Janusz Gryz - U Stasiaków

Na drewnianym stoliku w altanie, przyciśnięta kamieniem leżała instrukcja obsługi pralki, pisało na niej: Mani dość tego parszywego życia, oddajcie 20 złotych Włodkowi.

Za altaną przy drodze sąsiedzi kopcowali ziemniaki, gdy Stasiak zakładał sobie sznur na szyję. Wnuczek samobójcy jeździł w tym czasie rowerkiem po żużlowej drodze usianej liśćmi

topoli z drugiej strony domu. Babka piekła placki i wyglądała przez okno. Serce babki przywykłe do pilnowania nie dawało jej spokoju; co rusz odsłaniała firankę i spoglądała na malca.

 

Stasiak był emerytowanym spawaczem, całe życie spędził wśród maszyn rolniczych w POM-ie. Potem POM zlikwidowano, ludzie też nie byli potrzebni. Jakoś w tym czasie jego dwaj synowie mieli wypadek samochodowy. Wraz z kolegami pojechali po alkohol do pobliskiego Sławna. W powrotnej drodze, na zakręcie, tuż przed wsią uderzyli w drzewo. Jeden z nich zginął, drugi, zwany Nena, na wiele miesięcy trafił do szpitala. Wyszedł z niego kaleką ze zdeformowaną twarzą, z zakrzepłym otworem w krtani. Często się dusił i ten otwór pomagał mu oddychać. Matka po tym wypadku posiwiała zupełnie, pochyliła się ku ziemi. Jej głowa trzęsła się nieustannie w bolesnym zapamiętaniu, w bezsilnej odmowie. Syn zaczął pić, twarz mu opuchła, szyja purpurowo nabrzmiała. Z pianą na wargach, chrypiąc chwytał nóż i przepędzał rodziców z domu. Obezwładniała go mieszkająca obok ciotka; potężnym ciałem przygniatała do ściany. Siniał wtedy i osuwał się bezwładnie na podłogę. Rano do Stasiaków przyszedł Adam Borówka. Adam umiał wszystko po trochu, prowadził małą gospodarkę i dorabiał czym mógł. Adam przyszedł kłaść glazurę w łazience. Znał się ze Stasiakiem od lat i mówił mu „wujek". Rozłożył swoje niezawiłe narzędzia i zabrał się do pracy. Pomagał mu Nena. Ażeby mówić zatykał otwór, niezrozumiały, charczący szept wydobył się z pokiereszowanego gardła, twarz czerwieniała z wysiłku. Około południa na ścianie wisiał już pierwsza ciężka girlanda oliwkowych winogron, maźniętych żółtym blaskiem słońca. Matka zawołała ich na obiad, natarła ziemniaków i piekła placki. Ojciec nie chciał jeść, chodził po mieszkaniu tam i siam, szukając długopisu. Wreszcie znalazł go w szufladzie kredensu i wyszedł do sieni. Nena wyciągnął do placków cavaliera, przyniósł szklanki. Jedli niespiesznie, popijając winem. Babka uchyliła lufcik, by zawołać wnuczka, gdy w progu stanął sąsiad. Wszedł gwałtownie i znieruchomiał patrząc na obecnych. Potem powiedział - Stasiak się powiesił.

Stasiakowa pisnęła cienko jak nadepnięta mysz, uniosła ręce do twarzy i głucho upadła na podłogę. Z krtani pochylonego nad stołem Neny trysnęła struga krwi, zalała leżące na talerzu placki, białą ceratę.

Wnuczek odjechał daleko na gliniastą drogę prowadzącą do lasu. Było tam wiele dołów wyżłobionych oponami traktorów, teraz wypełnionych wodą. Z radosnym podnieceniem rozjeżdżał tę wodę, buty i spodnie miał już zupełnie przemoczone. Czasami spoglądał ze strachem na okna domu stojącego wśród wiśniowych pni, ale babki, na szczęście, nie było widać.

 

Stasiakowa pisnęła cienko jak nadepnięta mysz, uniosła ręce do twarzy i głucho upadła na podłogę. Z krtani pochylonego nad stołem Neny trysnęła struga krwi, zalała leżące na talerzu placki, białą ceratę.

 

Wnuczek odjechał daleko na gliniastą drogę prowadzącą do lasu. Było tam wiele dołów wyżłobionych oponami traktorów, teraz wypełnionych wodą. Z radosnym podnieceniem rozjeżdżał tę wodę, buty i spodnie miał już zupełnie przemoczone. Czasami spoglądał ze strachem na okna domu stojącego wśród wiśniowych pni, ale babki, na szczęście, nie było widać.

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież