Janusz Gryz - Cwi

Obłąkany małomiasteczkowy mesjasz, lokalny przedstawiciel życiodajnego szaleństwa, papierowy wariat w podartym kapeluszu, Cwi z wypchanym jutowym workiem na ramieniu i dwiema myszkami za pazuchą. Jego krok się jąka, jego buty dyszą z wywieszonym językiem. W chmarze bladoróżowych meszek przemyka wzdłuż płotów, w jednej ręce trzyma bladą żydowską bułkę „chałkę”, w drugiej trąbę archanioła, którą zadzierzyście rozcina błogie powietrze zmierzchu. Kroczy obok życia i czasu, kroczy tam, dokąd zmierza, pensjonariusz bezdomności, wieczny włóczęga bez pamięci i przyszłości, jasnowidzący ślepiec, natchniony łapserdak, oberwaniec z przetrzęsionym mózgiem. Jego świecące oczy wypełnia kobieca dobroć, jego mowa to charczenie harmonii, której poderżnięto gardło, syczenie węża i miłosne gruchanie synogarlicy. Jest w niej wszystko, co potrzeba, by wyrazić niewyrażalne: szumiąca wiosenna burza dentalnych i palatalnych. Jakże pasuje równocześnie nie pasuje do pejzażu tej przedmiejskiej słodowy,

uwodzicielskiej banalności, doczesnej zapobiegliwości i gorzkiej jak piołun. Z okna mazanki zrobionej na solidnej niemieckiej cegle tłukąc radośnie łyżką o parapet pozdrawia go poranek ducha – wielkogłowe dziecko. Poliszynel przestrzeni przedziera się przez przekopy podwórek, przetrząsa śmietniki, włamuje do kartonów na sklepowych zapleczach. Z kierowcą – dostawcą zamienia słowo na gest, gest na mrugnięcie, mrugnięcie na krzywy uśmiech rozbawienia. Dopijając piwo ze znalezionej w przydrożnym rowie puszki, zagłębia się w łopuchowe mroki, w pustostany postaci, kieruje do zatęchłej jamy brudu, w którym mieszka i na której blaszanym dachu chwieje się żółty kwiatek posuchy, nostrzyk.          

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież