był już komendantem rejonu. Komendantem Okręgu Wileńskiego ZWZ był od 1940 r. ppłk. Nikodem Sulik. Na wiosnę 1941 r. nastąpiła seria aresztowań przez NKWD (sowiecka policja polityczna) członków ZWZ, a w kwietniu tego roku aresztowano także Sulika. Jego obowiązki przejął ppłk. Aleksander Krzyżanowski. Tu zacytuję Longina Tomaszewskiego: „Ppłk. Krzyżanowski zdecydował się teraz na opuszczenie Wilna i udał się do folwarku Karaciszki koło Landwarowa, będącego własnością Michała Łukaszewicza... Zapuścił brodę i przeobraził się w białoruskiego chłopa. W dni targowe bywał w Wilnie z kobiałką jajek lub bańką mleka. Charakteryzacja była tak doskonała, że nawet bliscy znajomi z trudem mogli go rozpoznać... Z Karaciszek kierował pracą organizacji”. Mianowany pośmiertnie (zmarł w 1951 r. w więzieniu w Warszawie) do stopnia generała, był dowódcą AK na Wileńszczyźnie, a prywatnie ojcem Olgi Krzyżanowskiej, pani wicemarszałek Sejmu po 1989 r. W Karaciszkach mieszkał w pokoju gościnnym naprzeciwko naszego – Mamy i mojego pokoju.
Chyba nie został u nas długo, bo życie tutaj stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Michał znikał czasem na kilka dni zostawiając wszystko pod opieką Mamy. Kilka razy zjawiała się lokalna władza bolszewicka i NKWD pytając o właściciela, Mama udawała wtedy zahukaną i mało rozgarniętą służącą, która nie wie gdzie jest i kiedy wróci „gospodin”, robiła to bardzo przekonująco, m.in. dlatego, że znała rosyjski. Kiedyś jednak została wezwana na przesłuchanie do NKWD do Trok, zostałam sama w domu z instrukcjami co mam robić, jeżeli nie wróci. Pojechała saniami po zamarzniętym jeziorze Trockim, na szczęście późnym wieczorem wróciła. Nigdy nie mówiła, jak było na tym przesłuchaniu.
22 czerwca 1941 r. Była to niedziela i wybrałyśmy się z Mamą do kościoła w Landwarowie. Idąc ścieżką przy torach kolejowych spotkałyśmy kolejarzy, którzy powiedzieli nam, że właśnie Hitler zaatakował Sowiety i wojska niemieckie są już bardzo blisko Wilna. Poradzili nam, żebyśmy jak najprędzej wróciły do domu, co też zrobiłyśmy. 24 czerwca wojska niemieckie zajęły Wilno, a 26 czerwca cała Wileńszczyzna znalazła się w rękach niemieckich.
W czasie okupacji niemieckiej prześladowania dotyczyły przede wszystkim ludności miast i miasteczek, Żydów i Polaków. Cytuję L. Tomaszewskiego: „Jako miejsce masowych straceń obrali Niemcy odległe o dziesięć kilometrów od Wilna Wzgórza Ponarskie… Zwłoki zakopywano w dołach… i palono na stosach…”.
Tutaj mam bardzo ciężkie wspomnienie – otóż jadąc z Mamą do Wilna, żeby spędzić Święta Bożego Narodzenia z rodziną, przejeżdżałyśmy saniami drogą obok Ponar. Poczułam wtedy okropny swąd spalenizny i zapytałam Mamę, skąd ten przykry zapach. Mama oczywiście coś tam wymyśliła, ale wiele lat później, kiedy poznałam historię Wilna i Ponar nie miałam wątpliwości, jakie było jego źródło.
W Karaciszkach było dość spokojnie, na krócej lub dłużej przyjeżdżały często osoby, którym w Wilnie ziemia paliła się pod stopami, często byli to młodzi ludzie związani z konspiracją. Trzeba było o nich zadbać, nakarmić i wtedy bardzo przydawały się indyki. Przyjeżdżał też mój Tato, który zawsze przywoził mi dużo książek.
Tak było do momentu, kiedy w niewielkiej odległości od domu został wysadzony przez partyzantów wojskowy pociąg niemiecki. Widziałam to na własne oczy, mimo że była noc, ale biel pokrytego śniegiem ogrodu i pełnia księżyca zapewniały świetną widoczność. Widziałam jadący pociąg i lokomotywę, która w pewnym momencie uniosła się do góry – był to niesamowity widok – a dopiero w sekundę potem doszedł głos wybuchu. Wiedzieliśmy, że Niemcy w ramach represji palili w takich sytuacjach sąsiednie wsie i zabijali mieszkańców, więc mieliśmy ustalony plan ucieczki, ale na szczęście nic złego się nie wydarzyło.
Największe niebezpieczeństwo zagroziło nam w czasie, kiedy pod koniec czerwca 1944 r. do Wilna w szybkim tempie zaczął zbliżać się front sowiecko-niemiecki. Do Karaciszek przyjechało wtedy z Wilna parę znajomych pań z dziećmi, uważając, że na wsi będzie bezpieczniej niż w mieście, o które – jak się należało spodziewać – będą prowadzone intensywne walki. Mama bardzo przezornie przygotowała dla wszystkich specjalne pomieszczenie, mogące nas ochronić na wypadek działań wojennych i bezpośredniego zagrożenia. Była to duża piwnica pod osobnym budynkiem, z małym okienkiem zapewniającym trochę światła i dopływ powietrza, w której Mama przygotowała posłania (sienniki ze słomy), zapas wody i jedzenia, a także wiadra do celów „toaletowych”. Ta przezorność Mamy okazała się zbawienna w sytuacji, kiedy teren Karaciszek zajął duży oddział niemiecki, który wycofując się przed armią sowiecką znalazł się w potrzasku, odcięty przez partyzantkę polską i sowiecką od reszty wojska i możliwości dalszego cofania się. Sztab tego oddziału zajął nasz dom, żołnierze biwakowali na podwórku. Nam zakazano wychodzenia z piwnicy, wyjątkiem była Mama, której udało się przekonać Niemców, że krowy muszą być karmione i dojone (kto mógł przypuszczać, że znajomość francuskiego Mamy może się przydać w tak niesalonowych okolicznościach!).
Prawdopodobieństwo walki nad naszymi głowami było ogromne, a ponadto Niemcy pokazując na migi, że w piwnicy są same kobiety, wskazywali w stronę lasu, sugerując, że tam w partyzantce są ich mężowie – bałyśmy się, że mogą się na nas zemścić (na szczęście tak się nie stało). Cały czas byliśmy też pod ostrzałem artylerii rosyjskiej, na szczęście niecelnym. Po kilku dniach niepewności co do naszych dalszych losów wyjrzałyśmy rano przez okienko i okazało się, że nie ma już żadnego oficera ani żołnierza niemieckiego – uciekli w nocy, próbując się przebić do reszty armii – a z lasu na drodze prowadzącej od naszego domu wynurzyły się czołgi sowieckie, a za nimi piechota. Żołnierze Armii Czerwonej byli wygłodniali, od razu wrzucili do stawu granaty i wyłowili śnięte ryby, wycięli krzaki porzeczek i zabrali je ze sobą. Ten przemarsz trwał kilka godzin i od tego czasu zaczęła się trzecia okupacja sowiecka.
Michała nie było w Karaciszkach od dawna, dom zajęli przedstawiciele miejscowej władzy sowieckiej, więc Mama zdecydowała o jak najszybszym powrocie do Wilna. Zamieszkałyśmy u siostry Mamy i stąd jesienią 1945 r. w ramach tzw. repatriacji wyjechałyśmy do Polski. Wcześniejszym transportem wyjechał Tato i wszyscy, którym mogła zagrażać władza radziecka.
Tato czekał na nas w Bydgoszczy, w wygodnym mieszkaniu, przyznanym mu po wyjeździe rodziny niemieckiej. Rodzice odżyli po przejściach wojennych, Mamie udało się wrócić do przedwojennego stylu – była znów piękną, elegancką panią, prowadzącą przy pomocy gosposi, panny Julii, dom otwarty dla przyjaciół.
W okresie powojennym Mama miała dwa duże osiągnięcia, które potwierdziły jej talent organizacyjny. Pierwszym było przekształcenie małej kawiarenki, której była kierowniczką, w klubo-kawiarnię kulturalną „Jupiter”. Kawiarenka mieściła się przy ul. Jagiellońskiej (ul. Armii Czerwonej, obecnie ul. Marszałka Focha), a na spotkania z jej bywalcami Mamie udawało się zapraszać wiele ciekawych osób. Do zapamiętanych przeze mnie należał dyrektor Zoo w Warszawie, znakomity gawędziarz, Jan Żabiński, Roman Polański jako początkujący filmowiec – niedługo po nakręceniu filmu „Dwaj ludzie z szafą”, a nawet Krzysztof Zanussi na początku swej kariery. Dzięki jej aktywności mały klub był przez jakiś czas w Bydgoszczy interesującym miejscem spotkań z kulturą.
Drugim wielkim osiągnięciem Mamy było wybudowanie domu letniego w Srebrnicy nad Zalewem Koronowskim (zdrowie Taty było już nienajlepsze i na jego pomoc nie mogła liczyć). Skala trudności była ogromna – brak rzetelnych fachowców, brak możliwości legalnego zakupu materiałów budowlanych, brak elektryczności, wody bieżącej, no i odległość z Koronowa do Srebrnicy, którą Mama pokonywała na piechotę, drobne cztery kilometry, z czego kawał pod górę. Te wszystkie trudności udało się Mamie przezwyciężyć, został zbudowany dom, którego ogromnym walorem jest piękny widok na Zalew Koronowski.
W ostatnich latach życia Taty Mama poświęciła się całkowicie opiece nad nim i bardzo ciężko przeżyła jego śmierć. Umarła dziewięć lat później, w styczniu 1981 r., nie doczekała wolnej Polski. Po ekshumacji z Bydgoszczy oboje zostali pochowani blisko nas na cmentarzu w Jabłonnie koło Warszawy.
Wspominam Mamę jako osobę mądrą, odważną, zdolną do poświęceń i nieoszczędzającą się kiedy sytuacja tego wymagała, patriotkę bez wielkich słów, ale też piękną, kobiecą i zawsze dbającą o najbliższych.

