Janusz Gryz - Sto euro

Było wczesne letnie popołudnie czerwcowego dnia, szedł główną ulicą prowincjonalnego miasta poszukując witryny z napisem Ksero, miał nadzieję, że znajdzie tam kogoś obeznanego z komputerem, kto przepisze mu opowiadania. Ruch był niewielki, w sennym upale ludzie brnęli wolno i tylko samochody w lśniących karoseriach, pobłyskując szybami spieszyły się, jak spieszy się ktoś, kto w gruncie rzeczy nie wie, po co i to go jeszcze bardziej irytuje. Szedł w rzadkim tłumie turystycznym krokiem i jedynie myśl, że trzeba tu będzie przyjechać jeszcze raz, aby zrobić korektę, psuła mu trochę ten spacer człowieka poza obowiązkami, człowieka wolnego, który miał tylko jedną pasję – upływający czas. Mijał sklepy spożywcze i masarskie przedzielone ciupkami telefonii komórkowej, aptekami i kancelariami adwokackimi. Pomyślał, że ta ulica odzwierciedla naszego narodowego ducha: zawsze lubiliśmy dobrze pojeść i popić, odchorować, pogadać i poprocesować się. W cieniu ścian powiązany w pęczki leżał na gazetach szczypior i koper, w cynkowych wiadrach jakby przeniesione z baśniowego świata otwierały swe kielichy różowe gladiole. W końcu dostrzegł szybę pokreśloną napisami, przeskoczył stopnie i znalazł się w środku.
Chłopak, prawie dziecko, którego nie posądziłby o zdolność policzenia do trzech zajął się nim w sposób kompetentny i uprzejmy. Chwytał w lot jego intencje, odpowiadał grzecznie i natychmiast przystąpił do kserowania innych materiałów, które ze sobą przyniósł. Był ucieszony, że poszło tak sprawnie, rozejrzał się po pomieszczeniu i wtedy z ulicy weszła kołysząc się lekko w biodrach dziewczyna. Kruczoczarne pukle opadały na opalone krągłe ramiona, pod cienkim batystem bluzki rysowały się wyraźnie nie skrępowane stanikiem piersi. Sprężysta gibkość jej młodego ciała, uroda twarzy, w której promieniały, mówiąc z perska, oczy podobne do czarnych słońc, śliczny pieprzyk na lewym policzku wszystko to sprawiło, że patrzył na nią w zachwycie, czego nie omieszkała zauważyć i uśmiech wydął jej pomalowane czerwoną pomadką wargi. Jego pamięć wydostała z wyścielonego aksamitem opowiadania Bunina nabrzmiałe zmysłowością zdanie: Jakaż ładna, zgrabna dziewczyna i taka delikatna, wiotka. Czy na pewno wiotka? Odwrócił się do stojaka z czasopismami. Nie, wcale nie wiotka. Linia już pełnej, dojrzałej łydki, mocne biodra opięte gładko jaskrawozieloną tkaniną uwydatniającą jędrne, wysoko podniesione pośladki, talia tak cienka, że można by ją objąć dłońmi. Na nogach miał lakierowane sandały z żółtego drewna, spomiędzy rzemyków wyglądały palce mieniące się wielobarwnie paznokciami. Na lśniącym materiale spódnicy ani śladu zmarszczki czy zgrubienia, niczego, co kazałoby się domyślać bielizny. Stała nieruchomo czy domyślała się, że na nią patrzę.
Przez otwarte na oścież drzwi płynie z dworu przesycone błogością i spokojem powietrze, między ich głowami podwieszony do lampy obraca się wolno mlecznoszklany kupidyn, mierząc ze swego mikroskopijnego łuku to w niego to w nią. Dziewczyna przysuwa się, on czuje nikły zapach perfum z nutką jaśminu – „czułem woń twych dziewczęcych włosów, szyi, płóciennej sukienki" – pierś ufnie wyciąga się na jego ramieniu. Łagodnie i grzesznie jarzą się czarne oczy, czerwone wargi rozchylają się.
– Sto euro, proszę pana.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież